Prezydencja w budowie
Minęły dwa miesiące od rozpoczętej z wielką pompą polskiej prezydencji w
UE. W tym czasie rząd polski zapowiadał realizację wielu priorytetów, których
lista rosła lub malała w zależności od potrzeb propagandowych ekipy Donalda
Tuska. Krytycy rządowi wskazywali na brak konkretnych propozycji polskiej
prezydencji, hasłowe podejście do programu prac Rady UE, duże koszta
przewidziane w budżecie (prawie 500 mln zł, wraz z zakupem nowego budynku
ambasady w Brukseli).
Po dwóch miesiącach naszego przewodnictwa można bez cienia przesady
stwierdzić, że obecny rząd w Polsce traktuje prezydencję w UE jako propagandowy
show. Tym samym wykazuje się nie tylko brakiem kompetencji do rządzenia krajem,
ale również do przewodzenia UE jako jej pełnoprawny członek. To instrumentalne
traktowanie obywateli polski i instytucji UE pokazuje jedynie skalę wyrachowania
obecnej ekipy.
Zero zobowiązań
Prezydencja zamiast być formą dyplomatycznego i politycznego instrumentu
służenia interesom Europy i swojego kraju zarazem, stała się tylko kolejną
maskotką, która Polakom ma udowodnić, jacy to sympatyczni ludzie rządzą naszym
krajem.
Brak faktycznych priorytetów naszego przewodnictwa i wynikający z tego brak
programu prac rządu w tym czasie pokazuje, że taktyka ekipy Tuska jest w
polityce europejskiej zbliżona do propagandy wyborczej. Rozliczanie z konkretów
i brak tych konkretów w polityce krajowej ma zakryć hasło wyborcze PO "Polska w
budowie". W polityce europejskiej tego rządu, czy też raczej -należałoby
powiedzieć – w braku europejskiej polityki, idealnie pasowałoby hasło na
najbliższe miesiące "Prezydencja w budowie". Jeśli zdarzy się w tym czasie coś
dobrego, Komisja Europejska lub Rada UE dopnie jakiś projekt, to wtedy Donald
Tusk będzie mógł powiedzieć, że oto udało się rządowi w czasie naszej
prezydencji coś zrobić. Przecież premier nie zobowiązał się do doprowadzenia
żadnego projektu normatywnego czy instytucjonalnego UE. Cokolwiek więc stanie
się pozytywnego, będzie mógł to przypisać swojemu rządowi. Wszelkie negatywne
zjawiska nazwie zaś siłą wyższą, nieprzewidywalną (np. rozwój konfliktu w
Afryce). Tak jak na budowie, jeśli załamie się belka z rusztowania, zawsze można
powiedzieć, że to nocny wiatr lub sabotaż. Przecież nasi architekci polityczni
nie zobowiązali się do tego, że rusztowanie się nie zawali. Oni nie zobowiązali
się po prostu do niczego. Jeśli żaden ważny projekt nie zostanie w czasie
prezydencji zakończony, to będziemy karmieni po prostu relacjami medialnymi ze
spotkań ministrów UE, którzy intensywnie pracują nad kolejnym ważnym projektem
europejskim, sprawując godnie przewodniczenie UE. W każdym przypadku fotki i
relacje telewizyjne, szczególnie TVN, będą miłe, ładne i sympatyczne. Hasło
"Polska w budowie" oraz realizowana na naszych oczach taktyka prezydencji w
budowie jest niezobowiązujące, a zarazem jakże sympatyczne. Przecież posuwamy
się, jeszcze trochę, a dom będzie zbudowany, tylko zaufajcie obecnej ekipie. Ona
nigdy was nie zawiodła…
Zwróćmy uwagę chociażby na inaugurację prezydencji, która miała miejsce w Polsce
1 lipca w Warszawie oraz 6 lipca w Strasburgu, podczas wystąpienia Donalda Tuska
w Parlamencie Europejskim. W Warszawie widzieliśmy niejakiego Kubę Wojewódzkiego
(specjalista od bezczeszczenia flagi polskiej w imitacjach różnego typu
wydzielin), starającego się udowodnić na estradzie wśród zaproszonych przez
siebie gości, że prezydencja jest ogólnie OK, będzie fajnie, cool, no i w ogóle
gra muzyka… Przekaz propagandowy skierowany co najwyżej do grupy części tzw.
młodych, wykształconych z dużych miast. Statystyki okazały się tego dnia
bezlitosne dla rządu. Pomimo wielomilionowych nakładów w imprezach warszawskich
mających uczcić naszą prezydencję uczestniczył jedynie ułamek jednego procenta
mieszkańców stolicy. Za to przekazy medialne… Fantastyczne. Jaka dobra
estrada, ładne, uśmiechnięte buzie, świetna muzyka. Jaka fajna prezydencja. Na
podobnym poziomie odbyły się wystąpienia premiera Tuska. Zamiast powiedzieć
chociażby kilka słów o tym, co zamierza zrobić, brał on chyba przykład ze
swojego młodszego kolegi, wspomnianego Kuby, i przekonywał polityków i
dyplomatów, że prezydencja polska będzie OK, ogólnie miło i europejsko. Ani w
Warszawie 1 lipca, ani w Strasburgu 6 lipca premier Polski nie zająknął się o
jakimkolwiek konkretnym projekcie ekonomicznym, instytucjonalnym czy
legislacyjnym, który zamierza przeprowadzić dla dobra UE czy Polski jego ekipa.
