Musimy zablokować roszczenia niemieckie
Rozmowa z dr. Waldemarem Gontarskim, dyrektorem Centrum Ekspertyz Prawnych Zrzeszenia Prawników Polskich
Jakie szanse mają skargi Pruskiego Powiernictwa złożone przeciwko Polsce w Strasburgu?
– W swoim czasie prowadziłem spór z ówczesnym szefem dyplomacji Włodzimierzem Cimoszewiczem w sprawie Zabużan. Minister tłumaczył, że skoro Polska znajduje się pod jurysdykcją Trybunału w Strasburgu od 1 maja 1993 r., to Trybunał ten może zajmować się tylko stanami faktycznymi zaistniałymi po tej dacie, gdyż co do zasady prawo nie obowiązuje wstecz. Skarga do Trybunału nie może dotyczyć zdarzeń z przeszłości. Wcześniej Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, na mocy której powołano Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, nie stanowiła prawa wiążącego Polskę.
Ale taka jest zasada, od której są wyjątki. W wykładzie zawierającym odpowiedź na pytanie, kiedy „Strasburg zagląda wstecz”, wygłoszonym trzy lata temu na Uniwersytecie Opolskim, przedstawił Pan orzeczenie w sprawie Loizidou v. Turcja z 18 grudnia 1996 roku. Z jakiego względu jest to istotne orzeczenie?
– W orzeczeniu wydanym w tej tureckiej sprawie Trybunał zastosował tzw. instytucję ciągłości naruszenia. Sam akt naruszenia własności miał miejsce przed przystąpieniem Turcji do Rady Europy, a mimo to Trybunał w Strasburgu zajął się pozwem. Rzecz dotyczyła ciągłego naruszenia prawa własności w rozumieniu art. 1 Protokołu nr 1 do Konwencji. Nic więc dziwnego, że orzeczenie to zostało podchwycone przez tzw. niemieckich wypędzonych, wysuwających teraz żądania odszkodowawcze wobec Polski. Władze państwa tureckiego stale blokowały dostęp do mienia i w efekcie dochodziło do ciągłej utraty korzyści. Sprawa dotyczyła stanu faktycznego zaistniałego przed przystąpieniem Turcji do Konwencji, ale występowała ciągłość naruszenia, a więc aktualny „punkt zaczepienia”. Wracając do naszych problemów, szanse powodzenia skarg skierowanych do Strasburga przeciwko Polsce przez tzw. starych wypędzonych (osoby, które opuściły dzisiejsze terytorium Polski w 1945 r. i nigdy nie miały naszego obywatelstwa) oceniam jako niewielkie. Większy problem jest z późnymi wysiedleniami, trwającymi nawet za czasów Gierka, w ramach akcji „łączenia rodzin”. [Akcje takie miały miejsce za rządów Gomułki i Gierka. W zamian za wypuszczenie z Polski osób niemieckiego pochodzenia władze PRL otrzymywały kredyty od rządu RFN – przyp. red.]. W sumie chodzi o ponad milion osób, które wyemigrowały z Polski po 1948 roku. Często w Polsce pozostawiły swoją własność, np. domy. Jednak z prawnego punktu widzenia teoretycznie jest możliwe, że Trybunał zajmie się wnioskami Pruskiego Powiernictwa dotyczącymi tzw. wypędzeń (określenie niemieckie) z 1945 r., jeśli skarżący wykażą, że zachodzi ciągłość naruszenia. Może tu wchodzić w grę prawo do ochrony mienia, czyli art. 1 Protokołu nr 1 do Konwencji. (Polskę Protokół nr 1 obowiązuje dopiero po 10 października 1994 r.). Jest to możliwe na tej samej zasadzie, jak w przypadku Zabużan. Przecież kwestia Zabużan nie powstała po 1994 r., ale bezpośrednio w związku ze skutkami II wojny światowej, czyli chronologicznie rzecz biorąc tak jak kwestia tzw. wypędzonych. Mimo to Trybunał w Strasburgu wydał niekorzystne rozstrzygnięcia dla państwa polskiego.
Czy istnieje jakiś prawny sposób na zablokowanie roszczeń obywateli niemieckich wobec Polski?
