Janicki karze za refleks
Do zdarzenia doszło w drugiej połowie sierpnia. W czarne bmw, którym po
ulicach Warszawy jechał na sygnale przewodniczący Parlamentu Europejskiego, były
premier Jerzy Buzek, uderzył citroen. Limuzyna Buzka, jadąc na sygnale, wpadła
na skrzyżowanie na czerwonym świetle. Kierowca citroena, wyjeżdżający z ul.
Żelaznej, nie zauważył auta i uderzył w bok limuzyny. Samochód Buzka został
unieruchomiony. Na rozkaz przełożonych natychmiast po uzyskaniu informacji o
kolizji na miejsce zdarzenia udały się jednostki Biura Ochrony Rządu. Jednym z
aut jechał kierowca BOR, funkcjonariusz z piętnastoletnim stażem.
Wspólnie z nim jechał jego dowódca. Kierowca jechał szybko, nie przekraczając
jednak dozwolonej prędkości, dopuszczalnej w miejscu zabudowanym. Chcąc jak
najszybciej dojechać na miejsce wypadku, w pewnym momencie musiał zjechać z pasa
jezdni na torowisko. Było to bezpieczniejsze niż wymuszanie miejsca na pasie
między innymi samochodami. Całe zdarzenie miało miejsce w godzinach szczytu –
ulice stolicy są wtedy bardzo mocno zatłoczone. Kierowca, który jechał na
sygnale świetlnym i dźwiękowym, nie zareagował na sugestię dowódcy, by w pewnym
momencie zmienić pas ruchu. W BOR przeciwko kierowcy toczy się teraz
postępowanie dyscyplinarne w sprawie odmowy wykonania rozkazu lub polecenia
służbowego. Wszczął je gen. Marian Janicki w oparciu o rozporządzenie Ministra
Spraw Wewnętrznych i Administracji z 27 maja 2002 r. w sprawie warunku i trybu
przeprowadzania postępowań dyscyplinarnych wobec funkcjonariuszy BOR. Chodzi
konkretnie o par. 6 pkt 1 odnoszący się do naruszenia dyscypliny służbowej, za
które funkcjonariusz ponosi odpowiedzialność dyscyplinarną. Konsekwencją może
być nawet wydalenie ze służby. Generał Janicki ma doświadczenie w imputowaniu
swoim podwładnym błędnej ścieżki działań. W czerwcu "Nasz Dziennik" opisał list
do gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych, w którym szef BOR sugerował,
że "dogmatyczne przestrzeganie zasad przez pilotów nie może godzić w oczekiwania
najwyżej usytuowanych w hierarchii państwowej osób". Chodziło o rozluźnienie
reżimu zasad bezpieczeństwa na pokładzie rządowych samolotów.
Z naszych informacji wynika, że samochód z funkcjonariuszami BOR przybył na
miejsce zdarzenia w ciągu dziesięciu minut od otrzymania informacji o wypadku.
Osobę ochranianą ewakuowano. Zdaniem płk. Andrzeja Pawlikowskiego, byłego szefa
BOR, w przypadku jakiegokolwiek zdarzenia, w centrum którego znajduje się osoba
ochraniana, zawsze trzeba brać pod uwagę tzw. czynnik wtórny. Zdarza się, że po
wypadku pasażerowie czują się względnie dobrze – z pozoru wydaje się, że nie
doznali żadnych urazów. Dopiero po kilku minutach okazuje się, że wymagają
natychmiastowej pomocy medycznej. Poza tym istnieje zawsze potencjalne
zagrożenie działania ze strony tzw. osób trzecich. A także zagrożenie wycieku
paliwa czy oleju z auta, co może spowodować zwarcie instalacji elektrycznej, a w
ostatecznym efekcie – pożar. Jak zaznacza Pawlikowski, priorytetem dla
funkcjonariusza BOR jest zawsze jak najszybsze dotarcie na miejsce zdarzenia.
Oczywiście mając na uwadze wszystkie reguły bezpieczeństwa ruchu drogowego.
Poruszając się w ruchu drogowym, BOR korzysta z szeregu uprawnień – chodzi o
samochody uprzywilejowane, tj. takie, które poruszają się na sygnałach
świetlnych i dźwiękowych. Do takich należą też karetki pogotowia. Jednym z
uprawnień jest właśnie to, że samochód taki może przejechać po torowisku, po
przejściu dla pieszych i po chodniku – kiedy nie ma możliwości, by normalnie
jechał po jezdni (na przykład gdy ulica jest zakorkowana). – Od sprytu i
refleksu kierowcy zależy, by tak ominąć inne pojazdy, by dotrzeć tam, gdzie się
udaje – ocenia Pawlikowski.
W Biurze Ochrony Rządu była już sytuacja, gdy kierowca usłuchał sugestii
siedzącego obok dowódcy (wykonał polecenie tzw. prawego). I miało to opłakane
skutki. Auto BOR zderzyło się z samochodem nadjeżdżającym z przeciwka. Dowódca
potem wszystkiego się wyparł. – Jeżeli w BOR w ten sposób postąpiono, czyli po
właściwej realizacji zadań, jakie zostały postawione przed funkcjonariuszem,
który wyruszył na miejsce zdarzenia, a który w mojej ocenie spełniał swoje
zadania prawidłowo, wręcz perfekcyjnie, wszczyna się postępowanie dyscyplinarne,
to moim zdaniem coś jest nie tak z tą instytucją – ocenia płk Andrzej
Pawlikowski.
