Krzyż nad Torre de la Vela
Gdy Boabdil, po kapitulacji, po raz ostatni spoglądał z dalekiego wzgórza
na Grenadę, płakał. Matka rzekła wówczas do rozpaczającego emira: "Skoro nie
potrafiłeś walczyć jak mężczyzna, musisz teraz rozpaczać jak kobieta!".
Sprawiedliwe, choć zbyt surowe słowa. Ostatni władca z dynastii Nasrydów mógł
czuć w sercu rozpacz.
Nad Torre de la Vela – Wieżą Czuwania w Alhambrze, zamiast zielonego półksiężyca
powiewała już chorągiew z krzyżem. Zatknęli ją wielki komandor hiszpańskiego
zakonu rycerskiego Calatrava i mistrz zakonu Santiago (św. Jakuba), walczących o
odzyskanie hiszpańskiej ziemi z rąk niewiernych. Stojący u stóp zdobytej
twierdzy tłum rycerzy krzyczał: "Santiago y cierra Espańa!" – Święty Jakubie,
zwieraj szyki, Hiszpanio. 2 stycznia 1492 r. rekonkwista na Półwyspie Iberyjskim
została zakończona.
Maurowie pokonani
Daleka była droga od bitwy pod Covadonga w 722 r., gdy garść asturyjskich
rycerzy, wzywając na pomoc św. Jakuba nazywanego odtąd Matamoros (pogromca
Maurów), po raz pierwszy pokonała muzułmańskich najeźdźców. Przez całe wieki
chrześcijanie w Hiszpanii i Portugalii pozostawali obywatelami drugiej
kategorii. Nierzadko, jak męczennicy z Kordoby w IX wieku, płacili krwią za
wierność katolicyzmowi. Obecnie podkreśla się rzekomą tolerancję wyznawców
islamu wobec "ludów księgi" – żydów i chrześcijan w muzułmańskiej Al-Andalus.
Rzeczywistość była inna. Chrześcijanie zostali po podboju pozbawieni wszelkich
praw politycznych, zmuszeni do płacenia upokarzającego "haradżu". Często
narzucano im islam przemocą. Przez wieki byli porywani i sprzedawani w niewolę
do krajów Maghrebu: kobiety do haremów, mężczyźni na galery. Zmieniło się to
dopiero od klęski Almohadów – kolejnej dynastii rządzącej emiratem kordobańskim
– pod Navas de Tolosa w 1212 r., gdy złamana została raz na zawsze ekspansywna
potęga najeźdźców z Afryki.
To wtedy właśnie powstał emirat grenadzki, którego wojska wzięły udział w
hiszpańskim podboju Kordoby. Był on ostatnim, zhołdowanym zresztą przez
Kastylię, muzułmańskim państwem na Półwyspie Pirenejskim. Za cenę absolutnej
uległości mógł przeżyć okres świetnego rozwoju, zwłaszcza w wieku XIV, gdy
powstały pałace Alhambry. Świat islamu nie zapomniał zresztą Nasrydom zdrady i
gdy doszło do ostatecznych zmagań o istnienie Al-Andalus, żadne posiłki od
współwyznawców z Afryki nie nadciągnęły. Słynna solidarność wyznawców Mahometa
okazała się fikcją. Ba, wojska rekonkwisty zaopatrywane były w zboże przez
egipskich i marokańskich kupców.
Wojnę z Kastylią i Aragonią zaczęli sami Maurowie (co przyspieszyło ich upadek),
napadając w 1481 r. na Zaharę i sprzedając jej ludność w niewolę. Dostarczyli
tym samym pretekstu do ostatecznego zakończenia odzyskiwania ziem Andaluzji z
rąk niewiernych. Przez dziesięć lat toczyła się wojna, w której Boabdil często
walczył po stronie chrześcijan, przeciwko własnemu ojcu. Gdy upadł port Almerii
– przez który mogły docierać posiłki od współwyznawców, stało się jasne, że dni
emiratu Grenady są już policzone… Wtedy jednak w Boabdilu obudziło się
rycerskie serce przodków. Postanowił walczyć w obronie swej pięknej stolicy do
końca.
