Hipoteza kolizji z ptakami
Z gen. dyw. pilotem dr. Anatolem Czabanem, szefem szkolenia Sił
Powietrznych, rozmawia Marcin Austyn
Co Pan czuł, gdy tuż po katastrofie w Smoleńsku winą za tragedię
obciążono pilotów?
– Jest to straszne i chyba nie do powtórzenia w
żadnym innym kraju. Ogłoszona została żałoba narodowa, przeżyliśmy niesamowitą
tragedię, która dotknęła wszystkie ugrupowania polityczne, wszystkie rodzaje sił
zbrojnych. Odeszli ludzie, którzy zapisali się złotymi zgłoskami w historii
naszego kraju. Oskarżanie kogokolwiek w takim momencie, kiedy przeżywamy żałobę,
ból, traumę, kiedy rodziny ofiar przeżywają wielką rozpacz – w tym przecież
również rodziny pilotów – bo oni też tam zginęli, określiłbym mianem:
„pogaństwo”.
Dlaczego do dziś tak mało wiemy o przyczynach
katastrofy…
– I zapewne przez najbliższy czas niewiele się
dowiemy. Wyjaśnianie przyczyn katastrof lotniczych trwa około roku, a nawet
dłużej. Przywołam tu przykład Radomia i tragedii na Air Show. Wówczas praca
komisji trwała rok i udało się wszystko ustalić. W takich przypadkach pośpiech
jest jak najbardziej niewskazany. Przy każdej katastrofie lotniczej, a
szczególnie przy takiej jak ta z 10 kwietnia, komisja musi dokładnie zbadać
wszystko. Jakiekolwiek przedwczesne wypowiedzi, bardzo radykalne: „wszystko było
do bani”, „nic nie zrobiono przez dwa lata od katastrofy w Mirosławcu”, „nie
wyciągnięto wniosków”, służą tylko jednemu: odchodzą ludzie wyszkoleni, bo mają
dość nagonki. Traci kraj, podatnik i traci system obronny naszego kraju i
możliwości operacyjne idą w dół.
Lotnicy sugerują, że mógł zawieść samolot, że pilot, nie widząc
lotniska, nie podjąłby ryzyka, nie schodziłby zbyt nisko…
– Pilot
nie miał prawa zniżać się poniżej wysokości 100 m [jeżeli stacja RSL na lotnisku
była nowszej generacji i mogła być traktowana jako radar precyzyjny – przyp.
red.], a jeżeli założyć, że było to zejście według dwóch NDB [radiolatarni
prowadzących niekierunkowych – przyp. red.], to powinien się zniżyć tylko do 120
metrów. Pilot dalej nie powinien się zniżać, powinien przejść nad pasem na
wysokości uznawanej za bezpieczną. Ona gwarantowała stuprocentowe
bezpieczeństwo.
Stało się jednak inaczej…
– Prokuratura rozpatruje
cztery przyjęte hipotezy. Brany jest pod uwagę stan techniczny samolotu, który
mógł mieć wpływ na przebieg zdarzeń, i myślę, że w tym kontekście jest
rozpatrywana kolizja z ptakami. Brana jest pod uwagę załoga: niedoszkolenie – a
więc błąd pilota, brawura – czyli świadome naruszenie przepisów. Brany jest też
pod uwagę wpływ organizacji tego lotu, a także czynnik osób trzecich, które
mogły mieć wpływ na to zdarzenie. Myślę, że obecnie jedynym rozsądnym wyjściem
jest poczekać na wynik prac komisji, która ma z jednej strony, z uwagi na powagę
sprawy, trudne zadanie. Z drugiej zaś strony jej prace są łatwiejsze, bo
zachowały się czarne skrzynki z informacjami, które zapewne pokażą w sposób
precyzyjny, co się stało.
Gdy wojskowi siadają za sterami samolotów pasażerskich, jest jeszcze
miejsce na ryzyko?
– Nie ma. Nigdy. Piloci nigdy tak nie byli
szkoleni, nie są i nie będą. Nie ma prawa zaistnieć taka sytuacja, by piloci
szkoleni byli „na ryzyko”. Oczywiście lotnicy wojskowi mają dużo trudniejsze
zadania, bo latają na lotniska nieprzygotowane, na lotniska w rejonie
konfliktów, gdzie są przypadki ostrzału z ziemi. Jedno jest pewne, nasi lotnicy
byli przygotowani, by polecieć praktycznie wszędzie. Nigdy też nie było żadnej
tolerancji na naruszanie przepisów w lotnictwie. One są pisane krwią – to są
zdarzenia lotnicze, które nawet nie pozwalają myśleć o naruszaniu tych
przepisów.
Dziękuję za rozmowę.