Funkcjonariusze BOR z pionu transportu, z którymi rozmawiał "Nasz Dziennik",
mają poważne obawy, że incydent z wszczęciem postępowania dyscyplinarnego wobec
ich kolegi ostudzi ich zapał do szybkiej reakcji w sytuacjach kryzysowych. Nie
jest też tajemnicą, że policjanci z drogówki Komedy Stołecznej Policji, którym
cała sytuacja jest dobrze znana, decyzję gen. Mariana Janickiego określają jako
śmieszną i jasno stwierdzają: kierowca wykonywał zadanie w sposób profesjonalny.
Z ich komentarzy wynika też, że w analogicznej sytuacji, tj. gdyby policjant
został wezwany na miejsce wypadku, by nieść pomoc poszkodowanemu VIP-owi,
spotkałaby go za to pochwała zamiast kary.
Jak tłumaczy Komenda Rejonowa Policji Warszawa-Śródmieście, podczas
dynamicznego, szybkiego poruszania się pojazdu uprzywilejowanego w ruchu
miejskim, gdy z sekundy na sekundę sytuacja na drodze się zmienia,
odpowiedzialność za bezpieczne prowadzenie zawsze ponosi kierowca. On też jest
osobą, która powinna mieć właściwe rozeznanie w tym, co się dzieje na jezdni. –
Dowódca, czyli osoba siedząca na prawym fotelu, nie ma szansy na podejmowanie
decyzji w chwili, gdy prowadzi kierowca. To właśnie kierowca prowadzi samochód i
bierze za to odpowiedzialność. To kierowca podejmuje decyzje, bo to on odpowiada
za to, co się dzieje wokół niego na drodze – mówią policjanci z drogówki.
Kierowcy pojazdów uprzywilejowanych to ludzie sprawdzeni, którzy przechodzą
specjalne kursy i szkolenia psychotechniczne. Potwierdza to mł. insp. dr Mariusz
Sokołowski, rzecznik prasowy komendanta głównego policji. – Kierowca ma
uprawnienia do tego, by poruszać się pojazdem uprzywilejowanym – mówi
Sokołowski, zaznaczając przy tym, że nie ma tu znaczenia, czy tzw. prawym jest
przełożony kierowcy. – To nie ma znaczenia, bo to nie on kieruje. Decyzje, czy
skręcić w prawo czy w lewo, czy włączyć kierunkowskaz czy też nie, podejmuje
kierujący pojazdem – dodaje Sokołowski.
Biuro Ochrony Rządu postępowanie dyscyplinarne wobec swojego kierowcy tłumaczy
naruszeniem dyscypliny. Miała być nim odmowa wykonania polecenia służbowego. Jak
wyjaśnia BOR, naruszeniem dyscypliny służbowej nie jest odmowa wykonania rozkazu
lub polecenia, jeżeli wykonanie wiązałoby się z popełnieniem przestępstwa.
Zaniechanie czynności służbowej lub wykonanie jej w sposób niedbały lub
niezgodny z treścią polecenia również skutkuje dla funkcjonariusza wszczęciem
postępowania dyscyplinarnego. Jak zrelacjonował nam to mjr Dariusz
Aleksandrowicz, rzecznik BOR, na miejscu zdarzenia doszło nie do wypadku, ale do
zwykłej stłuczki, kolizji drogowej, a samochód był tylko porysowany, nikt nie
został ranny, nie było potrzeby prowadzenia akcji ratunkowej. – Kierowca, gdyby
posłuchał swojego dowódcy, wiedziałby, że nie ma ani ofiar, ani nikt nie został
poszkodowany, że to jest zwykła, normalna stłuczka. Nie ma takiej potrzeby, by
jechać na sygnale, stwarzać zagrożenie dla innych osób. Styl jazdy w tym
momencie był zupełnie niepotrzebny i nieadekwatny do zaistniałej sytuacji, nikt
nie został ranny, nie trzeba było stwarzać zagrożenia w ruchu – tłumaczy mjr
Aleksandrowicz. Wystarczy jednak obejrzeć zdjęcia z kolizji, by przekonać się,
że bmw, których jechał były premier, zostało poważnie uszkodzone, ma całkowicie
wgnieciony prawy bok.
Zdaniem Pawlikowskiego, postępowanie władz BOR wobec niektórych funkcjonariuszy
wpisuje się w szerszy kontekst całej sytuacji w tej służbie. Mowa o licznych
planowanych odejściach z BOR, o czym – zaznacza Pawlikowski – dowiedział się od
samych funkcjonariuszy, którzy złożyli takie wnioski. To także informacje
potwierdzone przez osoby, do których przychodzą funkcjonariusze, żeby podpisać
tzw. obiegówkę, czyli rozliczenie ze służby. Zostało podbitych już kilkaset
takich obiegówek. – Ludzie odchodzą też z powodu tego, jak są traktowani przez
swoich przełożonych – kwituje.
Anna Ambroziak