Same uśmiechy, gładkie słowa, uściski i wymiana podarunków. Prawie jak na
uroczystym zawieszeniu wiechy na budynku w budowie. W Warszawie obecny premier
wręczał poprzednikowi, premierowi Węgier Viktorowi Orbánowi szablę i przyjmował
beczułkę wina. Jakie to miłe i sympatyczne. Lepiej i pożyteczniej byłoby
natomiast powiedzieć, co zamierza zrobić z zainicjowanym przez Węgrów projektem
bezpieczeństwa energetycznego północ – południe Europy. Ten węgierski projekt
doskonale wpasowałby się w politykę bezpieczeństwa Europy i Polski zarazem. O
tym projekcie nie było ani słowa w wystąpieniu Donalda Tuska. Zamiast tego
przyjdzie nam pogodzić się z zakończeniem pierwszego etapu prac projektu
energetycznego Rosja – Niemcy, w formie rury gazowej na dnie Bałtyku. Rosja i
Niemcy będą miały gazociąg, a my będziemy mieli uśmiechy Donalda Tuska w czasie
prezydencji.
Wystąpienie premiera w Parlamencie Europejskim na otwarcie prezydencji było w
podobnym stylu. Hasło tam rzucone: "Więcej Europy", nie znaczy dosłownie nic.
Powinny temu towarzyszyć jakieś konkrety, akty legislacyjne, chociażby projekty
rezolucji. Na wystąpienie premiera przyszło kilka procent członków Parlamentu
Europejskiego, co samo w sobie wskazuje, jak wielką estymą realnie cieszy się
ten podobno europejski polityk.
Konkretów nadal brak
31 sierpnia br., w czasie sejmowego posiedzenia Komisji ds. Unii Europejskiej,
odpytano polskiego ministra ds. europejskich Mikołaja Dowgielewicza, jakie
konkretnie cele realizowane są obecnie przez polski rząd spośród mglistej listy
priorytetów naszej prezydencji. Odpowiedź była niezwykle znamienna: "Na pytania
o konkrety odpowiem w połowie października", tzn. po wyborach… Nic dodać, nic
ująć. Prezydencja w budowie. Najpierw jednak zagłosujcie na nas. Prowadziliśmy
Polskę przez cztery lata, poprowadzimy teraz Europę! Najpierw jednak
zagłosujcie, potem zobaczymy. W tym czasie jednak, nie zapomnijmy, podatnik
polski wyda dużo pieniędzy na polskich urzędników, polityków i dyplomatów. Do
hasła "Prezydencja w budowie" należałoby więc dodać inne hasło z epoki minionej,
które – wydaje się – stosują polscy luminarze naszej polityki europejskiej: Czy
się stoi, czy się leży, 500 mln zł na prezydencję się należy.
Nie mając żadnych konkretów, niczym magik z czarnego kapelusza minister
Dowgielewicz wyciąga na konferencjach, co się da, aby tylko pochwalić się
czymkolwiek. I tak na konferencjach ministra od europejskiej propagandy mogliśmy
się dowiedzieć, że sukcesem polskiej prezydencji był wyjazd polskich urzędników
wraz z urzędnikami Komisji Europejskiej do tzw. Rogu Afryki (Sudan, Etiopia)
celem ewaluacji pomocy humanitarnej. Warto zaznaczyć, że pomoc taką wiele
organizacji świadczy w tym regionie już od dziesiątków lat. Innym sukcesem
polskiej prezydencji, zdaniem ministra, jest wykonanie stress testów dla banków.
Szkoda, że nie słyszeliśmy o tych stress testach w czasie przygotowywania listy
priorytetów w pierwszej połowie roku. Kolejny to tylko dowód na to, że jeśli coś
się uda zrobić w czasie prezydencji, nawet nieprzewidzianego, to zawsze ekipa
Tuska może powiedzieć, że to dzięki polskiemu przewodnictwu. W tej konkretnej
sprawie wydaje się, że gdyby takie stress testy wykonano wśród członków rządu
polskiego, to musiałyby one wypaść chyba jeszcze gorzej niż w bankach
europejskich.
Zamiast sukcesów – porażki
Nie zapomnijmy bowiem o dwóch dużych sprawach zakończonych porażką polskiej
prezydencji, które miały faktycznie miejsce w ostatnich dwóch miesiącach, a
które były zapowiadane jako nadchodzący sukces prezydencji. Pierwszą z nich jest
upadek negocjacji delegacji Rady UE, której przewodniczył polski minister, w
sprawie uruchomienia programów pomocowych UE ds. promocji demokracji poza
krajami Unii. Miał to być – zgodnie z zapowiedziami ministra Sikorskiego – jeden
z flagowych projektów polskiej prezydencji. Jak widać, zabrakło determinacji i
zdolności negocjacyjnych polskim dyplomatom. Projekt upadł w tym tygodniu. W
mediach na ten temat cisza. Drugą kwestią, nagłośnioną już na początku
prezydencji jako sukces, miał być udział Polski jako kraju prezydencji w
posiedzeniach państw strefy euro, tzw. eurogrupy. Mimo tego odtrąbionego
medialnie sukcesu do dzisiaj nikt polskiego ministra kraju, który podobno
sprawuje prezydencję, na posiedzenie tej elitarnej grupy decydentów europejskich
nie zaprosił. Na ten temat żaden analityk czy tzw. europeista jednak się nie
wypowiada, ani rządowy, ani tzw. niezależny. Wszystko bowiem przykrywa przyjęta
kilka miesięcy temu strategia. Polska w budowie, Europa w budowie, prezydencja w
budowie, wszystko w budowie.
Andrzej Rudań
