Prymat słowa nad sytuacją

Myślę, że Andrzejowi Sewerynowi w roli Arnolfa towarzyszył niemały stres.
Musiał wszak zagrać tę postać tak, by zasługiwała na nagrodę. Aktor nie miał
innego wyjścia, albowiem na jakiś czas przed premierą "Szkoły żon" Moliera w
Teatrze Polskim został nominowany do nagrody tygodnika "Gala" za tę właśnie
rolę, której de facto jeszcze nie było, bo dopiero się tworzyła. Wniosek z
powyższego płynie taki, że jury nie musi oglądać i oceniać roli, wystarczy, że
kandydat do nagrody ma nazwisko, które jury popiera.

Nie wiem, czy sam Andrzej Seweryn był zaskoczony takim awansem, w każdym
razie odniósł się żartobliwie do sprawy, publikując oświadczenie skierowane do
kapituły nagrody, w którym napisał m.in.: "To miłe, że Państwo pokładają we mnie
takie nadzieje i na wyrost cenią mnie tak wysoko, aczkolwiek myślę, że jest to
dość niesprawiedliwe wobec współnominowanych Koleżanek i Kolegów, którzy swoją
robotę doprowadzili już go końca".
Można powiedzieć, że członkowie tego dziwacznego jury nagradzającego – jak widać
– za nazwisko, a nie za pracę, mieli szczęście, bo Andrzej Seweryn zagrał
Arnolfa jak należy. Znakomite podawanie tekstu, gdzie każda głoska wybrzmiewa do
końca, co dzisiaj jest już niebywałą rzadkością na scenie. Dobra rola,
perfekcyjnie poprowadzona, choć chwilami nadto wystylizowana i celebrowana.
Świetne sceny dialogowe z bardzo dobrym Chryzaldem Mariusza Wojciechowskiego
(pięknie poprowadzona drugoplanowa rola, co nie jest takie łatwe, kiedy się ma
za partnera Andrzeja Seweryna skupiającego na sobie uwagę widowni), z wyrazistym
Horacym Piotra Bajtlika i z Anną Cieślak w roli Agnieszki, głupiutkiego,
naiwnego dziewczątka, które w miarę rozwoju sytuacji wspaniale przeobraża się w
mądrą, odważną młodą kobietę. Dobrze, wiarygodnie oddana postać. Świetne są też
bardzo zabawne sceny sytuacyjne z rodzajowo zagraną parą służących (Ewa
Makomaska i Dominik Łoś).
Gorzej jest, gdy Andrzej Seweryn pozostaje na scenie sam, bez partnerów, wówczas
ów aktorski blask artysty nieco blednie. Choć przez moment rysuje się na twarzy
aktora dramat starości, samotności i ośmieszenia. Figura komiczna graniczy tu z
tragicznością, co miałoby szansę wzbudzenia u widza współczucia dla Arnolfa
opuszczonego przez Agnieszkę, ale ta miniscena trwa zbyt krótko. Szkoda też, że
już pod koniec, w drugiej części spektaklu artysta wyraźnie pauzuje, jakby
odpoczywał. Zmęczenie aktora czy wina reżysera? Skłaniałabym się w stronę
odpowiedzialności reżysera. Druga część spektaklu bowiem wytraca swą dynamikę,
trwa niejako w zastanawianiu się, co dalej, na czym cierpi dramaturgia
przedstawienia, i rzecz staje się pod koniec niebywale rozciągnięta, z tzw.
dziurami między scenami, nużąca w odbiorze. Tadeusz Kotarbiński zwykł mawiać w
takich sytuacjach: "przewaga namysłu nad dramatycznością", co w teatrze – jak
wiadomo – gubi przedstawienie. Czyżby reżyser tworzył tę część spektaklu w
jakimś ogromnym pośpiechu? Bo jak inaczej wytłumaczyć tzw. puszczone,
niezagospodarowane sceny? Nieposkromienie nadekspresji notariusza w wykonaniu
Antoniego Ostroucha? No i ten "rozmazany" finał? Francuski reżyser Jacques
Lassalle to przecież twórca wielu znakomitych inscenizacji mający ogromne
doświadczenie artystyczne.
Mimo uwag warszawska inscenizacja "Szkoły żon" opowiadającej historię starego,
bogatego Arnolfa, który chce mieć żonę niezbyt mądrą, naiwną i bardzo młodą, ale
obawiając się zdrady, trzyma dziewczynę na odległej wyspie – jest
przedstawieniem przywołującym z niepamięci kawałek najprawdziwszego teatru.
Takiego, którego część widzów, zwłaszcza tych młodych, wychowanych już na tzw.
nowym teatrze, nie zna, bo nigdy nie widziała. Spektakl imponuje znakomitą
dykcją aktorów i dbałością o szczegół w podawaniu tekstu. Należą się tu brawa
nie tylko artystom, ale również reżyserowi, którego praca z aktorami dała tak
zadowalający rezultat. Warto, aby polscy reżyserzy wzięli przykład z Jacquesa
Lassalle´a. Także i z tego powodu, że Lassalle prezentuje Moliera, narodową dumę
Francji, nie przerabiając i nie dopisując autorowi tekstu od siebie.
Inscenizacja francuskiego reżysera jest utrzymana w konwencji tradycyjnej w
najlepszym tego słowa znaczeniu. Na pierwszy plan wysuwa się szacunek reżysera
dla autorskiego tekstu i prymat słowa nad rozwiązaniem scen sytuacyjnych.
Można tylko pozazdrościć Francuzom, że tak pielęgnują swoje dziedzictwo
narodowe. Macierzysty teatr Jacquesa Lassalle´a, czyli Comédie Fran÷aise, ma w
stałym repertuarze utwory Moliera. Teatr ten bywa nazywany domem Moliera. Był
kiedyś i u nas zamiar, by Teatr Polski w Warszawie stał się domem Aleksandra
Fredry. Autorem tego pomysłu był zapalony miłośnik hrabiego i znawca jego
twórczości Andrzej Łapicki. No, ale nie wyszło. Może warto wrócić do tamtych
planów. Fredro w niczym nie ustępuje Molierowi. To podobnie wielka literatura
komediowa, tyle że nasza, polska. I podobnie jak Molier u Francuzów, tak u nas
Fredro jest chlubą narodową. To znaczy – powinien być.
Teatr Polski w Warszawie ma w swoim repertuarze sporo dramatów klasycznych, co
jest już rzadkością na naszych scenach. Szkoda tylko, że brak tu klasyki
polskiej. A nazwa sceny brzmi Teatr Polski. Chyba powinno być to zobowiązujące
dla dyrekcji teatru.

 

Temida Stankiewicz-Podhorecka
krytyk teatralny

drukuj