– Już kilka lat temu przedstawiłem możliwość prawną zablokowania niemieckich żądań. Oto istnieje zasada głosząca, że nie można pobierać reparacji wojennych z majątków prywatnych. Wiedząc o tym, badałem, jak ten zakaz obeszli Francuzi, Brytyjczycy, Amerykanie, którzy – jak powszechnie wiadomo – pobierali z terenów Niemiec Zachodnich łupy wojenne (jako formę reparacji) nie tylko z majątków państwowych, ale i z prywatnych. Przecież poszkodowany w ten sposób obywatel niemiecki mógłby później dochodzić stosownego odszkodowania od zwycięskich mocarstw. Okazuje się, że obawiając się prywatnych roszczeń niemieckich USA, Wielka Brytania i Francja 26 maja 1952 r. zawarły z Niemcami umowę, na mocy której przerzucono na państwo niemieckie obowiązek wypłaty odszkodowania za majątki utracone przez obywateli niemieckich (na rzecz tych trzech mocarstw w związku z reparacjami wojennymi) i jednocześnie wyłączono możliwość dochodzenia od tych trzech mocarstw roszczeń ze strony byłych właścicieli niemieckich. Następnie Amerykanie, Brytyjczycy i Francuzi, obawiając się, że taka umowa może zostać zakwestionowana przez Trybunał Konstytucyjny RFN w Karlsruhe (jako niezgodna z niemiecką konstytucją), doprowadzili do tego, że jej postanowienia zostały inkorporowane do ustawy zasadniczej RFN. To się nazywa troska państwa o interes narodowy. USA, Wielka Brytania i Francja mają zagwarantowaną pewność prawną.
Co w takim razie ma zrobić strona polska?
– Najważniejsze to uzyskać właśnie pewność prawną. Nie trzeba przy tym wyważać otwartych drzwi, ale powtórzyć wspomniany układ z 1952 r. między zwycięskimi mocarstwami a Niemcami. Należy mieć jeszcze na uwadze, że po stronie polskiej są większe racje moralne. Polska nie uczestniczyła w tworzeniu aktu skutkującego przesiedleniami, tylko zwycięskie mocarstwa. Należy wskazać, że Polska sama padła ofiarą układu jałtańskiego. Dlatego taka umowa polsko-niemiecka o przejęciu roszczeń obywateli Niemiec przez rząd tego państwa z punktu widzenia moralnego bardziej należy się nam niż Amerykanom czy Brytyjczykom, a zwłaszcza Francuzom z ich kolaborującym z hitlerowcami rządem Vichy. Jak to wygląda z punktu widzenia moralności?! Dlaczego nasza dyplomacji milczy i nie posługuje się tym kazusem opisanym przeze mnie w prasie już kilka lat temu?
Jak więc zobowiązać rząd niemiecki do uznania zapisu o przejęciu roszczeń?
– Należy organizować pod tym względem opinię publiczną. Poruszać środowiska prawnicze w całej Europie i w USA. Wywierać stałą presję. Przede wszystkim uświadamiać, że Polska nie domaga się niczego nowego, gdyż takie zapisy mają już inne państwa. Na własną rękę taką prywatną politykę zagraniczną prowadzę od kilku lat z garstką niezależnych ekspertów. Niestety, nie chcieli nas słuchać dyrektorzy z polskiego MSZ za czasów rządów Millera i Belki. Nie chcą z nami i teraz tam rozmawiać. Problem polega na tym, że średnia kadra w MSZ w zasadzie się nie zmieniła.
Czy nie powinniśmy naciskać na Berlin za pośrednictwem Unii Europejskiej?
– Można też próbować w ten sposób, ale najlepszym wyjściem jest domagać się od kanclerz Angeli Merkel – tak jak to ostatnio uczynił premier Jarosław Kaczyński – by Republika Federalna wzięła na siebie na mocy umowy międzynarodowej roszczenia obywateli Niemiec wysuwane pod adresem Polski. Absolutnie nie należy zadowalać się obietnicami politycznymi, na wzór Millera i Belki, premierów ustępującym
Niemcom.
Tamte rządy prowadziły przewrotnie politykę zagraniczną pod szyldem troski o dobre stosunki polsko-niemieckie…
– Walczono wówczas z moją opinią, że uchwała Bieruta o zrzeczeniu się reparacji od Niemiec, przyjęta pod naciskiem Kremla, jest z mocy prawa nieważna. Zabiegałem też o to, by Rada Miasta Warszawy przyjęła uchwałę o wyliczeniu szkód dokonanych przez okupanta niemieckiego (publikowaliśmy w prasie stosowną opinię prawną). Do przedstawienia szacunku strat Warszawy doszło, gdy prezydentem miasta był Lech Kaczyński. Później w stolicach europejskich przyznano, że to socjotechniczny majstersztyk, by przypomnieć opinii światowej o wysokości szkód. Istnieją więc możliwości docierania – nie tylko do świadomości Polaków – z racjami dotyczącymi naszych stosunków z zachodnim sąsiadem. Jeśli nie będziemy ich wykorzystywać, Niemcy rzeczywiście wystawią nam w końcu rachunek za proch, którym rozstrzeliwano Polaków. Problem polega jednak na tym, że rząd Jarosława Kaczyńskiego nie ma kim pracować. Ciągle daje o sobie znać brak polskich dyplomatów myślących w kategorii interesu narodowego. Przecież już samo mówienie o interesie narodowym uchodzi za niepoprawność polityczną!
Dziękuję za rozmowę.
