Historia lux veritatis est
Rok 2010 będzie obfitował w okrągłe rocznice ważnych dla Polaków wydarzeń historycznych. Nie zabraknie więc okazji, by się zastanowić, czy historia jest dla nas „światłem prawdy” (lux veritatis) – jak mówił o niej Marcus Tullius Cicero, wielki rzymski filozof i mówca. Powiedział on także – o czym pewnie wie każdy licealista w Polsce – że historia jest nauczycielką życia (magistra vitae). Tylko czy korzystamy z lekcji historii?
Polak „mądry po szkodzie”. To było wiadomo już za czasów Jana Kochanowskiego, który jednak martwił się, by Polak nie „kupił” sobie „nowej przypowieści”: „że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”… Po to jest lekcja historii, by drugi raz nie popełniać tych samych błędów. Żeby się jednak to życzenie spełniło, trzeba tę historię znać i rozumieć. Tymczasem w naszych czasach wielu ją odrzuca, bo im podobno „przeszkadza w rozwoju”.
Często zarzuca się nam, że żyjemy „od rocznicy do rocznicy” i że na dodatek kochamy najbardziej rocznice wydarzeń dla nas smutnych, nieszczęśliwych. To nieprawda. Lubimy wspominać zwycięstwa i sukcesy, jak każdy naród. Pamiętamy też jednak o chwilach grozy i cierpienia, o niewinnych ofiarach agresji i zbrodni, ale też o tych, co w pełni świadomie, nie rachując szans, „rzucili swój życia los na stos”, bo Sprawa była tego warta. Pamiętamy o słowach wieszcza: „Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie”. O tych, co cierpieli i umierali za nasze wspólne dobro, za naszą „świętą Sprawę” – prawo do nieskrępowanego życia, do afirmacji i rozwoju własnej kultury, tradycji, języka, idei narodowych.
Grunwald
To jedno z tych słów, które przez wieki symbolizowało siłę polskiego państwa, jego trwanie. Podczas wielkiej wojny polsko-krzyżackiej, 15 lipca 1410 r., pod Grunwaldem została stoczona jedna z największych bitew średniowiecznego świata: między Krzyżakami dowodzonymi przez wielkiego mistrza zakonu Ulricha von Jungingena a wojskami polskimi i litewskimi (także oddziały ruskie, czeskie i tatarskie) pod wodzą Władysława Jagiełły. Krzyżacy ponieśli klęskę, zginął także wielki mistrz. Od tej pory Polska stała się mocarstwem, najważniejszą siłą na obszarze Europy Środkowo-Wschodniej.
W czasach zaborów Grunwald był niekwestionowanym symbolem potęgi Polski jagiellońskiej, uzasadniał nasze dążenia do restytucji własnej państwowości, był powodem do dumy dla Polaków ze wszystkich zaborów, zwłaszcza dla germanizowanych Pomorzan i Wielkopolan.
Przed stu laty w Krakowie poświęcono imponujący 24-metrowy pomnik Grunwaldzki przedstawiający postać zwycięskiego króla Władysława Jagiełły. Ufundował go nasz wybitny kompozytor i polityk Ignacy Jan Paderewski, który nigdy nie dał się zamknąć w „świątyni sztuki”, ale żył życiem i problemami Narodu Polskiego. Odegra on ważną rolę w polityce polskiej u zarania II Rzeczypospolitej, także w pierwszym okresie okupacji, jako wybitny polityk na uchodźstwie. Pomnik Grunwaldzki stawiał „praojcom na chwałę – braciom na otuchę”. Taki napis można było przeczytać na cokole. Autorem rzeźby był Antoni Wiwulski. Na sam dźwięk tego nazwiska wilnianom robi się ciepło na sercu, bo to przecież także twórca wileńskich Trzech Krzyży – polskiego symbolu miasta.
