Prokuratura zaprasza Biniendę

Prokuratorzy wojskowi, którzy prowadzą śledztwo w sprawie katastrofy
smoleńskiej, chcą się spotkać z prof. Wiesławem Biniendą. Profesor będzie w
Polsce do wtorku


– Skierowano takie zaproszenie do pana profesora Biniendy, oczekujemy
na odpowiedź – przyznaje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" kpt. Marcin Maksjan z
Naczelnej Prokuratury Wojskowej. – Prokuratorzy z Wojskowej Prokuratury
Okręgowej w Warszawie chcieliby się spotkać z panem profesorem – dodaje. Ale nie
ujawnia, co miałoby być tematem rozmowy. – To jest domena kolegów z wojskowej
prokuratury okręgowej – zaznacza. Zaproszenie zostało wysłane w czwartek po
południu pocztą elektroniczną oraz drogą telefoniczną. Z informacji "Naszego
Dziennika" wynika, że jeszcze tego samego dnia, przed południem, z naukowcem
próbował się skontaktować jeden z prokuratorów referentów – ppłk Karol Kopczyk.
Prokuratorów interesują analizy naukowca, śledczy chcieliby je otrzymać.

Prokurator nawiązał kontakt telefoniczny z prof. Biniendą, ten jednak miał go
odesłać do Bartosza Misiewicza, asystenta posła Antoniego Macierewicza. A ten z
kolei poinformował, że musi się skonsultować z samym przewodniczącym
Macierewiczem, co nie było wtedy możliwe. Z przewodniczącym zespołu smoleńskiego
próbowali się też skontaktować członkowie rodzin ofiar, Macierewicz miał im
powiedzieć, że nie wie nic na temat spotkania z prokuratorami. Tego samego
argumentu użył w rozmowie z "Naszym Dziennikiem". – Nic o tym nie wiem.
Rozumiem, że prokuratura chce przesłuchać pana profesora jako świadka ze
wszystkimi tego konsekwencjami. Mam kilka lat życia za sobą i pewne
doświadczenie z prokuraturą i moje doświadczenie mówi mi, że nie ma czegoś
takiego jak prywatne spotkanie z prokuraturą na terenie prokuratury.
Zapraszaliśmy prokuraturę na spotkania zespołu. Jeżeli prokuratura chce się
spotkać i podyskutować i poznać wiedzę pana prof. Biniendy, to zapraszamy do
Sejmu. Wtedy oczywiście, kiedy pan profesor będzie miał czas. Liczymy, że
prokuratura przyniesie wtedy swoje dane, by ułatwić mu pracę – mówi Macierewicz,
zaznaczając, że decyzja należy do prof. Biniendy, który może spotkać się z
prokuratorami w stosownym dla niego czasie, a ponieważ jest on ekspertem zespołu
smoleńskiego, spotkanie mogłoby się odbyć na jego posiedzeniu. Możliwe byłoby na
przykład posiedzenie zamknięte, w którym uczestniczyliby tylko prokuratorzy,
naukowcy i prezydium zespołu. Jesteśmy na to otwarci, a jakie jest stanowisko
pana prof. Biniendy – nie wiem, o całej sprawie dowiaduję się w tym momencie –
twierdzi szef zespołu smoleńskiego. Rodziny są za tym, by do spotkania doszło,
mimo że do tej pory prokuratorzy nie uczestniczyli w żadnym posiedzeniu zespołu
smoleńskiego. – Uważam, że okazja jest wyjątkowa. Zwłaszcza że pan profesor
prosił kiedyś o jakieś nowe materiały, może mógłby mieć w nie wgląd? Takie
spotkanie byłoby korzystne dla obu stron, chodzi o wymianę doświadczeń – mówi w
rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Ewa Kochanowska, wdowa po Januszu Kochanowskim.
Zastrzega, że jedyną obawą mogłoby być to, że śledczy zastrzegą utajnienie
pewnych danych, co mogłoby być barierą do dalszych publicznych wystąpień prof.
Biniendy. – Ale oczywiście naturalnym odruchem powinno być "spotkajmy się" –
konkluduje, dodając, że w spotkaniu powinni wziąć udział także biegli
prokuratury wojskowej. – Wiem o tym, że zaproszenie zostało wysłane, wiem, że
trwają rozmowy na temat spotkania, mam nadzieję, że do niego dojdzie.
Prokuratorzy chcą uzyskać te materiały, którymi dysponuje prof. Binienda.
Niewątpliwie może to być bardzo owocne z punktu widzenia ustaleń polskiego
śledztwa co do przyczyn katastrofy, zwłaszcza w kontekście analiz pana prof.
Biniendy dotyczących skrzydła tupolewa – komentuje mec. Rafał Rogalski. Faktem
jest, że prokuratorzy prowadzący śledztwo smoleńskie nie byli obecni na żadnym z
posiedzeń parlamentarnego zespołu smoleńskiego. Prokuratura wojskowa dostała od
zespołu Antoniego Macierewicza tylko samą prezentację (bez szczegółowych
obliczeń) prof. Biniendy i dr. Kazimierza Nowaczyka. W lipcu 2011 r.
prokuratorzy wystąpili do szefa parlamentarnego zespołu o posiadane przez zespół
materiały, m.in. egzemplarz tzw. białej księgi. – Prokuratura jest
zainteresowana pozyskiwaniem każdego materiału, który może okazać się przydatny
w toku prowadzonego śledztwa – mówił wtedy Maksjan.

