Dzieje długiej przyjaźni

28 września 1939 r. – gdy jeszcze trwała obrona Polski przed dwoma agresorami, m.in. bronił się Hel, walczyła Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie” gen. Franciszka Kleeberga – Niemcy i Związek Sowiecki podpisały w Moskwie układ sojuszniczy. Ustalał on wspólną granicę biegnącą przez środek Polski oraz przewidywał wzajemną pomoc w dławieniu „wrogiej agitacji” na terytoriach niemieckim i sowieckim. Ludobójcza eksterminacja elit (Katyń, akcja AB), czystki etniczne (wywózki na Syberię, wypędzanie Polaków z Wielkopolski, Pomorza i Śląska do Generalnej Guberni) to wymowne przykłady skoordynowanej współpracy ówczesnych sojuszników opartej na dłuższej historycznej tradycji.

Przypomnijmy, że pakt Ribbentrop – Mołotow z 23 sierpnia 1939 r. był oficjalnie układem o nieagresji. Fakt ten był skrupulatnie przemilczany w rosyjskiej „polityce historycznej” (czytaj: propagandowym obrazie najnowszej historii), w myśl której układ z sierpnia 1939 r. był przedstawiany, po pierwsze – jako wydarzenie jednostkowe, a po drugie – jako swego rodzaju rewanż za wcześniejsze „dogadywanie się” Polski z Hitlerem. W ten sposób rosyjscy nadworni historycy zinterpretowali polsko-niemiecką deklarację (niemającą nawet rangi układu) o niestosowaniu przemocy we wzajemnych relacjach ze stycznia 1934 roku.
Tymczasem pakt Ribbentrop – Mołotow miał ciąg dalszy, a dzieje przyjaźni sowiecko-niemieckiej mają o wiele dłuższą historię, aniżeli tylko dwuletni okres 1939-1941.
Dla porządku dodam, że nie chodzi tutaj o „polską prawdę” – określenie często stosowane przez prominentnych przedstawicieli obecnego rządu. Nie ma bowiem „prawdy polskiej”, „prawdy rosyjskiej” czy „polsko-rosyjskiej”. Prawda jest bezprzymiotnikowa.