Grenady nie ujrzał już nigdy. Po kapitulacji przez rok mieszkał w górach
Alpuhary, by następnie wyemigrować do marokańskiego Tlemcenu. Żył długo,
tęskniąc za rodzinnym miastem. Zrozumie go każdy, kto choć raz widział Grenadę.
(Jak ja, gdy siedząc na placu Bib-Rambla, w cieniu platanów, spoglądałem na
katedrę i ośnieżone wierzchołki gór Sierra Nevada. Obiecywałem sobie wówczas, że
muszę powrócić do tego fascynującego miasta…).
Nie zobaczył już niefortunny emir, którego wielu współwyznawców z powodu jego
paktowania z chrześcijanami uważało za zdrajcę, katedry wznoszonej od początku
XVI wieku w sercu miasta. Imponujących rozmiarów świątynia wywiera niezapomniane
wrażenie. Właśnie ona z perłą architektury renesansowej – Capilla dos Reyes
Catolicos – Kaplicą Królów Katolickich, zapada w pamięć mocniej niż pałace
Alhambry. Pośrodku kaplicy stoją wyrzeźbione z marmuru karraryjskiego przez
Domenico Fanellego grobowce Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego.
Szlachetne w wyrazie, podobne w charakterze do grobowców królewskich na Wawelu.
Ściany kaplicy zdobią malowidła Rogera van der Weydena. Santa Iglesia Catedral
Metropolitana de Granada budowana była przez Enrigue de Eyosa, a zwłaszcza
wykształconego we włoskiej szkole renesansu Diego de Siloe, od roku 1503. Budowę
zakończono ostatecznie dopiero w wieku XVIII, lecz zasadniczy szkielet
konstrukcji pozostał gotycko-renesansowy.
Duch chrześcijaństwa
Piękno Grenady skłania do refleksji. Siedząc pod palmami na plaży, na którą
napływała od Morza Śródziemnego gęsta mgła – "la nebla", zastanawiałem się,
czemu piękne, misternie zdobione wnętrza pałaców i haremów, zawieszone nad
przepaściami mihraby, zaczynają po pewnym czasie nużyć, a Kaplicę Królów
Katolickich tak trudno opuścić.
W sztuce islamu nie ma wyobrażeń ludzi i zwierząt. Sporadycznie tylko, jak w
alhambryjskiej Sala de los Reyes, znajdziemy portrety przodków dynastii czy –
jak w miniaturach dynastii Wielkich Mogołów z Indii – sceny z życia dworskiego,
uczt i polowań. Ale to rzadkość. Zazwyczaj oglądamy niekończące się wariacje
inskrypcji głoszących chwałę "miłosiernego, litościwego Allaha". Albo powtarzane
w nieskończoność modlitewne wezwania muzułmańskich władców – Nasrydzi dekorowali
swe pałace subtelnym kufickim pismem z mottem: "Wa la ghalib illa Allah!" – Nie
ma zdobywcy nad Allaha!
Zarówno twórcy pnących się ku niebu gotyckich katedr, jak i wyrafinowani
muzułmańscy rzemieślnicy pozostawali anonimowi. Pracowali dla chwały
Najwyższego. Jednak w katolickiej sztuce późnośredniowiecznej Hiszpanii czuje
się wyraźnie indywidualność twórców. Chrześcijaństwo jest religią wolności.
Islam religią posłuszeństwa. Przepaść między człowiekiem a Bogiem jest w nim
olbrzymia. Lecz i ta konstatacja nie daje ostatecznej odpowiedzi na pytanie,
dlaczego sztuka muzułmańska w dużych dawkach nuży, a chrześcijańska jak dobre
wino pozostawia widza zawsze spragnionym… Jaka jeszcze kryje się tu subtelna,
a znacząca dystynkcja?
Gdzie czułem się najbliższy sztuki islamu? Nie w Kairze, Istambule, Algierze czy
Kano. (Wielkie meczety są zazwyczaj tylko zróżnicowaną kopią
konstantynopolitańskiej świątyni Haghia Sophia z dodatkiem kłujących niebo
minaretów.) Duch islamu najmocniej przemówił do mnie wśród wzgórz M´zabu.
