Kroczymy grecką drogą

Z Jerzym Bielewiczem, prezesem Stowarzyszenia „Przejrzysty Rynek”,
rozmawia Małgorzata Goss

Przeciwko cięciom budżetowym, redukcji płac i emerytur oraz podwyżce
VAT i akcyzy Grecy protestują od kilku dni na ulicach. Rząd pod naciskiem UE i
MFW zgodził się na plan oszczędnościowy. Grecja, aby uniknąć bankructwa, otrzyma
też pożyczkę – 110 mld euro. Jak to się stało, że państwo popadło w długi,
których nie jest już w stanie samo spłacać?

– Dochody budżetowe z
podatków malały w Grecji od 3-4 lat, notabene podobnie jak obecnie u nas. I
podobnie jak w Polsce rząd grecki nie przyjmował tego do wiadomości, a zamiast
reformować podupadające finanse i gospodarkę – ukrywał deficyty budżetowe przy
pomocy wirtualnej księgowości, swapów i naciągania statystyk.
Grecja,
podobnie jak Polska, jest silnie uzależniona od rynków finansowych. Musi
pożyczać pieniądze, bo wydatki stale są większe od dochodów. Niedawno jednak
wyszło na jaw, że zadłużenie jest większe, niż rynki sądziły, że Grecy ukrywali
część długu publicznego w swapach walutowych. Wierzyciele stali się bardziej
ostrożni i zaczęli coraz drożej wyceniać pożyczki. Wczoraj cena greckich
obligacji 10-letnich osiągnęła rentowność 10 procent. Grecja stanęła na
krawędzi: dalsze pożyczanie na rynkach łączy się z lichwiarskimi odsetkami i
galopującym narastaniem długu, a w budżecie brakuje pieniędzy na spłatę
dotychczasowych długów…

…których Grecja ma ok. 300 mld euro. Dla porównania – nasz dług
publiczny zbliża się do 700 mld zł, tj. 170 mld euro. W tym roku przekroczy 55
proc. PKB. W Grecji sięga już 125 proc. PKB. Kroczymy grecką
drogą?

– Na to wygląda. Rząd, zamiast reformować finanse i
usprawniać gospodarkę, walczyć o jej miejsce w światowym podziale pracy, przyjął
najprostsze rozwiązanie – sprzedać, co się da – od energetyki po ziemię, i dalej
się zadłużać. Brak działań strategicznych usiłuje maskować PR-em. Wracając do
greckiego kryzysu – od początku było pewne, że Grecja otrzyma pomoc finansową,
ponieważ jej pożyczkodawcami były kraje starej Europy. Francja pożyczyła jej 55
mld euro, Niemcy – 35 mld euro, przy czym Francja i Niemcy nawzajem ubezpieczały
swoje długi. Pozostałe kraje eurostrefy ulokowały w greckich papierach ok. 35
mld euro. Jeśli Grecja się przewróci, to przewrócą się też banki niemieckie i
francuskie. Pomagając Grecji, UE pomaga swoim bankom. Ta pomoc – 80 mld euro od
krajów eurostrefy i 30 mld euro z MFW – jest stosunkowo duża jak na tak
niewielki kraj. Złożą się na nią wszystkie kraje eurostrefy, nawet mała
Słowacja, która dopiero co przyjęła euro, musi wyłożyć na ratowanie wspólnej
waluty 2 mld euro. Niebezpieczeństwo polega jednak na tym, że tuż za Grecją w
kolejce po pomoc mogą za chwilę ustawić się kolejne, większe kraje – Hiszpania,
Portugalia, Irlandia, Włochy, które znajdują się w podobnych tarapatach. Pomoc
dla nich musiałaby być wielokrotnie większa. Na ratowanie Hiszpanii i Portugalii
potrzebne byłoby 700 mld euro.

Czy wspólna waluta się załamie ?
– Istnieje duże
niebezpieczeństwo, że w razie wystąpienia efektu domina eurostrefa może nie
wytrzymać. Na pewno nie wytrzyma tego budżet unijny i Niemcy, którzy podtrzymują
strefę euro.

Grecy dostaną pomoc, ale w zamian muszą bardzo mocno zacisnąć pasa.
Czy to jedyne, co im zostało?
– Tak. Alternatywą byłaby dewaluacja
greckiej waluty, ale Grecy nie posiadają już drachmy, ponieważ są w strefie
euro. Dzięki głębokiej dewaluacji złotego w ubiegłym roku Polska przebrnęła
przez pierwszą fazę kryzysu. Osłabiony złoty zwiększył konkurencyjność naszej
produkcji w eksporcie i pomógł w podtrzymaniu konsumpcji na rynku wewnętrznym.
Niestety, Grecy nie mogą osłabić waluty, więc muszą obniżyć swoje dochody.
Więcej też odprowadzą do budżetu.

Tym, co upodabnia sytuację Grecji do Polski, jest rozbudowany,
kosztowny i nieefektywny aparat państwowy.

– Rozbudowana machina
urzędnicza przejada pieniądze budżetowe, nie wykonując zadań, do których została
powołana. W Polsce mamy podobny problem, np. nieefektywny nadzór finansowy i
nadzór nad rynkiem, bierny rząd, ospałe organy kontrolne, prokuratury, sądy…
Za niesprawne instytucje państwowe rachunki płacą obywatele. W rezultacie
obserwujemy w Unii utratę wiarygodności polityków, rządów, instytucji
publicznych, organów Unii Europejskiej oraz wzajemną utratę zaufania pomiędzy
krajami UE.

Grecy nie chcą płacić rachunków za swoje rządy, więc wyszli na ulice.
Czy przeciętny obywatel żył ponad stan? Przecież zarobki i emerytury były
znacznie poniżej średniej eurostrefy…

– Grecja całkowicie się
różni od uporządkowanych, przeregulowanych Niemiec czy Austrii. W Grecji można
robić, co się chce, budować, gdzie się chce, płacić podatki, jak się chce, nie
wydawać paragonów. To kraj o olbrzymiej szarej strefie i głęboko zakorzenionej
korupcji. Grecy żyli dotąd znacznie lepiej, niż wynikałoby to z oficjalnych
statystyk. Podobny charakter mają Włochy. Oba kraje kulturowo najmniej przystają
do unii walutowej i mogą chcieć najszybciej z niej uciec. Przy własnej słabej
walucie i dużych dochodach z turystyki żyło im się bardzo dobrze. Jeśli pod
wpływem euro ich wpływy z turystyki zaczną spadać – mogą podziękować za udział w
eurostrefie.

Obywatele poniosą odpowiedzialność finansową za swoje źle
zorganizowane państwo?

– Konsekwencje błędów popełnionych na górze
spychane są na dół, na najsłabiej uposażonych. Dlatego jeśli spojrzeć na tłum,
który demonstruje na ulicach Aten, to okazuje się, że są tam nie urzędnicy
państwowi, lecz młodzież i osoby starsze. Oni wiedzą, iż na nich się wszystko
skrupi.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj