Kampania w sieci

Profile na Facebooku, zwięzłe komentarze na Twitterze – dziś już nie
wystarczy tylko strona internetowa. Większość polityków, aby zachęcić swoich
potencjalnych wyborców, coraz aktywniej korzysta z możliwości, jakie daje sieć.
Do kogo więc skierowany jest internetowy przekaz i czy jest skuteczniejszy niż
billboardy, ulotki i wiece wyborcze?

Nie ma chyba aktywnego polityka, który nie miałby swojej strony internetowej. To
coś więcej niż wizytówka. To nierzadko miejsce komunikowania się z własnymi
wyborcami. Nierzadko stronie towarzyszy blog, a coraz częściej również profil na
portalach typu Facebook i Twitter. Politycy, próbując za wszelką cenę
uatrakcyjnić swój wyborczy przekaz, zamieszczają na takich profilach krótkie
filmiki z własnym udziałem, relacje ze spotkań z wyborcami czy swoje bardziej
błyskotliwe występy w telewizji. Szczególnie aktywni są politycy, którym zależy
na dotarciu do konkretnej grupy wyborców. Najczęściej taką docelową grupą wydaje
się młodzież, bo to ona stanowi większość wszystkich korzystających z internetu.
Wzmożona aktywność polityków w internecie, zwłaszcza w kampanii wyborczej, nie
idzie w parze z jakością ich działalności na tym polu. Sieć bardzo dynamicznie
się zmienia. Polscy politycy próbują za tymi zmianami nadążyć – z różnym jednak
skutkiem. Korzystanie z Facebooka czy Twittera stało się wręcz czymś pożądanym,
jednak trudno nie oprzeć się wrażeniu, że odbywa się to cały czas dość
amatorsko. Politycy często starają się być bardziej wyluzowani w wirtualnym
świecie, niż są w rzeczywistości. Problem leży w samym charakterze komunikacji
za pomocą sieci. W internecie preferowane są bardzo krótkie i nierzadko
agresywne komentarze, co nie wzbogaca debaty przedwyborczej, a niejednokrotnie
ją banalizuje. Przykładem są wypowiedzi ministra Radosława Sikorskiego. Nie
dyskusja na poważne tematy, nie merytoryczna argumentacja, ale schodzenie do
takiego szybkiego i banalnego poziomu komunikacji na razie bierze górę. Do
najłagodniejszych nie należy na pewno minister finansów Jacek Rostowski, który
swego czasu próbował zdyskredytować za pomocą portalu Twitter Beatę Szydło
wytykaniem jej ni stąd, ni zowąd jej rzekomo nieadekwatnego do tematów, którymi
się zajmuje, wykształcenia. Dzięki szybkiej komunikacji internetowej politycy
błyskawicznie formułują riposty, a posługiwania się argumentami ad personam w
polskiej debacie publicznej nie brakuje. Wydaje się oczywiste, że aktywność
polityków w internecie ma służyć przede wszystkim utrwaleniu pewnego wizerunku.
Zachodzi tu jednak mechanizm sprzężenia – politycy kształtują język debaty w
internecie, ale również sama sieć ma ogromny wpływ na polską politykę. – Wydaje
się, że internet wpływa na polską politykę w trzech głównych aspektach. Po
pierwsze, jest poniekąd alternatywą dla mainstreamu medialnego, nad Wisłą
wyjątkowo jednorodnego. Widać to na przykładzie bardzo aktywnych w sieci
zwolenników PiS, choć sama partia jest pod tym względem słaba. Po drugie,
internet preferuje z reguły krótkie i krzykliwe wypowiedzi, co jeszcze spłyca i
bez tego skrajnie niepoważną debatę publiczną w Polsce. Ale też, po trzecie,
sieć jest niezwykle zróżnicowana i sfragmentaryzowana – na przykład: dominuje
wrzask i paplanina, ale są też nisze pełne powagi i głębi – i te jej cechy
przenoszą się do polityki. Jednocześnie ogromna rzesza wyborców pozostaje bez
dostępu do internetu i jest reprezentowana przez polityków w sieci nieobecnych
lub obecnych minimalnie. Najważniejszym chyba tego skutkiem jest osłabienie
naszej "wspólnoty komunikowania", dzielącej się na coraz większą liczbę
niewielkich grup. Zanika wspólny, unifikujący język polityczny – ocenia w
rozmowie z "Naszym Dziennikiem" politolog Bartłomiej Radziejewski. Jak dodaje,
może też być tak, że rola internetu jest przeceniana. – Jest to ostatecznie
przede wszystkim narzędziem i jako takie wzmacnia po prostu niezależne od niego
tendencje, w tym tendencję do rozpadu – konstatuje nasz rozmówca. Wreszcie warto
zadać pytanie, czy kampania w internecie jest bardziej efektywna niż
"tradycyjne" formy agitacji. Odpowiedź przyniosą wyniki wyborów.

 

Paulina Gajkowska

drukuj