Uroczystego poświęcenia pomnika dokonano w piątek, 15 lipca 1910 r., w samo południe. Dokładnie 500 lat wcześniej na polach grunwaldzkich ważyły się losy naszego państwa. W uroczystościach krakowskich wzięło udział 150 tysięcy krakowian i gości ze wszystkich zaborów! Było to prawdopodobnie największe zgromadzenie Polaków – wbrew kordonom granicznym – w całym okresie naszej półtorawiekowej niewoli. Połączone chóry polskie wykonały „Rotę” Marii Konopnickiej z muzyką Feliksa Nowowiejskiego. Jakżeż ta pieśń, ledwie stuletnia (jaki to krótki czas w życiu Narodu), przywarła do nas! Jaką wielką rolę odegrała w czasach okupacji i w okresie powojennej opresji sowieckiej, gdy „krzyżacką zawieruchę” zastąpiła „sowiecka zawierucha”. Ileż napisano jej literackich parafraz odzwierciedlających „rzeczywistość duchową narodu”, jak się wyraził Prymas August Hlond – z tą późną, brzmiącą nam jeszcze w uszach, z lat stanu wojennego: „Nie rzucim, Chryste, świątyń Twych”…
W pamiętny krakowski piątek przed stu laty Ignacy Jan Paderewski powiedział: „Dzieło, na które patrzymy, nie powstało z nienawiści. Zrodziła je miłość głęboka Ojczyzny, nie tylko w jej minionej wielkości i dzisiejszej niemocy, lecz i w jej jasnej, silnej przyszłości. Zrodziła je miłość i wdzięczność dla tych przodków naszych, co nie po łup, nie po zdobycz szli na pole walki, ale w obronie dobrej, słusznej Sprawy zwycięskiego dobyli oręża (…). Pragniemy gorąco, by każdy Polak i Litwin każdy, z dawnych dzielnic Ojczyzny, czy zza Oceanu, spoglądali na ten pomnik jako na znak wspólnej przeszłości, świadectwo wspólnej chwały, zapowiedź lepszych czasów, jako na cząstkę własnej, wiarą silnej duszy (…). Prastarej, ukochanej stolicy naszej oddajemy to dzieło we władanie wieczyste”. Dziś niczego nie trzeba ujmować z tych słów, będą wiecznie aktualne w swym szlachetnym przesłaniu.
Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę ze znaczenia tego polskiego symbolu. Namiestnik Hitlera w tzw. Generalnym Gubernatorstwie Hans Frank nakazał zburzenie pomnika. Cokół wysadzono dynamitem, zniszczone figury wywieziono w głąb Niemiec, jakby się obawiając, że jeśli zostaną w Krakowie, to Polacy wydobędą je choćby spod ziemi.
Po wojnie sowieccy komuniści nie spieszyli się z odbudową pomnika; stało się to dopiero w latach 70. Dziwne, zważywszy na dominujące w propagandzie peerelu wątki antyniemieckie. Dziś zaledwie kilka ocalonych fragmentów oryginalnego cokołu pomnika z roku 1910 można obejrzeć u wejścia na plac Matejki, kilka zostało przewiezionych w roku 1976 na pole bitwy grunwaldzkiej, co było zgodne z życzeniem mistrza Paderewskiego, tyle że w roku 1910 – na terenie zaboru niemieckiego – niewykonalne.
15 lipca tego roku przypada w czwartek. Czy na 600-lecie pamiętnego zwycięstwa spotkamy się znów w Krakowie i razem zaśpiewamy „Rotę”? W Krakowie to łatwiejsze niż gdzie indziej. Mieszkańcy dawnej stolicy i ich goście spotykają się regularnie i wspólnie z zespołem Loch Camelot śpiewają pieśni polskie na 3 Maja, 11 Listopada, na Boże Narodzenie. Ilu nas będzie? Czy tak jak przed stu laty? Marzenie. Chciałbym posłuchać tego dnia – sprzed pomnika – całego przemówienia Ignacego Jana Paderewskiego. Umówmy się już dziś w Krakowie, 15 lipca 2010 r., w samo południe!
