Europa pod zasłoną

Przedłużający się kryzys w Europie i towarzyszący mu chaos to tylko
zasłona dymna dla realizacji dalekosiężnych celów politycznych. Przez cały ten
czas wspólna waluta euro jako niewidzialne narzędzie w rękach europejskiej
lewicy i polityków niemieckich rzeźbi nowy kształt Europy.

Nieformalny szczyt Unii w Brukseli w środę wieczorem nie przeciął
francusko-niemieckiego sporu wokół ewentualnej emisji euroobligacji jako sposobu
na wyprowadzenie eurostrefy z kryzysu. Pomysł wspólnych papierów dłużnych dla
całej strefy walutowej forsował prezydent Fran÷ois Hollande, przy wsparciu
Komisji Europejskiej, premiera Włoch Mario Montiego, Hiszpanii – Mariano Rajoya
i pozostałych krajów Południa, a także premiera Luksemburga Jean-Claude´a
Junckera oraz kanclerza Austrii Wernera Faymanna. Angela Merkel w swoim oporze
przeciwko euroobligacjom wydawała się dość osamotniona, jeśli nie liczyć
wsparcia premierów Holandii i Finlandii. Nawet jej tradycyjny poplecznik premier
Donald Tusk zajął w sprawie "uwspólnotowienia eurodługu" ostrożne stanowisko
"ani za, ani przeciw". Berlin postawiony pod ścianą z żelazną dyscypliną ruszył
do kontrofensywy. – Euroobligacje, owszem, ale wtedy, gdy będzie pełna kontrola
nad budżetami narodowymi. Kto decyduje o zaciąganiu długów, ten za nie płaci.

To, czego kanclerz Merkel nie odważyła się otwarcie zaproponować na szczycie
– wyartykułowała nazajutrz niemiecka prasa.
"Kto chce euroobligacji, ten musi być gotowy do stopniowego przekazywania
suwerenności w sprawie wydatków i wpływów swego państwa strukturom unijnym" –
napisał dziennik "Sueddeutsche Zeitung". W przeciwnym wypadku podatnicy
francuscy mogliby któregoś dnia dostać rachunek za finansowanie z kredytów
obniżki podatków w Grecji, a tego nawet Hollande by nie chciał – ostrzega
gazeta. Cytuje też słowa byłego niemieckiego ministra gospodarki Rainera
Bruederlego, że "euroobligacje w tym momencie to bzdura, lepiej od razu
podarować alkoholikowi skrzynkę whisky". Niemcy są przekonani, że poluzowanie
presji na konsolidację budżetową w krajach zagrożonych niewypłacalnością
spowoduje natychmiastowy odwrót od oszczędności i reform strukturalnych i powrót
do życia na kredyt. I mają w tym wiele racji, ponieważ wspólna waluta w krajach
o różnym poziomie rozwoju i konkurencyjności gospodarek w sposób niemal
automatyczny generuje na wspólnym rynku nadwyżkę w bilansach silniejszych krajów
i deficyt po stronie słabszych, który wyraża się w życiu na kredyt. Hodowla kóz
czy nawet turystyka – mówiąc obrazowo – nie dostarcza wystarczającej ilości
środków, aby pokryć import produktów wysokich technologii.
Zwolennicy euroobligacji na czele z Hollande´em dowodzą z kolei, że polityka
cięć budżetowych spycha kraje w recesję i głębsze zadłużenie, w efekcie czego
dług staje się niespłacalny. Im także nie można odmówić racji, a Grecja,
Hiszpania czy Portugalia są tego najlepszym dowodem.

