Deportacje ze Lwowa
Profesor Stefania Skwarczyńska tak pisała w antologii poezji lat
wojny i okupacji „Wierne płomienie” (Lwów 1943):
Może najbardziej
gorzkim epizodem okupacji bolszewickiej były zsyłki w głąb Rosji setek
tysięcy rodzin oficerów, aresztowanych, osadników – setek tysięcy kobiet
i dzieci. Chóralnym „Jeszcze Polska nie zginęła” żegnały setki pociągów
oddalający się w przeszłość Lwów. A Lwów, a swoja ziemia, żegnała je
łzami, modlitwą i zaciśnięciem pięści.
Po tygodniach, ze
wschodniej republiki Kazachstanu, od Głodnego stepu, od Gór Ałtajskich,
spod przyległej pustyni Gobi, zaczęły przychodzić listy. Listy z
glinianych, mongolskich lepianek, ze szczegółami nędzy, zbyt ciężkiej
pracy, poniewierki. Listy pełne płaczu po umarłych dzieciach,
nieutulonych z zimna i głodu. Listy ze słowami dzikiej jak step
tęsknoty. A także listy pełne prostej wiary, że wszystko ma ukryty Boży
sens i że każda męka buduje zręby przyszłej Polski.
Lwów – reaguje
wielkością. Bohaterstwem miłosierdzia. Ten sam Lwów, który stał się we
wrześniu gospodą polskiego nieszczęścia, w którym dozorcy ukrywali
przebranych we własne ubrania oficerów, w którym sługi utrzymywały dawne
swe panie, a chłopi nocą chyłkiem dowozili dawnym swym panom mąkę i
słoninę – ten sam Lwów porwał się na dzieło wyżywienia tych setek
tysięcy o dziesięć tysięcy odległych – ośmiokilogramowymi paczkami
żywnościowymi. Wysyłało się paczki bliskim i dalekim, znanym i nie
znanym, tysiące ludzi wysprzedaje się do ostatniego, wyrzekając się
wygody. Mimo zakazów, rewizji i konfiskat idą do Kazachstanu tysiące
paczek.
Naprawdę możemy się chlubić, że chrześcijańska Caritas, która
przeżarła obcość jednostek, dalekość klas społecznych, zwyciężyła już
tutaj bolszewizm. (…)
Relacje po wybuchu wojny
niemiecko-sowieckiej z więzień na Zamarstynowie, Brygidkach i przy ul.
Łąckiego we Lwowie w końcu czerwca 1941 roku:
A. Rzepicki: Zaraz po
odejściu Sowietów ruszono (…) ławą do więzień i zgodnie ze strasznym
przewidywaniem znaleziono w nich tylko zwłoki, pełno zwłok. Przez
następne dni, począwszy już od niedzieli, do wszystkich więzień ciągnęły
niekończące się procesje lwowian, którzy wśród zamordowanych
poszukiwali swych bliskich, starając się ich rozpoznać. Często było to
niemożliwe, bo w upalną pogodę zwłoki gwałtownie rozkładały się.
Potworny zaduch, wyczuwalny na setki metrów, mniej wytrzymałym nie
pozwalał nawet na zbliżenie się do zwłok, układanych rzędami na
więziennych podwórzach.
Straszliwa ta hekatomba zdawała się sprawiać
hitlerowcom satysfakcję. Oficerowie nadjeżdżali samochodami,
fotografowano, kręcono filmy. Dopuszczono wszystkich do oględzin,
starano się je ułatwić przez uporządkowanie ciał. A jak się do tego
zabrano? Mamy dotychczas przed oczami wstrząsające wspomnienie: na
podwórzu więziennym długi szereg poczerniałych, obrzmiałych zwłok,
pośród nich jedne – straszne jak wszystkie inne – w pozycji
półsiedzącej. Nagle, co to? Ofiara zaczyna się poruszać, wstaje! Okazało
się, że był to zmasakrowany, ale wciąż jeszcze żywy Żyd! Do wynoszenia
zamordowanych i układania ich na podwórzach zatrudniono bowiem
skompletowane w łapankach grupy lwowskich Żydów, których tak skatowano,
że nie różnili się prawie od umarłych. (…) Do spełnienia tego
okrucieństwa, do zapędzania Żydów użyto żołnierzy ukraińskich, jak
sądzę, z oddziału „Nachtigall”. (…) Brak ścisłych danych o liczbie
zamordowanych. Musiała być wielka, bo więzienia lwowskie zapełnione były
przez NKWD po brzegi, nawet w małych celach siedziało po
kilkudziesięciu więźniów, a z Brygidek w pierwszych dniach wojny
wydostała się ich zaledwie garstka. Najczęściej powtarzano liczbę około
5000 ofiar i nie mogło być ich mniej.
Ppłk Jan Sokołowski: Weszliśmy
na dziedziniec. Powitał nas straszliwy odór gnijących ciał, idący z
otwartych drzwi parteru. W tym smrodzie zapierającym dech pracowali
Żydzi. Wynosili na plecach z otwartych drzwi okropne, nagie,
zmasakrowane ciała ludzkie. Umazane krwią i ociekające posoką,
pogryzione prawdopodobnie przez szczury, pozbawione oczu, bez twarzy,
rozdęte, były już nie do poznania i miały przerażający wygląd. Jedyne,
co im jeszcze pozostało z ludzkiego wyglądu, to włosy. Były tam trupy
mężczyzn i kobiet. (…) W dużej sali, wyglądającej na wozownię, leżały
rozrzucone pod sufit zwłoki ludzkie.
Relacje
z więzień Sambora i Borysławia:
Stefan Duda: Bez przerwy
wyciągano z cel więźniów, po 5-10 zawlekano do piwnic (…) tam
mordowano, rozstrzeliwano w tył głowy i składano trupy w pryzmę, a gdy
już wszystkie piwnice były załadowane, wówczas wyprowadzano po 50 i
więcej na plac więzienny i strzelano do nich z okien z karabinów
maszynowych (…), a nawet zaczęto rzucać granaty.
(…) Zaprowadzili
nas na NKWD. Tam było już z 300 Żydów i stamtąd z piwnic kazali
wyciągać i segregować trupy. Masy trupów. Część z tych trupów kazali
myć. (…) Te trupy nie były zakopane. Były one przysypane ziemią na 5,
10 cm. To wszystko były poza tym świeże trupy. To byli ludzie
zaaresztowani tydzień lub 10 dni wcześniej. Tam był też Kozłowski i jego
starosta. Siostra, ona miała jakieś 16 lat, miała wyrwane sutki jakby
obcęgami, twarz miała spaloną. Natomiast on jednego oka w ogóle nie
miał, a drugie miał zapuchnięte, usta też miał zszyte drutem kolczastym,
ręce miał spalone, a zarazem zmiażdżone. (…)