Kłuszyn
Tak jak Grunwald jest symbolem naszego zwycięstwa nad agresywnym zachodnim sąsiadem, tak Kłuszyn symbolizuje dni chwały oręża polskiego na wschodzie, zwłaszcza zaś polskiej jazdy. Różnica taka, że o Grunwaldzie potrafi cokolwiek powiedzieć każdy przypadkowy przechodzień na ulicy, a o Kłuszynie prawie nikt. Nieraz się o tym przekonałem. Prawdopodobnie więcej Rosjan niż Polaków słyszało o jednym z najbardziej spektakularnych zwycięstw naszego oręża w całej historii Polski. 4 lipca tego roku, w niedzielę, minie dokładnie 400 lat od tej bitwy – między wojskami polskimi pod dowództwem hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego a przybywającą na odsiecz oblężonemu przez Polaków Smoleńskowi armią rosyjską pod wodzą księcia Dymitra Szujskiego wspieraną przez oddziały szwedzkie. 7 tysięcy polskiej jazdy rozbiło w puch 35-tysięczne wojska rosyjsko-szwedzkie, otwierając Polakom drogę do Moskwy, na Kreml! Spodobała się Polakom Moskwa, „gościli” tam przez dwa lata. Hetman Żółkiewski doprowadził do osadzenia na tronie moskiewskim polskiego królewicza Władysława. Syn Zygmunta III Wazy był carem Rosji. Warto to przypomnieć i zastanowić się, dlaczego Rosjanie tak dobrze to pamiętają i szukają swej nowej, posowieckiej tożsamości, przywołując uwolnienie się od ówczesnej polskiej potencji. I choć niemiłosiernie fałszują i koloryzują na swój sposób ówczesne wydarzenia, to dają nam mimowolnie powody do dumy. Wspomnienie Kłuszyna i tego, co później nastąpiło, było w czasach niewoli źródłem wielkiej satysfakcji i powodem do dumy dla najbardziej świadomych Polaków.
Polonia Restituta
W styczniu tego roku mija 90 lat od jednego z najbardziej podniosłych i znaczących wydarzeń w historii odrodzonej Rzeczypospolitej. Na podstawie ustaleń traktatu wersalskiego Rzeczpospolita przejmowała Pomorze – poczynając od Torunia, 18 stycznia 1920 r., a kończąc na symbolicznych zaślubinach z morzem 10 lutego 1920 r. w Pucku. Imię gen. Józefa Hallera, który kierował tą operacją, noszą dziś ulice w każdym pomorskim mieście. W Gdyni i w Pucku są ulice 10 Lutego.
Dwa lata wcześniej, 8 stycznia 1918 r., w wiekopomnym przemówieniu w Kongresie prezydent Stanów Zjednoczonych Thomas Woodrow Wilson przedstawił warunki zakończenia wojny. W 13. punkcie tego pokojowego programu napisał: „Należy utworzyć niezależne państwo polskie, które będzie zajmować terytoria zamieszkane przez niezaprzeczalnie polską ludność i któremu należy zapewnić bezpieczny i swobodny dostęp do morza”.
Paradoks historii: dla Amerykanów największym ich prezydentem w XX wieku był Franklin Delano Roosevelt, który wyprowadził ich z wielkiego kryzysu i kierował krajem w czasie II wojny światowej. Dla Polaków chyba też, bo w wielu miastach Roosevelt ma swoje ulice czy aleje, jeszcze z czasów sowieckich. A przecież był grabarzem naszej niepodległości! Stary, schorowany, umierający powoli bezwolny człowiek, który wyobrażał sobie, że jeśli odda w pacht zbrodniarzowi Stalinowi pół Europy, to zapewni światu pokój. Wyrzucił do kosza program prezydenta Wilsona przewidujący pokój sprawiedliwy, oparty na prawie narodów do samostanowienia. Wilson chciał, by porozumienia między państwami były zawierane jawnie, a nie tajnie. Tak jakby przewidywał pakt Ribbentrop – Mołotow! Domagał się całkowitej wolności żeglugi na morzach, zarówno w czasie pokoju, jak i wojny. Tak jakby przewidywał zbrodnicze ataki niemieckich łodzi podwodnych! Chciał zniesienia barier gospodarczych. Domagał się warunków handlu równych dla wszystkich narodów, a także wzajemnych gwarancji pokoju, by zbrojenia poszczególnych państw zredukować do minimum. Chciał Ligi Narodów, która miałaby gwarantować niepodległość oraz integralność terytorialną wszystkich państw świata. Podobno w tamtych czasach to były mrzonki. Może i tak, ale na marzeniach i dążeniach do ich spełnienia buduje się lepszą przyszłość świata. Lektura całego przemówienia Thomasa Woodrowa Wilsona przekonuje, że on nie konferowałby z byłym sojusznikiem Hitlera w Jałcie i nie kupczyłby wolnością narodów.
