Rutkowski może znać zleceniodawców
Z mecenasem Bogdanem Borkowskim, pełnomocnikiem rodziny Olewników, rozmawia Paweł Tunia
Czy Krzysztof Rutkowski może znać zleceniodawców uprowadzenia Krzysztofa Olewnika?
– Może znać i jego wiedza w przekonaniu rodziny jest bardzo duża. Według nas, nie powiedział jeszcze wszystkiego. W pierwszych dniach po uprowadzeniu był sygnał od porywaczy, którzy ustami Krzysztofa w rozmowie telefonicznej przekazali informację, aby do sprawy wziąć Rutkowskiego. Włodzimierz Olewnik pomyślał już o tym i po trzech dniach go zaangażował. Ale taki sygnał pochodził też od porywaczy.
Jednak rodzina zorientowała się, że współpraca z nim oznacza tylko koszty. Po jakim czasie Rutkowski stracił zaufanie Olewników?
– Właściwie to już w ciągu miesiąca, bo on się tam nie pojawiał, tylko wysyłał swoich ludzi. Pan Włodzimierz zorientował się, że jest nierzetelny, a nawet oszukuje.
Jego firma prowadziła podsłuchy zamiast policji, co budzi wątpliwości prawne. Jakie inne czynności wykonywał?
– Miał obserwować otoczenie i ochraniać rodzinę. Początkowo jego trzech ludzi, a potem jeden, było stale obecnych w domu u rodziny. Wtedy też jeden z tych ludzi zaproponował, aby do sprawy wprowadzić Andrzeja K., który był skazany za największe wyłudzenia od Olewników, i tu mamy podejrzenie, że skoro ludzie Rutkowskiego polecili tego człowieka, to raczej nie jest możliwie, aby Andrzej K. pieniądze pobierał tylko dla siebie. Najprawdopodobniej był to podział z Rutkowskim. Moim zdaniem, komisja śledcza powinna zbadać, dlaczego ludzie Rutkowskiego zaproponowali Andrzeja K. do współpracy i jakie były związki detektywa z Remigiuszem M. (który stał na czele policjantów prowadzących śledztwo po uprowadzeniu).
Dziękuję za rozmowę.
