Jak najszybciej zatrzymajmy emigrację zarobkową
Z prof. Józefiną Hrynkiewicz z Uniwersytetu Warszawskiego, specjalistką w
zakresie polityki społecznej i demograficznej, rozmawia Małgorzata Goss
Młodzi Polacy, jak pokazują badania, najwyżej ze wszystkich wartości cenią
rodzinę. Dlaczego więc tych rodzin nie zakładają? Dlaczego nie decydują się na
dzieci?
– Bo ich na to nie stać! Duża część młodych ludzi nie ma pracy. Bezrobocie w tej
grupie jest o kilka punktów procentowych wyższe niż bezrobocie ogółem. Mniej
więcej co czwarty, piąty młody człowiek (w zależności od środowiska) pozostaje
bez zatrudnienia. Problem zaczyna dotykać także osoby z wyższym wykształceniem.
Jeśli zaś nie ma pracy – nie ma dochodu. Ponadto część młodych ma tzw. pracę
elastyczną – na umowę-zlecenie, umowę o dzieło lub wymuszone samozatrudnienie –
a to nie jest pewna praca, może się szybko skończyć. Takie formy zatrudnienia
powodują, że młodzi nie mogą ustabilizować się, wziąć z banku pożyczki na
mieszkanie itd. W Polsce od co najmniej trzech lat nie tylko nie mówi się o
"drodze do własnego mieszkania", ale nie mówi się o drodze do jakiegokolwiek
dachu nad głową, np. mieszkania komunalnego na wynajem, w którym można mieszkać
całe życie, tak jak było przed wojną. Na wynajęcie mieszkania na wolnym rynku
młodego człowieka dzisiaj po prostu nie stać. Zakładanie rodziny i posiadanie
dzieci w warunkach, gdy w jednym lokalu mieszkają dwie, trzy rodziny, jest
wysoce niekomfortowe. To są ludzie niezwykle odpowiedzialni. Znajdują się w
sytuacji przymusowej: wiedzą, że nie ma dla nich miejsca, nie ma dla nich pracy,
czyli warunków, żeby we własnym kraju mogli wychowywać dzieci. To cichy dramat
młodych. Część z nich wyjeżdża z Polski. Mówi się o nich, że są tacy dzielni,
odważni, przedsiębiorczy… To wszystko prawda. Dobrze, gdy poznają świat, inne
kultury, inną organizację pracy, ale powinni móc tutaj w krótkim czasie wrócić,
a nie stabilizować się na stałe za granicą. Nie możemy cieszyć się, że oto
Niemcy otwierają granice, więc mamy kłopot z głowy…
To akt oskarżenia wobec polityki ostatnich 20 lat. Teraz widzimy skutki
przeprowadzonej transformacji…
– Warto po tych 20 latach zastanowić się, do jakiego porządku społecznego te
przemiany doprowadziły. Oto wyrosła bardzo wąska grupa ludzi bogatych, ludzi
sukcesu, i ogromna rzesza ludzi bez szans na normalne życie we własnym kraju.
Normalnym życiem nazywam sytuację, gdy człowiek własną pracą może zarobić na
utrzymanie własne i własnej rodziny. Ma warunki do założenia rodziny i
wychowania dziecka zdrowego, dobrze wykształconego, które będzie zdolne samo
funkcjonować w życiu. Dla coraz większej grupy młodych są to warunki
nieosiągalne.
W Konstytucji RP stoi, że jesteśmy "społeczną gospodarką rynkową".
– To tylko zapis, a realne sprawy toczą się wbrew Konstytucji. Cały system
emerytalny i rentowy jest poza Konstytucją, cały system zatrudnienia, ochrony
rodziny nie respektuje jej zapisów. Bardzo daleko odeszliśmy od Konstytucji,
która przecież wciąż obowiązuje. Właściwie dzisiaj należałoby ją dostosować do
realiów i zapisać to, co się dzieje, wprost.
Oczywiście lepiej dostosować realia do Konstytucji, zwłaszcza że zapis o
społecznej gospodarce rynkowej jest bliski społecznej nauce Kościoła.
– Sprawy, o których mówił w encyklikach Papież Jan Paweł II, zagadnienia
sprawiedliwości społecznej, solidarności, podmiotowości człowieka pracy – to
piękne wartości, które na pewno przypomnimy uroczyście przy okazji procesu
beatyfikacji, ale – przykro mi to mówić – za chwilę o nich zapomnimy w realnym
działaniu. Nasze prawo, instytucje, porządek społeczny sytuują nas daleko od
społecznej nauki Kościoła i nauczania Jana Pawła II.