10 lutego będziem pamiętali…
Historia bywa okrutna. Dokładnie 20 lat później, 10 lutego1940 r., rozpoczęły się zbrodnicze deportacje obywateli polskich w głąb Związku Sowieckiego, które przyniosły śmierć dziesiątkom tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. Jadący na Sybir nasi rodacy ułożyli w wagonach balladę, w której są słowa: „Dziesiąty luty będziem pamiętali, gdy przyszli Sowieci, myśmy jeszcze spali”… A czy my „będziem pamiętali”, że w tym roku mija dokładnie 70 lat od tej zbrodni? Czy potrafimy się przeciwstawić postsowieckim popłuczynom propagandowym, wedle których Polacy umierali na Syberii i w Kazachstanie nie dlatego, że ich tam deportowano, tylko z powodu wysokiej umieralności spowodowanej przez wojnę? A jakie były intencje tych, co w ciągu godziny ich obrabowali, pozbawili środków do życia i wywieźli w bydlęcych wagonach tysiące kilometrów od domu, na łaskę i niełaskę? Czy życzyli im wszystkiego najlepszego, czy też może, tak jak enkawudzista ze wspomnień Grażyny Jonkajtys, siostry autora „Hymnu sybiraków”, mówili im: „Was tu zdzieś priwiezli, sztob wy padochli”? Ksiądz Zdzisław Jastrzębiec Peszkowski, niezapomniany kapelan Rodziny Katyńskiej i polskiej Golgoty Wschodu, namawiał nas przez wiele lat, byśmy tę pamięć o 10 lutego zamanifestowali symbolicznie zapaleniem tego dnia świec w oknach. Niech się tak stanie w tym roku!
Pamięć Katynia
13 kwietnia jest Światowym Dniem Pamięci Ofiar Katynia. W tym roku minie 70 lat od tej sowieckiej zbrodni ludobójstwa. Jest okazja, by sobie uświadomić, że Katyń to dla nas ogólniejszy symbol sowieckich zbrodni. To nie tylko zbrodnie w Lesie Katyńskim, Charkowie i Twerze. Rozkazem katyńskim Stalina i jego towarzyszy objęto także tych, których mordowano na dziedzińcach więzień w Mińsku, Lwowie i innych miastach polskich Kresów oraz tych, których pędzono w nieludzkich marszach śmierci na wschód, zabijając po drodze. 13 kwietnia to pamiątka niemieckiego odkrycia dołów katyńskich (1943). Ważniejsza powinna być dla nas data zbrodniczego rozkazu: 5 marca 1940 roku.
Gorszące i upokarzające dla rodzin katyńczyków są obecne spory z Rosją, a raczej z kołami rządowymi Rosji, na temat kwalifikacji tej zbrodni. Nie tylko Rodzina Katyńska, ale także polskie władze państwowe powinny stanowczo zabiegać o uznanie zaplanowanego zabójstwa tysięcy wyselekcjonowanych Polaków zaliczonych do potencjalnych wrogów Związku Sowieckiego, za przemyślaną zbrodnię ludobójstwa. Staraniom tym powinien towarzyszyć nieustający polski postulat wobec Rosji: naszą pamięcią o ofiarach zbrodniczego państwa obejmujemy także miliony jego obywateli z Ukrainy zagłodzonych na śmierć w roku 1932, miliony rozstrzelanych, powieszonych i unicestwionych w łagrach, w tym miliony samych Rosjan. I także tych Rosjan, których NKWD zamordowało w Lesie Katyńskim, zanim przywieziono tam polskich oficerów. Pamięć Katynia to jednoznaczne, bezwarunkowe potępienie najbardziej zbrodniczego państwa w historii nowożytnego świata i domaganie się od Rosji, by sny o sowieckiej potędze, coraz bardziej niepokojące, zastąpiła wielkim przebudzeniem sumień, które jeszcze się nie dokonało.
Nie przeszli
Polska miała być dla bolszewików etapem na drodze do „światowej rewolucji”. Przez „trupa Polski” chcieli przenieść na cały świat system bolszewickich zbrodni i niesprawiedliwości, ludzkiej biedy i nienawiści do Boga. W tym roku minie 90 lat od Cudu nad Wisłą. Trzeba o tym przypominać nie tylko Polakom, ale i pozostającej ciągle pod urokiem idei bolszewickich zachodniej Europie, która nie zaznała cierpienia z rąk bolszewików, a wiedzę o sowieckim komunizmie czerpie z lektury lewackich „intelektualistów”.