Anna Ambroziak

***

Polemika? Nie, dziękuję


Radio Maryja, 2012-05-25

 

Dobiegła końca seria wykładów prof. Wiesława Biniendy, który od
tygodnia podróżuje po Polsce. I choć w mediach "eksperci" mają teoriom naukowca
wiele do zarzucenia, żaden z nich nie podjął merytorycznej dyskusji.

Powodem jest zapewne ogromne doświadczenie prof. Biniendy i jego sukcesy w pracy
naukowej, jakie odnosi w Stanach Zjednoczonych. Jego wiedza jest wykorzystywana
przez światowe koncerny lotnicze przy budowie nowych samolotów. Profesor
Binienda miał m.in. wkład w prace nad konstrukcją silników montowanych obecnie w
dreamlinerach (Boeing 787). Ponadto, z punktu widzenia naukowego, efektom pracy
Biniendy nie można nic zarzucić. Naukowiec za pomocą zaawansowanych narzędzi
symulacyjnych rozwiązał kluczowy dla katastrofy Tu-154M problem i odpowiedział
na pytanie, czy brzoza mogła przeciąć skrzydło samolotu. Okazało się, że nie
jest to możliwe, i to przy różnych wariantach wytrzymałości zarówno skrzydła,
jak i brzozy. Za każdym razem skrzydło było jedynie uszkadzane na długości 60-80
cm od krawędzi natarcia, a następnie ścinało drzewo. Nigdy odwrotnie.

Oczywiście symulacje naukowca bazują na modelach, które można udoskonalać i
zbliżać do rzeczywistych obiektów, ale przyjęte przez Biniendę generalne
założenia – znacznie mniejszej wytrzymałości skrzydła i mocniejszej niż w
rzeczywistości brzozy – kolokwialnie rzecz ujmując, bronią się w kontekście
końcowej konkluzji.

Co istotne, prof. Binienda nie działał po omacku, nie twierdził: "bo tak
wyszło ze wzoru", ale przystępując do symulacji, zbudował fragment skrzydła
podobnego (z punktu widzenia wytrzymałości) do tego w Tu-154M i sprawdził w
laboratorium jego zachowanie. Potem powtórzył podobny test na modelu
komputerowym. Okazało się, że wirtualny materiał zachował się dokładnie tak jak
rzeczywisty. A to wskazuje na poprawne modelowanie.
Z kolei wirtualna brzoza była faktycznie solidna. Nie dość, że jej średnica do
symulacji została zwiększona o 10 proc. w stosunku do najgrubszej wskazywanej w
raportach z badania katastrofy (Rosjanie zmierzyli, że wynosiła ona 30-40 cm),
to dodatkowo jej wytrzymałość została w symulacjach zawyżona 3-4-krotnie w
stosunku do wyniku otrzymanego na rzeczywistym materiale.