„Wykończyć Polskę”… najlepiej razem z bolszewikami
Pierwsze kontakty między władzami bolszewickimi a demokratycznymi już Niemcami (od 1919 r. istniała już tzw. republika weimarska) miały miejsce w 1920 roku. Gdy wojska Tuchaczewskiego latem 1920 r. parły na Warszawę i upadek Polski wydawał się tylko kwestią czasu, doszło do poufnych kontaktów niemiecko-bolszewickich. Wstępne ustalenia przewidywały, że w razie upadku Warszawy do akcji wejdzie Reichswehra, tak by „granicą pokoju” między Niemcami a Rosją bolszewicką stała się granica z 1914 roku, potwierdzająca rozbiory Polski.
„Cud nad Wisłą” unieważnił te kalkulacje. Nie mógł jednak zapobiec dalszym staraniom dyplomacji niemieckiej i sowieckiej, by zacieśnić wzajemne relacje w obliczu wspólnego wroga: Polski. Wyrazem tych starań był niemiecko-sowiecki układ z Rapallo (16 kwietnia 1922 r.), w którym Berlin – jako pierwsze państwo „świata zachodniego” – nawiązał stosunki dyplomatyczne z komunistyczną Rosją, przełamując w ten sposób dyplomatyczną izolację, w której znalazła się Moskwa. Trzeba zaznaczyć, że tutaj demokratyczne Niemcy kontynuowały tradycje kaiserowskiej Rzeszy, która zawierając na początku 1918 r. traktat pokojowy z Rosją bolszewicką w Brześciu, także uznała nowych gospodarzy Kremla (rok wcześniej transportowanych przez Niemcy „w zaplombowanym wagonie” do Rosji z zadaniem wzniecenia rewolucji).
W Polsce nikt nie miał złudzeń co do tego, że układ z Rapallo jest dla nas fatalny. Jan Dąbski – główny negocjator polski podczas rokowań ryskich z bolszewikami w 1921 r. – stwierdził w lipcu 1922 r. z trybuny sejmowej: „Traktat w Rapallo nie jest aktem dla Polski korzystnym… Traktat w Rapallo jest najgorszą konstelacją, jaka się może w dziejach dla Polski zdarzyć”. Te słowa polskiego parlamentarzysty znalazły swoje szczególne potwierdzenie 24 lipca 1922 r. podczas rozmowy między niemieckim kanclerzem (Josephem Wirthem) a niemieckim ambasadorem w Moskwie Ulrichem von Brockdorff-Rantzauem. Kanclerz Wirth, wspominając, że układ z Rapallo spotkał się w niektórych niemieckich kręgach politycznych z daleko posuniętą rezerwą, wyjaśniał niemieckiemu dyplomacie własne stanowisko: „Ja tego punktu widzenia podzielać nie mogę i jedno oświadczam Panu jasno i bez ogródek: Polskę trzeba wykończyć. W tym punkcie panuje całkowita zgoda między mną a wojskowymi, szczególnie generałem Seecktem [dowódca Reichswehry, niemieckiej armii w latach 1920-1926 – G.K.]”.
Konsekwentnym wykonawcą tej linii politycznej wobec Polski był w drugiej połowie lat 20. szef niemieckiej dyplomacji (i kanclerz) – Gustav Stresemann. Polityk należący do liberalnego ugrupowania, fetowany na salonach zachodniego świata (laureat Pokojowej Nagrody Nobla), pokój wyobrażał sobie przede wszystkim jako „wykańczanie” Polski. Próbował tego drogą ekonomiczną, wywołując w 1925 r. wojnę celną z Polską. Przede wszystkim jednak usiłował osiągnąć to drogą dyplomatyczną. Temu celowi służyły układy z Locarno (1925 r.) z Francją (gwarantowane przez Londyn), potwierdzające niemieckie granice na zachodzie, jednocześnie wymownie milczące o wschodnich granicach Niemiec. W kwietniu 1926 r. Stresemann zwrócił się o pomoc na wschód. 24 kwietnia 1926 r. został zawarty tzw. traktat berliński między Niemcami a stalinowskim Związkiem Sowieckim. Potwierdzał on postanowienia z Rapallo (przewidujące także zacieśnienie współpracy gospodarczej między Moskwą a Berlinem), a jednocześnie stwarzał podstawy dla nawiązania współpracy wojskowej między Niemcami a Sowietami.
Aż do śmierci Stresemanna w 1929 r. stosunki sowiecko-niemieckie były bardzo przyjazne. Dzięki traktatowi berlińskiemu Reichswehra mogła testować na poligonach sowieckich – niedostępnych dla zachodnich kontrolerów – te rodzaje broni, które objęte były nałożonymi na Berlin restrykcjami traktatu wersalskiego, a więc broń pancerną czy lotnictwo. Premier Putin na Westerplatte z troską pochylał się nad Niemcami „upokorzonymi przez Wersal”. Po 1926 r. Stalin nie tylko współczuł, ale stwarzał warunki, by Niemcy (niemiecka armia) z „upokorzeń” mogły się jak najszybciej wyzwolić. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że dla Polski zacieśnianie wojskowej współpracy sowiecko-niemieckiej było najgorszym z możliwych scenariuszy.
Na początku lat 30. rozegrała się nad Sprewą i Renem bitwa (także w znaczeniu dosłownym) o niemieckiego robotnika. Do walki stanęły dwa lewicowe stronnictwa: Komunistyczna Partia Niemiec oraz narodowi socjaliści Hitlera. Ci ostatni – choć niekryjący swoich lewicowych korzeni – dla celów taktycznych akcentowali różnice między nimi a komunistami. Stąd m.in. werbalne potępianie marksistowskiej ideologii w prasie hitlerowskiej. Po objęciu władzy przez Hitlera w styczniu 1933 r. Berlin odszedł od intensywnej współpracy (także wojskowej) z Moskwą. Jak wiemy, odejście było chwilowe i motywowane chęcią Hitlera skonsolidowania swojej władzy w samych Niemczech i wykorzystania do maksimum appeasementu mocarstw zachodnich (remilitaryzacja Nadrenii, Anschluss Austrii, aneksja Sudetów, a potem całych Czech). Gdy na drodze stanęła nieustępliwa Polska, trzeba było powrócić do tradycji demokratycznych Niemiec, czyli „wykańczania Polski”, najlepiej we współpracy z Sowietami. W tym więc sensie pakt Ribbentrop – Mołotow był powrotem do tradycji Rapallo i Stresemanna.