Zwycięski wódz
Nazwano go w Polsce „Dziadkiem”, tak jak nazywa się członka najbliższej rodziny. Niezależnie od koncepcji Polski, od oceny historycznych zdarzeń, zwłaszcza od oceny tego, co stało się w Warszawie w maju 1926 r., trzeba powiedzieć, że byłoby przejawem skrajnej małostkowości nieuznawanie wielkości Józefa Piłsudskiego, który przyszłość swego Narodu postawił ponad wszelkie życiowe aspiracje i interesy. Który wysiadł z „czerwonego tramwaju” i porzucił młodzieńcze fascynacje socjalizmem, gdy uznał je za sprzeczne z polskim interesem narodowym. Który do końca życia trudził się, by zapewnić Polsce bezpieczeństwo. Którego – jako wodza zwycięskiej armii z roku 1920 – nienawidzili szczerze powojenni kolaboranci Sowietów. Pamiętajmy w tym roku o 75. rocznicy śmierci Józefa Piłsudskiego, gdyż – mówiąc jego własnymi słowami odnoszącymi się do innego wielkiego Polaka – „królom był równy”. „Kto, mogąc wybrać, wybrał zamiast domu gniazdo na skałach orła, niechaj umie spać, gdy źrenice czerwone od gromu i słychać jęk szatanów w sosen szumie”. Tak żył…
To nie był koniec wojny
Ten rok będzie wspomnieniem 65-lecia zakończenia II wojny światowej i dramatycznej dla Polski sekwencji wydarzeń poprzedzających maj 1945 r., prowadzących do ubezwłasnowolnienia nas na pół wieku. 4 stycznia Sowiety „uznają” tzw. rząd tymczasowy dla Polski złożony ze zdrajców Polski i kolaborantów Stalina. Od końca stycznia w całej Polsce organizuje się pod kuratelą NKWD-UB tzw. rady narodowe, sowiecki falsyfikat samorządu terytorialnego.
Od 4 do 11 lutego w Jałcie odbywa się „konferencja wielkiej trójki”, która grzebie suwerenność Polski i jej sąsiadów, sprowadzając państwa europejskie do roli sowieckich dominiów za zgodą „wolnego świata”. Zachód „uznaje” sowiecki zabór wschodnich ziem Rzeczypospolitej dokonany we współpracy z Hitlerem. 27 marca NKWD aresztuje 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego i „sądzi” ich w Moskwie (czerwiec 1945 r.) za zgodą „wolnego świata”. 7 maja w kwaterze generała Dwighta D. Eisenhowera w Reims Niemcy podpisują kapitulację. Kończy się II wojna światowa w Europie. Innego zdania był dowódca Armii Krajowej – gen. bryg. Leopold Okulicki „Niedźwiadek”, który już 19 stycznia 1945 r. napisał w rozkazie do oficerów i żołnierzy AK, że „obecne zwycięstwo rosyjskie nie kończy wojny”, gdyż nie jest „zwycięstwem słusznej Sprawy”. Warto się zastanowić raz jeszcze w roku 65-lecia formalnego zakończenia II wojny światowej, czym ono było dla Polaków i skąd wzięło się powojenne, nienazwane do dziś powstanie narodowe, które pochłonęło 100 tysięcy ludzi, skąd wzięły się „polskie miesiące” i dlaczego podczas niedawnej telewizyjnej audycji Jana Pospieszalskiego ponad 90 proc. telewidzów uczestniczących w sondzie wyraziło opinię, że w razie ataku na Polskę nikt nam nie przyjdzie z pomocą…
Pamięć
W roku ważnych rocznic pamiętajmy o 40-leciu Grudnia i 30-leciu (już!) Sierpnia, ale i o 20-leciu zniesienia cenzury prewencyjnej typu sowieckiego (11 kwietnia 1990 r.). Czy na pewno została pogrzebana na zawsze? O 20-leciu likwidacji SB (10 maja 1990 r.) i jej niewyjaśnionych do dziś zbrodniach. Jest się nad czym zamyślić w Roku Pańskim 2010, jeśli nie traktujemy historii jak zbędnego balastu, lecz jako szansę na uniknięcie nieszczęść i błędów z przeszłości. Niech więc historia Polski będzie dla nas nauczycielką życia i światłem prawdy.
Piotr Szubarczyk, IPN Gdańsk