List płatników netto
– Stawianie wzrostu w sprzeczności z redukcją deficytu jest fałszywą debatą, są
one dwiema stronami tej samej monety – usiłował pogodzić racje Herman Van Rompuy,
szef Rady Europejskiej. – Trzeba szukać rozwiązań, które umożliwią finansowanie
wzrostu, ale nie przez zadłużanie się – tłumaczył po szczycie premier Tusk.
Tylko jak to zrobić, gdy rządy większości krajów euro tkwią w pętli zadłużenia i
nie mają w budżetach pieniędzy na inwestycje, zaś sektor prywatny natrafia na
barierę w uzyskaniu kredytów bankowych oraz barierę popytu w związku z rosnącym
bezrobociem? – Coraz więcej akceptacji zyskuje polski głos, aby nie marnować
narzędzia inwestycyjnego, jakim jest wspólny budżet UE. To dobry wstęp, aby
pieniądze na spójność, na inwestycje nie były cięte – wyraził nadzieję premier
Tusk. Zapewnił po rozmowie z prezydentem Hollande´em, że stanowisko Francji jest
obecnie bliższe postulatom budżetowym Polski niż za czasów prezydenta
Sarkozy´ego. Na razie jednak nie widać, aby te przewidywania miały twarde
podstawy. List płatników netto UE z żądaniem zamrożenia budżetu na lata
2013-2020 na obecnym poziomie jest przecież faktem. Podpisała się pod nim
kanclerz Niemiec Angela Merkel, ówczesny prezydent Francji Nicolas Sarkozy,
premier Wielkiej Brytanii David Cameron, premier Holandii Mark Rutte i premier
Finlandii Mari Kiviniemi. Spełnienie postulatu oznaczałoby obcięcie projektu
budżetu przygotowanego przez KE o okrągłe 100 mld euro. Do frontu na rzecz
ograniczenia wydatków wspólnotowych przyłączyły się Austria i Szwecja, również
będące płatnikami netto. Jeśli nawet kraje te ustąpią, z pewnością nie uczynią
tego za darmo. Czego zażąda Berlin, będący liderem tej grupy, za hojniejszą
składkę do wspólnego kotła? Logika nakazuje domagać się wpływu i kontroli nad
wydatkowaniem pieniędzy. Pamiętać zaś należy, że fundusze z UE wymagają od
beneficjentów także wkładów własnych. A to krok na drodze do kontroli
budżetowej.
Wprowadzenie w eurostrefie centralnej kontroli nad budżetami narodowymi
wyprzedza o milę postanowienia niemieckiego paktu fiskalnego, który ogranicza
się do narzucenia krajom sztywnych progów deficytu budżetowego. Kontrola
budżetowa idzie dalej, ponieważ zakłada wspólną politykę podatkową eurostrefy
oraz wspólne ustalanie wydatków na struktury państwa, sprawy socjalne i
inwestycje. Musiałby zatem powstać wspólny organ do prowadzenia polityki
budżetowej, czyli de facto wspólny rząd gospodarczy eurostrefy. Pozycja państw
narodowych wraz z ich parlamentami zostałaby automatycznie zredukowana do
regionów. Rolę rządu gospodarczego przyjęłaby Komisja Europejska, lecz nie ulega
wątpliwości, iż faktyczne centrum zarządzania uplasowałoby się w Berlinie z
uwagi na dominujący potencjał niemieckiej gospodarki. Widać to zresztą już
dzisiaj, gdy nic w Unii nie może się zdarzyć bez woli Niemiec. O tej logicznej
sekwencji zdarzeń niemieckiej kanclerz nie wypada głośno mówić z uwagi na
historyczną pamięć w Europie, niemniej jej presja na cięcie krajowych deficytów,
przy biernym oporze w kwestii wsparcia wzrostu biedniejszych sąsiadów, ma – jak
się zdaje – wywołać ten właśnie skutek. Niemcy żywią aspiracje globalne, lecz
same są za małe, aby je spełnić.

Wspólna waluta jest zatem niewidzialnym narzędziem w rękach Niemiec i
europejskiej lewicy, służącym do pozbawienia suwerenności krajów, które do niej
przystąpią. Narody Europy jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy. Kształt, który
zaczyna się z tego wyłaniać, to paneuropejska zbiurokratyzowana struktura pod
egidą Niemiec, oparta na planowej gospodarce socjalistycznej i pozbawiona
realnej demokracji. Jak zareagują Grecy, Włosi, Hiszpanie, gdy dalekosiężne
plany snute w gabinetach polityków staną się faktem?

Małgorzata Goss

drukuj