Imigracyjne dylematy nad Sekwaną

Problem imigracji we Francji już od dawna cyklicznie powracał jako
przedmiot debaty politycznej i społecznej. Kwestię tę ponownie nagłośniła afera
poligamisty z Nantes, Liesa Hebbadja, należącego do skrajnego ugrupowania
islamskiego i wyłudzającego nielegalne zasiłki rodzinne. Rosnące wpływy islamu
nie robią jednak wrażenia na rządzie, który nie ma odwagi podjąć konkretnych
działań.

Mimo zapowiedzi ministra spraw wewnętrznych Brice’a Hortefeux o odebraniu
obywatelstwa francuskiego poligamiście Hebbdaji, wydaje się, że ta sprawa po raz
kolejny zostanie rozmyta.

Imigracja pod kontrolą

Rząd planuje jednak jakieś zmiany prawne. Minister imigracji i tożsamości
narodowej Éric Besson zapowiedział, że wspólnie z ministrami spraw wewnętrznych
i sprawiedliwości jest gotów do zmiany prawa mającej na celu pozbawienie
obywatelstwa imigrantów, którzy dopuszczają się "zamachów na fundamentalne
zasady Republiki, zwłaszcza takich, jak obrzezywanie dziewczynek lub pewne
szczególnie ciężkie zbrodnie". Jednym z możliwych rozwiązań byłoby opracowanie
tzw. karty praw i obowiązków, którą podpisywałyby osoby otrzymujące obywatelstwo
francuskie. Wprawdzie nie miałaby ona mocy prawnej, ale można by wpisać do
kodeksu cywilnego artykuł domagający się jej respektowania pod groźbą utraty
obywatelstwa. Nie ma jednak pewności, czy mogłoby to cokolwiek zmienić, bo od
1998 r. istnieje już przepis mówiący o możliwości odbierania obywatelstwa
osobom, które zostały skazane na co najmniej pięć lat pozbawienia wolności.
Tu i tam słychać głosy sprzeciwu wobec rządowych zamiarów. Mówi się, że
ewentualne zaostrzenie przepisów będzie zmierzać do wyraźnego podziału
społeczeństwa na dwie kategorie: prawdziwych i nieprawdziwych, tj. papierowych
Francuzów. Rząd tłumaczy się, że nie chodzi o jakąś zasadniczą reformę, ale "o
nieznaczne dostosowanie prawa do obecnej sytuacji, umożliwiające odbieranie
obywatelstwa w przypadkach groźnych wykroczeń".
Podejmowane są także inne inicjatywy. W parlamencie ukonstytuowała się
20-osobowa grupa deputowanych i senatorów Cette France-l, której celem jest
przeprowadzenie kontroli rządowej polityki migracyjnej. Ustalono kalendarz
zebrań, wyznaczono ekspertów i sporządzono listę osób, które będą
przesłuchiwane. Inicjatywa ta została źle przyjęta przez rząd, który twierdzi,
że jej jedynym celem jest ukazanie, że polityka wydalania imigrantów jest
bezproduktywna i zbyt kosztowna. Éric Besson zapowiedział już, że na rozmowy się
nie stawi. Cette France-l twierdzi, że koszt wydalenia imigrantów w 2008 r.
wyniósł 2 mld euro, czyli blisko 21 tys. euro na imigranta. Besson mówi o
kosztach rzędu 232 mln euro. Deputowana Partii Socjalistycznej Sandrine Mazetier,
sekretarz PS ds. imigracji i członek Cette France-l, uważa, że konieczne jest
podjęcie dyskusji i przedstawienie "ekonomicznych konsekwencji imigracji; nie
powinien to być temat tabu". Do kontroli mają też zastrzeżenia stowarzyszenia
zajmujące się uchodźcami politycznymi i imigrantami. France-Terre-d’Asile, Forum
Uchodźców czy CIMAD uważają, że sprowadzi się ona jedynie do dyskusji na temat
kosztów wydalania imigrantów i nie obejmie całokształtu zagadnień związanych z
imigracją.
Inną inicjatywą jest wniosek deputowanego UMP z Vaucluse, Jeana Claude’a
Boucheta, domagającego się powołania parlamentarnej komisji śledczej, której
celem byłaby "ocena rozmiarów poligamii we Francji". Damien Meslot, deputowany
UMP, złożył też projekt ustawy przewidującej odbieranie zasiłków rodzinnych
związkom poligamicznym. Chantal Brunel, deputowana UMP z departamentu
Seine-et-Marne, twierdzi, że należałoby najpierw dokładnie zdefiniować pojęcie
poligamii. Przyznaje jednak, że w miastach jej departamentu istnieją "całe
dzielnice poligamicznych rodzin".

Luksusowy azyl

Nie wydaje się jednak, by tego typu inicjatywy doprowadziły do zmian prawnych.
Są one dla rządu zbyt radykalne i politycznie mało poprawne. Po raz kolejny
władze w Paryżu wybierają dreptanie w miejscu, nie podejmując żadnych
konkretnych działań.
Dobrym przykładem na to jest również francuska polityka w kwestii udzielania
azylu politycznego. Ubiegający się o niego kwaterowani są w bardzo dobrych
warunkach, często w dużych mieszkaniach socjalnych, i zapewnia się im darmowy
pobyt, odpowiedni zasiłek i bezpłatną wszechstronną opiekę lekarską. Cała
procedura rozpatrywania podań trwa około dwóch lat. Tylko 36 proc. z proszących
o azyl otrzymuje go. Ci, którym go odmówiono, są przekwaterowywani do hoteli
opłacanych przez Rady Regionalne. Nie otrzymują pieniędzy, żyją, korzystając z
pomocy organizacji charytatywnych i mają zapewnione bezpłatne lecznictwo. Często
pracują na czarno lub parają się różnego rodzaju przemytem. W hotelach mieszkają
latami, czekając na ewentualne otrzymanie karty pobytu wydawanej przez lokalne
prefektury. Rząd nie wie, co z nimi zrobić, i udaje, że problemu nie ma. Tylko
nieliczni, najczęściej osoby samotne, które weszły w konflikt z prawem, odsyłane
są do krajów ich pochodzenia.
Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że co roku o azyl polityczny nad Sekwaną stara się
ok. 70 tys. osób, z których niemal wszystkie pozostają we Francji, to koszta
utrzymania tylko tego typu imigracji wynoszą rocznie kilkadziesiąt milionów
euro. Zdecydowana większość ubiegających się o azyl we Francji to muzułmanie.
– Trzeba było afery Hebbadja, żeby rząd zastanowił się nad wypaczoną polityką
niekontrolowanej i masowej imigracji – powiedziała "Naszemu Dziennikowi"
wiceprzewodnicząca Frontu Narodowego Marine Le Pen. Jej zdaniem, skutkiem tej
afery powinno być szybkie przeprowadzenie reformy zasad przyznawania
obywatelstwa francuskiego zakładającej rygorystyczną kontrolę wszystkich
wniosków składanych przez imigrantów.

Młodzież na celowniku

Problem braku integracji, nierespektowania praw państwa francuskiego jest w
dużym stopniu związany z rosnącymi wpływami skrajnych odłamów islamu, które
stają się popularne wśród młodego pokolenia arabskich imigrantów. Szczególnie
podatna na nie jest młodzież z podmiejskich, biednych dzielnic, najczęściej
niepracująca, o niskim poziomie wykształcenia. To wśród niej ruchy tabligh i
salafizm rekrutują swoich zwolenników. Oba te odłamy islamu wierne są dosłownej
interpretacji Koranu. Tabligh ma bardzo normatywną wizję stosunku do mężczyzn i
kobiet, część jego adeptów opowiada się za całkowitym zakrywaniem ciała przez
niewiasty. Ruch ten za główny cel stawia sobie misyjną rolę islamu,
rozpowszechnianie nauki Koranu w jego "najczystszej formie" i nawracanie
"niewiernych". Jego znaczenie we Francji wzrosło na tyle, że jego przedstawiciel
zasiada we Francuskiej Radzie Kultu Muzułmańskiego. Jeżeli chodzi o wygląd
zewnętrzny tabligha, to niczym się on nie różni w ubiorze od salafisty. Obaj
noszą długie islamskie suknie i posiadają brody. Dla salafistów jednak tabligh
to niemal zdrajca Mahometa. Odrzucają oni całkowicie otaczający ich świat,
traktując go jako bezbożny. Zgrupowani wokół charyzmatycznych przywódców z
powodzeniem zajmują miejsce tablighów. Ich bardzo uproszczona wizja świata i
religii przyciąga młodych ludzi, często skłóconych z prawem i szukających norm,
wzorców oraz sensu życia. Przesłanie salafistów trafia na podatny grunt, bo ich
propozycja nie zakłada żadnej aktywności ani wysiłku. Twierdzą, że nie trzeba
budować szkół, a media są zbędne, bo należą do innowacji tego świata (bidaa), a
więc do rzeczy zabronionych. Jedynym obowiązkiem jest modlitwa w meczecie.
Zdaniem francuskich specjalistów, tablighowie, których najświetniejszym okresem
były lata 90., pozyskują obecnie znacznie mniej adeptów niż salafiści, którzy
przejęli wiele meczetów, m.in. w Guyancourt, Dreux, Longjumeau czy Trappes.
Socjologowie twierdzą, że napływ młodzieży imigracyjnej do meczetów, zwłaszcza
tej ulegającej wpływom salafistów, wynika z faktu, że dopiero tam czuje się ona
dowartościowana. Problem polega na tym, że salafiści nie mają dla młodych
żadnych pozytywnych propozycji, utrwalają jedynie ich status jako ludzi
wyrzuconych poza nawias społeczeństwa francuskiego. Socjolog Omero Marongui
pisze: "Jeśli zadowalamy się stwierdzeniem o liczbie meczetów podległych
salafistom, to tak naprawdę nie rozumiemy prawdziwej natury tego ruchu, tym
bardziej że nie wiemy nawet, ile sal modlitw rozsianych po całej Francji
znajduje się pod ich wpływem". Skromna wiedza o salafistach wynika stąd, że
zgodnie z ich przesłaniem nie mogą oni tworzyć żadnych zorganizowanych struktur.
Omero Marongui uważa, że nie trzeba wprowadzania dodatkowych ustaw, żeby stawić
czoła wpływom skrajnego islamu; trzeba jedynie czuwać nad przestrzeganiem
obowiązujących już we Francji przepisów, które chronią godność kobiety i
zabraniają poligamii.
Wszystko wskazuje na to, że walka ze skrajnym islamem będzie trudna i długa. Jej
sukces zależy od konsekwentnej polityki rządowej. Niektórzy analitycy twierdzą,
że islam we Francji i w całej Europie będzie się coraz bardziej rozwijał, bo nie
podlega on procesom laicyzacji, jakie dotknęły chrześcijaństwo. Ich zdaniem,
zapowiadana ustawa o zakazie noszenia burki nie tylko nie zmniejszy wpływów
skrajnego islamu nad Sekwaną, ale jeszcze bardziej go zradykalizuje.

Franciszek L. Ćwik

drukuj