Mimo zachowania tak dużego "marginesu pewności" prof. Binienda i w dalszych
obliczeniach nie działał pochopnie. Mając do dyspozycji niezbędne dane z
przeprowadzonej przez Amerykanów kontrolowanej katastrofy innego samolotu,
wykonał jej komputerową symulację. Obliczenia dały dokładnie taki sam efekt jak
wykonany wcześniej w praktyce crash test. A nie chodziło tu tylko o – w tym
kontekście przecież banalną do zasymulowania – kolizję skrzydła i brzozy!

Druga z tez prof. Biniendy – dotycząca miejsca upadku oderwanego skrzydła i
nasuwającego się twierdzenia o innym, niż podali Rosjanie, torze lotu Tu-154M –
jest dyskusyjna. Ale też profesor nie kryje, że przedstawia tylko rozwiązanie
naukowego, bardzo konkretnie zarysowanego problemu: skoro urwane skrzydło
znajduje się 111 m od brzozy, to gdzie musiał znajdować się samolot w chwili
oderwania skrzydła od konstrukcji, przy założeniu, że oderwało się ono bez
dodatkowego impulsu? Profesor Binienda nie kryje, że w obliczeniach brakuje
owego impulsu inicjującego oderwanie skrzydła, ale też nikt nie wie, w jaki
sposób do tego doszło. Intrygującym dla badacza faktem jest jednak to, że
wyznaczona w symulacji pozycja samolotu w chwili oderwania skrzydła pokrywa się
z wynikami całkowicie niezależnych analiz prof. Kazimierza Nowaczyka, który na
podstawie badań TAWS wyznaczył tor lotu samolotu. Co ciekawe, obydwie analizy są
tu zbieżne i wskazują, że samolot leciał wyżej, zatem nie mógł zderzyć się z
brzozą… I nic w tym dziwnego, że z mocno popartymi wynikami obliczeń prof.
Biniendy nikt nie polemizuje. No, może poza kilkoma młodymi, zaczynającymi
przygodę z nauką osobami, które jednakże – jak się okazuje w bezpośrednim
starciu z profesorem – muszą jeszcze przyswoić podstawowe prawa fizyki. Profesor
Binienda wykonał bowiem ogromną pracę, poparł ją doświadczeniami udowadniającymi
poprawne funkcjonowanie cyfrowego modelu i symulacji. Żaden z naukowców nie
próbował dotąd bardziej zgłębić problemu. Stąd też zwyczajnie brakuje argumentów
do poważnej naukowej debaty. Podważenie wyliczeń prof. Biniendy wymagałoby
stworzenia jeszcze bardziej bliskiego rzeczywistości modelu skrzydła i brzozy
oraz skorzystania ze sprawdzonych i pewnych metod obliczeniowych. Logika
wskazuje, że taki wynik zapewne byłby dokładniejszy, ale efekt obliczeń
pozostałby niezmienny… Do takiej aktywności zresztą namawia sam prof. Binienda,
czekając na poważne opracowania i kontrargumenty. Ostatecznie wszystkie te
obliczenia można jeszcze zweryfikować w praktyce. Do tego potrzebna jest jednak
odpowiednia brzoza i samolot. Rozwiązanie kosztowne. Dlatego właśnie
konstruktorzy samolotów zamiast niepotrzebnie rozbijać kolejne, drogie
prototypy, sięgają po wiedzę ludzi takich jak prof. Binienda i ufają ich
obliczeniom. Nawet jeśli okazuje się, że brzoza skrzydła pokonać nie mogła.

Marcin Austyn

drukuj