Jedność w wielości


Od początku istnienia świata ludzie mieli kłopoty ze zdefiniowaniem relacji, jak zachodziła pomiędzy nimi. Jedność, choć odmieniana przez wszystkie przypadki, wypisywana na sztandarach, ostatecznie okazywała się mrzonką. Dlaczego? Ponieważ budowana była wedle tylko ludzkich zasad.

Święty Paweł w dzisiejszym pierwszym czytaniu przypomina, że jedność jest owocem działania Ducha Bożego. Zakłada ona wielość, różnorodność, gradację darów. O jedność prosił Jezus w swojej Modlitwie Arcykapłańskiej. Wreszcie uczta weselna w Kanie Galilejskiej, której opis przypomina dzisiejsza Liturgia Słowa – pośród wielu innych konotacji także jest znakiem jedności: ludzi pomiędzy sobą, przeżywających radość zaślubin, Boga z ludźmi, znajdującą swoją kwintesencję w osobie Jezusa. Problem polega na tym, że nasze działanie jest często odwrotnością biblijnego archetypu.

Nie przebrzmiały jeszcze echa systemu, który twierdził, iż wszystko podlega zasadom dialektyczności, ścierania się przeciwieństw – z tego powstaje nowa jakość – a dziś mamy na co dzień do czynienia z nową jego odmianą. Co prawda ideologia upadła, ale reguła pozostała – nie tyle w ideologii, co w ludziach. Bo to nie własność marksistów, komunistów, ale przypadłość ludzkiej natury. Zaskakująco to brzmi, ale praktyka życia pokazuje, że człowiekowi jak powietrze, jak światło słońca potrzebny jest wróg! Gdy nie ma wroga, najlepiej go sobie wymyślić, poszukać w świecie wirtualnym. Przy wrogu (paradoksalnie!) czujemy się bezpieczniejsi, ponieważ on pomaga nam siebie zdefiniować, określić, scalić. Mobilizuje nas walka! Zwarte szeregi wzmagają czujność, kreatywność. Walka (w subiektywnym mniemaniu) uszlachetnia, daje poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Dodaje mocy. Na tym grube pieniądze zarabiają różnej maści manipulanci (niektórzy dla niepoznaki nazywający siebie dziennikarzami), wydawcy tabloidów, kolorowej prasy, portali internetowych. Łatwiej się wtedy żyje. Im wróg słabszy, tym łatwiej go poniżyć. Nie obroni się. Publika bije brawo. Pustka zostaje zamaskowana, grzech usprawiedliwiony…

Znam takich, którzy potrafią normalnie funkcjonować tylko wtedy, kiedy z kimś walczą. To zwyczajni ludzie. Spotykamy ich na co dzień w autobusie, w sklepie, w pracy. Pani Zosia, pan Janek i wujek Krzysiek – wszystkich połączy jedno: gdy się spotkają (a jeszcze lepiej – popiją co nieco), poszukają wspólnego wroga. A jak znajdą – dołożą mu. I będą zadowoleni, że znaleźli kogoś, kto jest jeszcze gorszy niż oni (o tym akurat nie będą rozmawiać), usprawiedliwieni w swojej niemocy. Gdy wroga zabraknie, znajdą sobie nowego, mniejsza o to – prawdziwego czy wydumanego. Ta sama zasada kieruje poczynaniami partii politycznych. Najłatwiej zewrzeć szeregi, gdy padnie hasło: atakują nas! Stworzyć sytuację zagrożenia (nieistotne: realnego czy wirtualnego) i objawić siebie jako obrońcę uciśnionych, protektora ubogich, wybawcę zniewolonych i w ogóle… Taka gra toczy się na co dzień przed naszymi oczami. Gracze mają swoich PR-owców, którzy świetnie wiedzą, co robią. Mają swoich harcowników i proroków. Na rozbudzaniu lęku, wrogości budują kapitał.

Łatwo jest kierować ludźmi skłóconymi, zantagonizowanymi, zwróconymi przeciwko sobie. Dziel i rządź! Rzymska zasada ma się znakomicie. Tylko że w tym wszystkim gubi się Ewangelia. Ludzie przestają powoli wierzyć, że jedność jest możliwa. A może wcale jej nie chcą? Bo wtedy okazałoby się, jak słabi są i jak niewiele mają do zaproponowania innym?

Bóg może sprawić jedność, nawet tam, gdzie po ludzku jest ona niemożliwa. Ale można ją zbudować tylko pod skrzydłami Miłości, mocą Bożego Ducha. Inaczej się nie da.


ks. Paweł Siedlanowski
drukuj