Polityka désintéressement
Z Pawłem Solochem, ekspertem w Instytucie Sobieskiego w zakresie
bezpieczeństwa narodowego i administracji, byłym doradcą szefa Biura
Bezpieczeństwa Narodowego, wiceministrem spraw wewnętrznych i administracji i
szefem Obrony Cywilnej Kraju w latach 2005-2007, rozmawia Justyna Wiszniewska
Przekonuje Pana argumentacja Donalda Tuska, że chciał wygrać pokój z Rosją, a
nie wywołać wojnę…
– Jest to oczywiście stwierdzenie przesadne i nacechowane emocjami, które można
określić jako mało polityczne. Ponadto dla osoby pełniącej funkcję premiera dość
ryzykowne jest mówienie w publicznym wystąpieniu w Sejmie, że grozi nam jakaś
wojna – zakładając nawet, że była to figura retoryczna. Nie ulega wątpliwości,
że w całej tej sprawie premier został co najmniej ograny i nie wykazał się
politycznym instynktem oraz zdolnością przewidywania rozwoju sytuacji od momentu
samej katastrofy, czyli od 10 kwietnia 2010 roku.
Tymczasem pojawiają się komentarze, jak chociażby Zbigniewa Brzezińskiego, że
obecna polityka rządu Tuska wobec Rosji "jest rozsądna", a jej ewentualnym
przeciwieństwem, oczywiście niedopuszczalnym, miałoby być "machanie szabelką i
bojowe wykrzykiwanie". Czy rzeczywiście nie istnieje już żadna inna forma
prowadzenia skutecznej polityki zagranicznej wobec Rosji?
– Bardzo sobie cenię profesora Brzezińskiego, osobę niezwykle zasłużoną dla
sprawy Polski i szerzej – dla interesów narodów Europy Środkowej i Wschodniej.
Jednak musimy pamiętać, że profesor Brzeziński jest przede wszystkim
Amerykaninem, patriotą amerykańskim, a dopiero potem Amerykaninem polskiego
pochodzenia, darzącym sentymentem kraj urodzenia swojego i swoich przodków. Jego
punkt widzenia to perspektywa globalnej polityki Stanów Zjednoczonych, którą
usiłuje realizować (popierana przez Brzezińskiego) administracja prezydenta
Obamy. To perspektywa kogoś, kto mieszka nad Potomakiem, podczas gdy my żyjemy
nad Wisłą i mamy własne interesy, nie zawsze zgodne z interesami innych narodów,
choćby najbardziej nam przyjaznych.
Jest oczywiste, że w stosunkach z Rosją między polityką "rozsądną" (czytaj:
uległą) a "machaniem szabelką" istnieje cała gama zachowań i środków pośrednich,
z których wydaje się, nasze władze nie korzystały, przyjmując postawę tzw.
rozsądną. Polityka rządu wobec Rosjan powinna być podporządkowana
najważniejszemu zadaniu, jakim w obliczu tragedii smoleńskiej jest, w moim
przekonaniu, budowanie jedności i zgodnej postawy Polaków. Natomiast od początku
działania władz wzbudzały podziały i nieufność, zabrakło w nich jednoznacznego
zamanifestowania gotowości do wzięcia bezpośredniej odpowiedzialności ze strony
przywódców państwa. Tymczasem na pierwszy plan wysunięto urzędników:
prokuratorów, pana Edmunda Klicha, zamiast przywódców politycznych: premiera i
ministrów. Nieufność pogłębiał fakt, że o wielu decyzjach opinia publiczna nie
była informowana, inne podejmowane były w niewyjaśnionych do dzisiaj
okolicznościach, jak chociażby sposób przyjęcia przez stronę polską konwencji
chicagowskiej za podstawę do działań wyjaśniających przyczynę katastrofy.
Odpowiedzią na nieporadne działania ekipy Tuska po katastrofie była
legislacyjna i propagandowa ofensywa Rosji.
– Rosjanie już w dniu katastrofy zamieścili w internecie dekret prezydenta
Dmitrija Miedwiediewa, na mocy którego mianował on premiera Władimira Putina
szefem rządowej komisji ds. zbadania przyczyn katastrofy samolotu Tu-154, po
czym tego samego dnia Putin wyznaczył skład komisji, formalnym aktem prawnym,
który również został zamieszczony na stronach internetowych. Rosjanie
jednoznacznie, w sposób formalny (przy tym łatwy do sprawdzenia) wskazali, kto z
ich strony ponosi główną – polityczną odpowiedzialność za wyjaśnienie przyczyn
katastrofy (prezydent i upoważniony przez niego premier).