Kryzys to nie najlepszy moment na wdrażanie polityki prorodzinnej, a
jednocześnie wiemy już, że nie da się od tego uciec. Od czego zacząć?
– Trzeba zacząć od rozmowy z młodym pokoleniem i od tego, co najważniejsze,
czyli od prawdy. Należy dokładnie powiedzieć, jak w Polsce wytwarza się dochód
społeczny, jak się ten dochód dzieli, kto korzysta z tego dochodu, kto zaś jest
w podziale dochodu istotnie pokrzywdzony. Sądzę, że młodzi ludzie świetnie to
zrozumieją. Trzeba zacząć rozmawiać o tym, że nasze szkolnictwo jest na coraz
niższym poziomie, że bez pieniędzy nie da się dzisiaj dobrze kształcić nawet na
poziomie podstawowym, a tym bardziej na poziomie wyższym. Trzeba uświadomić
sobie, że wyczerpały się możliwości przenoszenia na polskie rodziny kosztów
funkcjonowania usług społecznych, takich jak ochrona zdrowia, edukacja, opieka.
Musimy poważnie zastanowić się nad tworzeniem nowego ładu społecznego. Obecnie
staczamy się, np. przyjmujemy ustawę o opiece żłobkowej, obniżając w sposób
drastyczny – podkreślam: drastyczny! – standardy opieki nad dzieckiem, w tym
standardy sanitarne. Czy ktoś odpowiedzialny za swoje dziecko, upragnione
dziecko, które przychodzi po kilku latach małżeństwa, odda je w byle jakie
warunki, które tworzy ta ustawa? Z badań wcale nie wynika, że kobiety pragną od
rana do wieczora pracować, nawet za cenę tego, że maleńkie dzieci zostawią pod
opieką kogokolwiek. Jeśli kobieta chce się zajmować dziećmi, rozumiejąc, że dla
ich rozwoju emocjonalnego, intelektualnego, dla kształtowania postawy, a także
dla zdrowia jest to najważniejsze, to dlaczego jej w tym nie pomóc? Dziecku
zwyczajnie należy się prawo do opieki matczynej. Jeżeli jest to pragnienie
kobiety i zbiega się ono dokładnie z interesami państwa, to trzeba kobietom na
to pozwolić, stworzyć do tego warunki.
Jednak parlamentarzyści wciąż uchwalają nie to, czego oczekują zwykli ludzie.
Czy wygrywa w tym przypadku ideologia?
– Ciąży nad nami ideologia liberalna, ale to nie jest liberalizm w wydaniu Adama
Smitha, który mówił, że płaca robotnika musi wystarczyć na utrzymanie jego
rodziny i wychowanie następcy, czyli na utrzymanie pracownika, jego żony i
dwojga dzieci, łącznie czterech osób.
Tyle Adam Smith, koniec XVIII wieku. My tymczasem jesteśmy dzisiaj na poziomie
liberalizmu drugiej połowy wieku XIX, przed wprowadzeniem instytucji polityki
społecznej, jaką jest ochrona pracy i systemu zabezpieczenia społecznego.
Co należy zrobić natychmiast, aby nasze społeczeństwo nie załamało się
demograficznie w ciągu najbliższych dwóch pokoleń?
– Wiele czasu stracono, kilka milionów młodych już wyemigrowało za granicę, a za
nimi pojadą wkrótce następni. Musimy zapewnić młodym dochody, wykształcenie,
pracę i jasną drogę do mieszkania, a młodym rodzinom – możliwość korzystania z
publicznych usług w zakresie ochrony zdrowia i wychowania dzieci. To rzeczy
elementarne. Wymaga to od nas, abyśmy zaprzestali wyprzedaży gospodarki, która
przypomina ostatnio wyprzedawanie się bankruta, i zajęli się tworzeniem podstaw
dochodu społecznego, tworzeniem miejsc pracy. Jeśli ponad 2 mln ludzi jest
zarejestrowanych jako bezrobotni, a nie pracuje znacznie więcej – to ktoś musi
te miliony osób utrzymać. Jeśli człowiek zarabia 1200 zł, to nie utrzyma za to
rodziny i ktoś musi mu dołożyć. W przeciwnym razie jego dzieci będą rosły w
warunkach już nie ubóstwa, ale nędzy. W Polsce "bieda ma twarz dziecka", jak
mówi prof. Wielisława Warzywoda-Kuszyńska z Uniwersytetu Łódzkiego, która badała
problem ubóstwa. Jeśli bieda ma twarz dziecka, to nie dziwmy się, że młodzi
ludzie, którzy chcieliby mieć dwoje, troje dzieci, w ogóle ich nie mają.
Dziękuję za rozmowę.
