Uprzejmie domagamy się
Wybory prezydenckie w Polsce AD
2010, formalnoprawnie przedterminowe, w realiach politycznych z całą
pewnością są wyborami wyjątkowymi i wymuszonymi przez dramatyczne
okoliczności. Już tylko z tych powodów są niesłychanie ważne, czego nie
potwierdziła żałośnie ogólnikowa kampania wyborcza wszystkich kandydatów
na najwyższy urząd w państwie. Dotyczy to nade wszystko Bronisława
Komorowskiego, ale Jarosława Kaczyńskiego również.
Obaj czołowi
pretendenci do Pałacu Prezydenckiego stosowali znakomicie pojedynek
uników. Wyborcy z tej kampanii nie byli w stanie się dowiedzieć, jaki
jest stosunek obu polityków do kluczowych problemów Rzeczypospolitej. W
tej kampanii obaj doprowadzili swoją grę do perfekcji. Zamiast dwóch
mieliśmy jeden program dla obu partii: „Zachowajmy status quo. Reform
nawet nie poczujecie”. Rzecz w tym, że utrzymanie obecnych świadczeń
socjalnych, wysokich płac, wieku emerytalnego, nowych dróg, darmowej
edukacji i zatrudnienia w sferze publicznej wymaga reform, i to
bolesnych. Polska może i była zieloną wyspą, ale nie oprze się prawom
ekonomii. I od podsuwania nam tematów zastępczych problemy w drugiej
turze wyborów nie znikną. Polacy mają prawo domagać się od kandydatów na
urząd prezydenta RP, aby klarownie i jednoznacznie sprecyzowali swoje
stanowisko w sprawie prywatyzacji, służby zdrowia, wymiany złotówek na
euro, wysokości podatków pośrednich i bezpośrednich, pogłębiania
integracji w ramach Unii Europejskiej. Do tych najważniejszych spraw
należy też kwestia stosunków z Rosją premiera Putina i wyjaśnienia
tajemnic tragicznej katastrofy samolotowej koło Smoleńska. Dlatego można
napisać, że uprzejmie domagamy się przedstawienia przez obu kandydatów
najważniejszych punktów programu politycznego, jaki mieliby realizować
przez pięć lat prezydentury. Uprzejmie się domagamy!W systemie
demokratycznym, jak w każdym innym, kampanie wyborcze rządzą się swoimi
prawami, składane są obietnice bez pokrycia, manipuluje się wyborcami
przy pomocy politycznych uzupełnień, a tymi ostatnimi są także żony,
dzieci i rodziny kandydatów. To wszystko już było! Wystarczy przypomnieć
wybory w starożytnych Atenach albo w starożytnym Rzymie, gdzie kampania
wyborcza opierała się na haśle i doktrynie „chleba i igrzysk”. W XIX
wieku pojawiło się pojęcie „kiełbasy wyborczej”, Lenin i Stalin używali
agitacji, Hitler z Goebbelsem propagandy, a Gierek propagandy sukcesu. W
Polsce XXI wieku rządy Platformy Obywatelskiej za fundament władzy
uznały tzw. PR. Promowanie samego siebie nie jest czymś szczególnie
nagannym, chociaż skromność jest niewątpliwie cnotą. Natomiast
nadużywanie PR to manipulacja, a w wykonaniu czołowych polityków sztabu
Bronisława Komorowskiego to kłamstwo i nadużycie. Pierwsza tura wyborów
raz jeszcze pokazała, jaką manipulacją polityczną i zwyczajnym
fałszerstwem są tzw. sondaże. Jedynym prawdziwym sondażem są same
wybory. Przecież 20 czerwca okazało się po raz kolejny (!), że sondaże
kompletnie różniły się od rzeczywistości. Tuż przed wyborami pojawiły
się sondaże wieszczące Bronisławowi Komorowskiemu zwycięstwo w pierwszej
turze – dziś, w świetle znanych wyników, brzmią one kuriozalnie.
Podobnych sytuacji było zresztą więcej. W 2005 r. właściwie żaden
ośrodek opinii nie „wykrył” wzrostu popularności Lecha Kaczyńskiego i
PiS.
Po tragicznej śmierci Lecha Kaczyńskiego wydawało się, że
polskie społeczeństwo się zmieniło. Wyglądało na to, że towarzysząca
żałobie fala masowego współczucia nie tylko spowoduje zmianę podejścia
do polityków i życia publicznego, ale też wpłynie na polityczne sympatie
Polaków. Tragedia podważyła dotychczasowy wizerunek PiS, który w
mediach związanych z PO był ukazywany jako partia zaściankowa, zamknięta
i agresywna. Niezależnie od tego, na ile to była prawda, a na ile
skuteczny zabieg politycznych oponentów, taki obraz praktycznie skazywał
ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego na powolną degradację. We
współczesnej demokracji nie da się zwyciężać, nie docierając do
politycznego centrum. Dla wyborców centrowych zaś PiS okazywało się
dotąd nie do przyjęcia.
Po 10 kwietnia zarówno sam Jarosław
Kaczyński, jak i jego sztabowcy wykonali wiele pracy, by pokazać się od
innej strony. Stąd słowa o końcu wojny polsko-polskiej, o rezygnacji z
hasła IV Rzeczypospolitej czy o potrzebie pojednania się. Strategia ta
przyniosła pewne korzyści. Można jednak zadawać sobie pytanie, czy
Jarosław Kaczyński, walcząc o wyborców centrowych, nie zniechęcił do
siebie niektórych własnych, którzy nie poszli głosować. Warto się
zastanowić przed drugą turą wyborów 4 lipca, czy dla wątpliwych kilku
procent warto tracić swój podstawowy, tzw. żelazny elektorat. Nawet
jeśli sam pomysł, by złagodzić oblicze prezesa PiS, był rozsądny, to
zwrot polityczny na lewo został wykonany chyba zbyt gwałtownie. Dla
centrowych wyborców PO Kaczyński i tak nie okazał się wiarygodny.
Zdezorientowany wyborca stanął wobec dwóch polityków, którzy posługiwali
się podobną, opływową retoryką.
Jarosław Kaczyński w pierwszym
wystąpieniu po ogłoszeniu wyników I tury stwierdził, że on i jego
polityczny przeciwnik Komorowski reprezentują dwie odmienne wizje
polityczne Polski, a Polacy stają po raz kolejny przed wyborem
merytoryczno-programowym. Problem w tym, że wielu wyborców tego wyboru i
tych wizji nie dostrzega. Warto jednak zwrócić uwagę na stosunkowo
liczne komentarze w mediach Moskwy i Berlina. Wszystkie, dosłownie
wszystkie, są przeciwko Kaczyńskiemu, a wyraźnie faworyzują
Komorowskiego. Jeżeli w stolicach obu naszych potężnych sąsiadów tak
bardzo lansowany jest właśnie Komorowski, to powinno zwłaszcza jego
zwolennikom, ale także pozostałym wyborcom polskim dać wiele do
myślenia.
prof. Józef Szaniawski
