Raport z wierzchołka góry lodowej
17 maja sejmowa komisja śledcza badająca sprawę zabójstwa Krzysztofa
Olewnika jednogłośnie przyjęła raport końcowy. W dziejach sejmowych komisji
śledczych jest to sytuacja raczej wyjątkowa, ponieważ komisje takie powstają
zazwyczaj z powodów "politycznych" – jak w naszym nieszczęśliwym kraju określa
się wzajemne przekomarzanie się naszych Umiłowanych Przywódców.
Oczywiście takie przekomarzania nikomu nie mogą wyrządzić najmniejszej
szkody, w myśl podstawowej zasady konstytuującej III Rzeczpospolitą: my nie
ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych. Podejrzewam tedy, że jednomyślność
członków sejmowej komisji śledczej, z której są tacy dumni, również tkwi
korzeniami w tej niepisanej konstytucyjnej zasadzie. Jak tam było, tak tam było
– ale jednomyślność zawsze robi dobre wrażenie, więc czegóż więcej chcieć,
zwłaszcza przed wyborami? Jak to mówią – dobra psu i mucha, bo zazwyczaj mozół
sejmowych komisji śledczych "daje rezultat równy zeru" – co znakomicie ilustruje
przykład tzw. komisji hazardowej.
Tym razem było inaczej i to z kilku powodów. Po pierwsze – sejmowa komisja
śledcza powstała w celu wyjaśnienia sprawy dotyczącej osoby nienależącej do
grona chętnie nazywającego się "elitą polityczną" – dawniej po prostu szlachtą.
Już samo to zasługuje na uwagę, chociaż z drugiej strony trudno powiedzieć, czy
doszłoby do powołania sejmowej komisji śledczej, gdyby pan Włodzimierz Olewnik
nie miał takiego ciężaru gatunkowego? "Biednego by tak nie chowali" –
powiedziała babina obserwująca z chodnika Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie
pogrzebowy kondukt Stefana Żeromskiego. Po drugie – czy komisja zostałaby
powołana, gdyby rodzina zamordowanego Krzysztofa Olewnika wykazała mniejszą
determinację? Większość obywateli poddaje się znacznie szybciej, z rezygnacją
przyjmując do wiadomości lakoniczne uzasadnienia o "nieznanych sprawcach",
których tożsamości "nie udało się ustalić". Wreszcie – po trzecie – czy sejmowa
komisja śledcza powstałaby przy nieco mniejszej koncentracji łajdactwa? W tym
przypadku nawet to, co ujawniły media, wołało o pomstę do nieba, w związku z
czym nasi Umiłowani Przywódcy nie mogli przejść nad tym do porządku bez utraty –
chciałem napisać "twarzy", ale po namyśle wolę napisać: resztek wiarygodności.
Bo sprawa zabójstwa Krzysztofa Olewnika nie tylko znakomicie utwierdza w
podejrzeniach, że punkt ciężkości władzy w naszym nieszczęśliwym kraju leży poza
konstytucyjnymi organami państwa, ale również – że między sprawującymi
rzeczywistą władzę tajnymi służbami a środowiskiem przestępczości zorganizowanej
granica została całkowicie zatarta. Przyczyna tego stanu rzeczy wydaje się
prosta – tajne służby muszą korzystać z usług konfidentów, a ci z kolei nie
świadczą im swoich usług bezinteresownie. A jaki interes mogą mieć konfidenci? W
"Sekretach szpiegów i książąt", czyli wywiadzie rzece przeprowadzonym przez
Krystynę Ockrent z szefem francuskiej razwiedki Aleksandrem de Marenches, zwraca
on uwagę, że w odróżnieniu od razwiedki, dla której pracują wyłącznie "honorables
correspondents", rekrutujący się np. spośród "ministrów stanu" – dla policji
pracują konfidenci. Otóż zdecydowana większość tych konfidentów rekrutuje się ze
środowisk przestępczych, a ich interes polega na gwarancji bezkarności. A skoro
z gwarancji bezkarności mogą z pożytkiem dla siebie korzystać przestępcy, to
dlaczego, zwłaszcza w ciężkich czasach, podobnych gwarancji nie mogliby udzielić
sobie również sprawiedliwi? "Azaliż tylko dla grzeszników Pan Bóg stworzył
rzeczy smaczne?". Sprawa zabójstwa Krzysztofa Olewnika pokazała, że zakres
symbiozy sprawiedliwych z grzesznikami jest znacznie szerszy, niż komukolwiek
się wydawało – a przecież to tylko wierzchołek góry lodowej, której rozmiarów
nigdy nie poznamy. Tak zwane samobójstwa bezpośrednich wykonawców mordu w celach
monitorowanych przez 24 godziny na dobę pokazały, że nikt nie jest bezpieczny,
że "surowa ręka sprawiedliwości ludowej" może w każdej chwili dosięgnąć każdego,
bez względu na to, czy chronią go strażnicy, zamki i kraty, czy immunitet
poselski. W takiej sytuacji instynkt samozachowawczy nie może nie dojść do głosu
i dopiero na tym tle możemy docenić zarówno fakt jednogłośnego uzgodnienia przez
naszych Umiłowanych Przywódców raportu końcowego, jak i deklaracji pani Danuty
Olewnik-Cieplińskiej, że "nie wierzy w żadne państwo".
Stanisław Michalkiewicz