Pośrodku kamiennej pustyni Szebka wyrastają wieże Beni Isguen i Ghardaii.
Świętych miast berberyjskich ibadytów – wyklętej przez współwyznawców sekty.
Ascetyczne, pozbawione ozdób meczety zdają się oddawać pierwotną religijność
fanatycznych zdobywców Afryki Północnej. Mzabici koczownikami nigdy nie byli;
zbudowali swoje Pentapolis od zera, w sercu północnej Sahary. I do dzisiaj
pozostają odizolowani od wszelkich nowinek. W murach Beni Isguen nie może zostać
na noc żaden niewierny – także muzułmanin niebędący ibadytą.
Tak, to miejsce, do którego również pragnąłbym powrócić. A może sztuka islamu
jest sztuką ascetycznej niezmienności? Wtedy działa najmocniej. Sztuka
chrześcijańska zaś spełnia się w nieustannym poszukiwaniu absolutu, w ciągłej
przemianie. Tu leży jej siła, tu kryje się też jej największa słabość…
W Grenadzie sztuki chrześcijaństwa i islamu są tuż obok siebie. Dosłownie na
wyciągnięcie ręki. Szczególnie w Alhambrze. Obok pałacu Nasrydów uczeń Michała
Anioła – Pedro Machuca, zbudował dla Karola V pałac. Jest to najpiękniejszy
przykład toskańskiego renesansu poza Włochami. Zbudowany na wzór rzymskiego
Panteonu, pozbawiony jednak sklepienia, zachwyca znakomitymi proporcjami i
spokojem swej bryły. Nie kłóci się zupełnie z otoczeniem mauretańskich pałaców i
ogrodów. Ten właśnie pałac jest najbardziej ze wszystkich w Alhambrze
zaniedbany. Tak jakby Hiszpanie wstydzili się swego katolickiego dziedzictwa.
Położony poniżej alkazab – muzułmańska twierdza – jest pięknie odnowiony. Ale
może i na rezydencję znakomitego hiszpańskiego monarchy przyjdzie czas…
Wysublimowana architektura nasrydzka mocno kontrastuje z klasyczną prostotą
renesansu. Jest delikatniejsza, bardziej krucha. La sublime est corrosif – mówią
Francuzi. Sam nie wiem, w cieniu jakich krużganków wolałbym odpoczywać w upalne
południe, po czyich ogrodach spacerować. Ogrody, woda są niezwykle ważne w
sztuce muzułmańskiej. Ich bogatą symbolikę można podziwiać także w alkazabie
Almerii. Jej ogrody były niegdyś tak piękne jak słynne, zasilane źródlaną wodą z
gór Sierra Nevada, ogrody Generalife. Zniszczone przez stulecia odtwarzane są
teraz z pietyzmem.
Co do jednego nie ma wątpliwości. Obrazy, które wiszą obecnie w Capella de Los
Reyes Catolicos, nie mają żadnego odpowiednika w świecie islamu. Dzieła Boutsa,
Boticellego, Memlinga, van der Weydena znajdują się obecnie w zakrystii
przekształconej w muzeum. Podziwiana powszechnie niderlandzka sztuka znalazła
zresztą w XVI-wiecznej Hiszpanii znakomitych naśladowców. Hiszpańscy malarze z
El Greco, Cotanem, Zurbaranem czy mistrzem nad mistrzami Velazquezem wynieśli
wkrótce malarstwo Półwyspu Iberyjskiego na niespotykane wcześniej wyżyny. Brak
obrazów w meczetach jest bardzo dojmujący. To przed obrazami łatwiej jest
uspokoić rozbiegane myśli, skupić się na modlitwie. Na kontemplacji piękna i
wspominaniu. Rozpacz Ukrzyżowania, smutek Piety, niosąca nadzieję radość
Zmartwychwstania prowadzą duszę poprzez obrazy ku kontemplacji Stwórcy. Jego
dziećmi są wszak wszyscy twórcy: berberyjscy architekci z M´zabu, rzemieślnicy
tworzący mozaikowe koronki Alhambry, murarze wznoszący wieże gotyckich katedr i
malarze pracujący dla chwały Bożej i radości ludzkich oczu…
Janusz Kotański historyk, poeta