Takich działań nie było widać ze strony polskiej. W obecnej sytuacji politycznej
i dyskusji wokół raportu MAK dobrze by było, gdyby rząd opublikował wszystkie
dokumenty (wszystkie, które nie są objęte klauzulą tajności), dotyczące zarówno
okoliczności dwóch odrębnych wizyt premiera i prezydenta w Smoleńsku 7 i 10
kwietnia w Katyniu (w tym korespondencję pomiędzy ambasadą rosyjską a władzami
polskimi) oraz działań rządu podjętych po katastrofie. Dokumenty te w formie
białej księgi powinny być ogólnie dostępne w internecie.
Jak ocenia Pan zdolność naszych władz do wzięcia odpowiedzialności za
katastrofę smoleńską i dotarcia do prawdy o jej przyczynach?
– Rosjanie, broniąc swoich interesów, pokazali jednocześnie, kto jest
odpowiedzialny za rozwiązanie tej sprawy: Miedwiediew i Putin. Stronę polską
reprezentował na początku płk Edmund Klich, wcześniej nieznany, poza wąskim
kręgiem specjalistów związanych z lotnictwem. Zabrakło osobistego zaangażowania
premiera, a nominacja ministra Jerzego Millera, jako szefa komisji, nastąpiła
parę tygodni później. Jak w tej sytuacji miał się zachować Putin (niezależnie od
jego rzeczywistych intencji), który już 10 kwietnia stanął na czele komisji
badającej przyczyny katastrofy powołany do tego formalnym aktem, kiedy zobaczył,
że premier i rząd polski wyznaczają do badania tej sprawy niższego rangą
urzędnika? Już samo to mogło wywołać u Rosjan reakcje negatywne i przekonanie o
lekceważeniu całej sprawy ze strony polskiej. W ten sposób nasz rząd okazał się
niezdolny do zamanifestowania – i to jest mój podstawowy zarzut wobec polskich
władz – należytej powagi wobec tego, co się stało. Zabrakło ze strony polskiej
jednoznacznego wyeksponowania tego głównego, odpowiedzialnego przywódcy państwa,
który wobec niewątpliwej tragedii narodowej od samego początku umiałby
powiedzieć: "To ja biorę odpowiedzialność za to, żeby ta sprawa została
wyjaśniona". A tym głównym odpowiedzialnym mógł być tylko premier, bo prezydent
już nie żył.
Bezczynność wydaje się programem Donalda Tuska w obszarze relacji z Rosją.
Zabrał on głos dopiero wtedy, gdy zmusił go do tego raport MAK.
– Jeżeli nawet po katastrofie nasze władze nie wiedziały, co robić, bo
zapanowała panika, chaos i zamęt, a na skutek tego w pierwszych godzinach
śledztwo zostało oddane w ręce Rosjan, to były przecież później całe miesiące na
to, aby w sytuacji, gdy okazało się, że Rosjanie mataczą, podjąć pewne
działania, np. na znak protestu wycofać Edmunda Klicha z komisji MAK, a sprawę
umiędzynarodowić. Polski rząd nie wykonał wielu możliwych działań, zanim jeszcze
stanęła kwestia jakiejkolwiek ostrej konfrontacji dyplomatycznej. Do momentu
ogłoszenia raportu MAK – jeżeli pojawiały się jakiekolwiek informacje o
nieprawidłowościach czy niezdolności do współpracy z Rosją – nie było żadnych
formalnych ruchów ze strony polskiej, które by świadczyły o tym, że nie zgadzamy
się w czymś z Rosjanami. Pojawiła się jednocześnie niezrozumiała w tej sytuacji
presja, wręcz szantaż, wobec polskiego społeczeństwa, że oto teraz Polacy mają
kochać Rosjan. Po tragedii 10 kwietnia próba odsłonięcia pomnika w Ossowie ku
czci poległych w 1920 roku żołnierzy sowieckich czy nakłanianie Polaków do
składania 9 maja wieńców na grobach czerwonoarmistów były przykładami takiego
nachalnego, agresywnego i wzbudzającego sprzeciw rusofilstwa. Takie działania z
pewnością nie posłużyły budowie pojednania między naszymi narodami.
Jak zatem interpretować te nadmierne ukłony rządu wobec Rosji?
– Jako przejaw histerii rządu Tuska, że stosunki polsko-rosyjskie mogą się
załamać. Niedobrze, że pierwszą myślą rządzących po katastrofie było ratowanie
dobrych stosunków z Rosją, a nie ratowanie potężnie zachwianego poczucia
pewności i jedności Narodu. Gdyby rząd myślał kategoriami interesu narodowego,
to jego pierwszymi działaniami po katastrofie powinna być demonstracja siły
państwa wyrażająca się w jednoznacznym wzięciu odpowiedzialności za działania
przez politycznych przywódców kraju (a nie spychania jej na niższych rangą
urzędników) i bardziej zdecydowana, asertywna postawa wobec Rosjan. To drugie z
pewnością nie groziłoby od razu poważnym konfliktem, to jest bzdura.