Wspólnie przeciw „wrogiej agitacji”
Sowiecko-niemiecki układ sojuszniczy z 28 września 1939 r. był także traktatem delimitującym granicę zaboru niemieckiego i sowieckiego, nazwaną w traktacie „granicą obustronnych interesów państwowych”. Podobnie jak w 1797 r. trzy mocarstwa zaborcze zgodnie deklarowały, że nie pozwolą, by kiedykolwiek pojawiała się nazwa „Królestwo Polskie”, tak i we wrześniu 1939 r. dwaj zaborcy (w artykule 2 traktatu) ustalali wspólną granicę biegnącą przez środek pokonanej Polski „za ostateczną i nie dopuszczają do jakiejkolwiek ingerencji państw trzecich odnośnie do tej decyzji”.
Bardzo wymowny był również aneks dołączony do tego traktatu, w którym Niemcy i Sowieci deklarowali zgodnie, że „nie będą tolerowali na swoich terytoriach żadnej agitacji wymierzonej przeciw terytorium drugiej strony. Będą one dławić na swoich terytoriach wszelkie zalążki takiej agitacji i informować się wzajemnie w sprawach środków podejmowanych w tym celu”. W praktyce oznaczało to regularne (odbywane w 1940 r.) konferencje gestapo i NKWD w celu koordynacji wzajemnych antypolskich działań. Zresztą modele obu okupacji na ziemiach polskich były identyczne: ludobójcza eksterminacja elit (Katyń, akcja AB), czystki etniczne (wywózki na Syberię, wypędzanie Polaków z Wielkopolski, Pomorza i Śląska do Generalnej Guberni). Tak wyglądało wspólne, sowieckie i niemieckie „dławienie wrogiej agitacji”.
Podobnie jak w latach 20., również układ sojuszniczy z 28 września 1939 r. został uzupełniony o zacieśnienie kontaktów gospodarczych między Niemcami a Związkiem Sowieckim. Temu celowi służył zawarty w lutym 1940 r. układ handlowy, na mocy którego III Rzesza otrzymała dostawy cennych surowców (m.in. ropy, rud metali) oraz zboża. Słowem – to wszystko, co było niezbędne niemieckiej machinie wojennej przygotowującej się do ofensywy na Zachodzie wiosną 1940 roku. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że to na sowieckiej ropie niemieckie czołgi wjechały w czerwcu 1940 r. do Paryża.
Wspieranie niemieckiego wysiłku wojennego przez Sowiety po wrześniu 1939 r. odbywało się również bardziej bezpośrednio. Moskwa udostępniała więc niemieckiej Kriegsmarine swoje arktyczne bazy (w Murmańsku i w okolicach). Do chwili zajęcia przez Niemców Norwegii (na początku 1940 r.) była to wymierna, sojusznicza pomoc.
Istniało wreszcie wsparcie propagandowe. Sowieci i Niemcy zgadzali się, że Polska była „jednym z najbardziej bezsensownych czynów Wersalu” (Hitler w Reichstagu 6 października 1939 r.), względnie jego „pokracznym tworem” (Mołotow w Radzie Najwyższej 31 października 1939 r.). W tym samym przemówieniu szef sowieckiej dyplomacji stwierdzał, że „obecnie Niemcy znajdują się w sytuacji państwa dążącego do najszybszego zakończenia wojny, zaś Anglia i Francja, wczoraj jeszcze występujące przeciw agresji, opowiadają się za kontynuacją wojny i przeciw zawarciu pokoju”. Propaganda kierowana przez Goebbelsa też zawsze twierdziła, że III Rzesza miłuje pokój, wbrew „francuskim i angielskim podżegaczom wojennym”.
Również sterowana przez Moskwę Międzynarodówka Komunistyczna otrzymała nowe wytyczne. Już 7 września 1939 r. podczas spotkania z delegacją Kominternu Stalin dał sygnał do odwrotu od obowiązującej od 1935 r. strategii tworzenia „antyfaszystowskich frontów ludowych”. W nowej wykładni tocząca się wojna jest ze strony zachodnich demokracji „wojną imperialistyczną”, a Niemcy i Związek Sowiecki występują jako rzecznicy pokoju (rzecz jasna, w myśl zasad ustalonych 23 sierpnia 1939 r. przez Mołotowa i Ribbentropa). Międzynarodowy ruch komunistyczny nie może i nie powinien protestować z powodu upadku „faszystowskiej Polski”.
Taka wykładnia, także w zachodnich partiach komunistycznych, obowiązywała do 22 czerwca 1941 r., gdy z dnia na dzień „państwem imperialistycznym” stały się Niemcy, a sojusznikami „miłującego pokój” Związku Sowieckiego stały się zachodnie demokracje, do niedawna „państwa imperialistyczne”. Jak pokazało jednak Powstanie Warszawskie i zachowanie się Stalina podczas jego trwania, współpraca sowiecko-niemiecka, chociaż niesformalizowana traktatem, trwała nadal. Zawsze na gruzach Polski.

Prof. Grzegorz Kucharczyk
drukuj