Jednocześnie byłby to jasny sygnał skierowany do społeczeństwa polskiego, że dla
rządu najważniejszy jest interes Polski.
Niestety, cały wysiłek władz nakierowany był na budowanie za wszelką cenę
przyjaznych stosunków z Rosją, a nie na liczenie się z postawami społecznymi.
– Nawet można było odnieść wrażenie, że właśnie o to chodziło, aby wydzielić ze
społeczeństwa tych, którzy się tym działaniom sprzeciwiają, po to, by ich
napiętnować, ośmieszyć, zapędzić w kozi róg. To może mieć dalekosiężne skutki w
postaci trwałego podziału. Najważniejsi w tej sytuacji powinni być dla naszego
rządu Polacy, a nie Rosjanie. W jednym z wywiadów George Friedmann, autor
futurystycznej książki "Następne 100 lat. Prognoza na XXI wiek", określił wizję
przyszłej Euroazji i wskazywał na potencjalnie silną pozycję Polski. Polski
dziennikarz, który z nim rozmawiał, wyraził wątpliwość co do naszych możliwości,
mówiąc, że przecież jesteśmy bardzo słabi, wszyscy nas lekceważą, nie jesteśmy
np. jak Izrael, który ma poparcie Ameryki itp. Na to Friedmann zapytał: Co
Polacy robią, aby byli poważniej traktowani? Czy budują np. silną armię? Czy są
państwem zdolnym do prowadzenia asertywnej polityki, która w skrajnym przypadku
wyraża się w gotowości i zdolności do prowadzenia w obronie własnej działań
militarnych.
Proszę zwrócić uwagę, że w momencie, kiedy Francuzi sprzedali Rosjanom
supernowoczesne okręty klasy Mistral (z lądowiskami dla helikopterów), które
mogą służyć do desantu na takich wodach, jak Morze Bałtyckie, w parlamencie
Szwecji wywołało to dyskusję o zagrożeniu, jakie stwarza to dla bezpieczeństwa
kraju. Taka była reakcja państwa, które jest bezpieczniejsze od Polski pod
każdym względem. Ze strony Polski poza désintéressement zgłoszonym przez
prezydenta Komorowskiego podczas wizyty we Francji nie wywołało to żadnej
poważnej dyskusji.
Sprawy obronności leżą zupełnie poza obszarem zainteresowania rządu?
– Kondycja naszej armii jest bardzo zła. Przypomina armię czasów saskich.
Jesteśmy w zasadzie rozbrojeni, bo dysponujemy ok. 7-10 tys. żołnierzy, którzy
są w stanie prowadzić działania bojowe. W naszej armii nie ma ani strategicznej
wizji rozwoju, ani dostatecznej kontroli. Panuje daleko posunięta demoralizacja,
czego skutkiem są dymisje, np. w jednostce GROM. Kolejne katastrofy lotnicze są
najbardziej tragicznym tego przykładem. Wszyscy wiedzą, że minister obrony jest
skrajnie nieudolny, nawet w łonie partii rządzącej jest krytykowany. Znajdujemy
się na granicy obszaru NATO i na granicy obszaru Unii Europejskiej w sytuacji,
kiedy nie wiemy, jak rozwinie się za parę lat sytuacja np. na Ukrainie, nie
wiemy, co się stanie z Białorusią itd. Gdyby sytuacja uległa istotnemu
pogorszeniu, to w pół roku armii nie zbudujemy.
Jak w związku z tym Polska powinna budować swoją podmiotową pozycję wobec
Rosji?
– Warunkiem budowania wszelkiej podmiotowości wobec państw zewnętrznych –
obojętnie czy to będą Rosjanie, Niemcy czy Amerykanie – jest posiadanie własnego
silnego państwa; państwa, które potrafi nie tylko definiować cele strategiczne,
ale posiada consensus elit co do ich realizacji. Drugim warunkiem jest
zapewnienie środków na realizację tych celów, czyli odbudowanie
zdemoralizowanej, w dużym stopniu, machiny państwowej. Bez tych dwóch warunków
nie możemy mówić o jakimkolwiek oddziaływaniu zewnętrznym. Polacy muszą mieć
świadomość, że silne państwo jest wartością.
Na pewno kluczowe dla naszego bezpieczeństwa są sojusznicze i partnerskie
relacje z USA i Niemcami, a także nasza silna pozycja wewnątrz silnej Unii
Europejskiej. Zwracam też uwagę na państwa skandynawskie (zwłaszcza Szwecję)
oraz na państwa Grupy Wyszehradzkiej. Polska powinna dążyć do odbudowy pozycji
regionalnego lidera, czy to w obrębie państw Grupy Wyszehradzkiej, czy w obrębie
wspólnoty państw Morza Bałtyckiego. Jednak powtórzę raz jeszcze, punktem wyjścia
dla działań zewnętrznych jest odbudowanie silnego państwa.
Dziękuję za rozmowę.
