Czy ten kodeks nam zaszkodzi?
Wprowadzenie w Polsce od 1 stycznia 2010 r. części zapisów
międzynarodowego Kodeksu Żywnościowego (Codex Alimentarius) wywołało pod koniec
ubiegłego roku popłoch przede wszystkim wśród właścicieli i pracowników sklepów
zielarskich oraz ich klientów. Na mocy nowych przepisów miały one bowiem stracić
prawo do sprzedaży ziół i leków przygotowywanych na ich bazie. Mogło to
spowodować upadek wielu z blisko 1,5 tys. placówek rozsianych po całym
kraju.
Co prawda najczarniejszy scenariusz jeszcze się nie sprawdził, ale jeżeli nic
się nie zmieni i zasady wpisane do Kodeksu Żywnościowego będą dalej wdrażane w
życie, już wkrótce z rynku zniknie większość ziołowych preparatów, a te, które
pozostaną, będzie można kupić jedynie w aptekach.
Trzeba podkreślić, że
sprawa zapisów z Kodeksu Żywnościowego jest szerzej nieznana nie tylko w Polsce,
ale i w innych krajach Europy i świata, gdyż największe media nie poświęcają im
zbyt wielkiej uwagi. A przecież chodzi o nasze zdrowie, warunki życia, a także
wolność. Wystarczy przyjrzeć się temu, w jaki sposób powstawały zapisy Kodeksu
Żywnościowego, aby nabrać podejrzeń co do czystości intencji ich autorów.
Bardziej chodziło im chyba o ochronę interesów koncernów farmaceutycznych,
biotechnologicznych, chemicznych, interesów wielkich producentów żywności niż o
dobro konsumentów. Oficjalnie głównym celem prac nad Kodeksem Żywnościowym było
zaspokojenie oczekiwań konsumentów dotyczących bezpieczeństwa żywności, jej
jakości i przydatności do spożycia. W związku z tym, ogromnego znaczenia nabiera
pochodzenie żywności i jej bezpieczeństwo w handlu międzynarodowym. Kodeks
powinien odgrywać tutaj ważną rolę, szczególnie dla mniej rozwiniętych krajów,
którym brak niezbędnej infrastruktury, wiedzy fachowej i systemów zarządzania w
celu wprowadzenia odpowiedniej kontroli bezpieczeństwa żywności. Ale „nieznani”,
czy raczej „niewidzialni” sprawcy chcą swoją wolę w tych kwestiach narzucić
całemu światu. Jeśli kiedykolwiek ziszczą się ich zamierzenia, to nawet hodowla
warzyw w przydomowym ogródku bez zezwolenia będzie przestępstwem.
Światowy rząd żywnościowy
Kodeks Żywnościowy to
najogólniej rzecz ujmując zbiór międzynarodowych standardów dotyczących
produktów żywnościowych, do których zalicza się nie tylko to, co jemy, ale także
preparaty ziołowe i suplementy diety. W Kodeksie Żywnościowym umieszczono
tysiące ogólnych i szczegółowych zapisów określających standardy produkcji
żywności. Do tych ogólnych zalicza się np. kwestie higieny, zawartości
pestycydów i leków oraz innych dodatków. A szczegółowe zasady to np. normy
dotyczące świeżości produktów i zasad ich przetwarzania. Liczne kategorie
produktów traktowane są jako leki i jako takie mają być sprzedawane tylko w
aptekach (np. wspomniane środki ziołowe czy suplementy diety). Kodeks
Żywnościowy to nie jest wymysł ostatnich lat. Jego początek sięga 1963 roku, gdy
ONZ powołała do życia Komisję Kodeksu Żywnościowego – organ FAO (FAO to agenda
ONZ ds. żywności, rolnictwa) i WHO (agenda ONZ ds. zdrowia). Dzięki temu do
komisji należą prawie wszystkie kraje członkowskie ONZ – ponad 180 państw. Cele
działalności Komisji trudno byłoby zakwestionować, wszak przyświecają im dwa
wielkie przesłania: ochrona zdrowia konsumentów i ułatwianie handlu
międzynarodowego. Ale za pięknymi hasłami kryją się często niepiękne treści. Nie
da się przecież ujednolicić na całym świecie zasad produkcji żywności czy
preparatów ziołowych. Jest to nie tylko niemożliwe technologicznie, ale i ze
względów kulturowych. Ale nie wszyscy przyjmują to do wiadomości.
Od początku
bowiem piętno na jej działalności odcisnęły wielkie koncerny – głównie chemiczne
i farmaceutyczne – które dla niepoznaki wykorzystywały w akcjach lobbingowych
organizacje pozarządowe – często te o zasięgu międzynarodowym. Cieniem na
Kodeksie Żywnościowym kładzie się fakt, że głównym jego pomysłodawcą był Niemiec
Fritz Ter Meer. W okresie rządów Hitlera należał on do zarządu wielkiego
koncernu chemicznego IG Farben (produkującego cyklon B), a po wojnie, choć
skazano go za udział w zbrodniach wojennych, dzięki rodzinie Rockefellerów
zwolniony został z więzienia i objął stanowisko prezesa wielkiego koncernu
chemiczno-farmaceutycznego Bayer.
Pół biedy, gdyby stosowanie się do zaleceń
Kodeksu Żywnościowego było dobrowolne. Taka jest przynajmniej oficjalna
wykładnia Kodeksu ogłoszona przez nasze władze, że jego normy i wytyczne „nie są
prawnie wiążące, a Komisja Kodeksu Żywnościowego nie może ich przekształcić w
obowiązujące prawo”. Ta teoria szybko jednak została zweryfikowana przez życie.
Jego wytyczne zwykle stają się stopniowo nakazami, które wszystkie kraje powinny
wypełnić. W przypadku Polski działa dodatkowy bodziec w postaci „prawa
unijnego”, które kruszy wszelki opór. W krajach UE zapisy CA są wdrażane
stopniowo od dawna, a Polska i inne kraje, które były w tyle, musiały od 1
stycznia br. wprowadzić odpowiednie przepisy w życie.
W celu narzucenia nam
Kodeksu Żywnościowego ONZ-owscy biurokraci i lobbyści bardzo szybko wykorzystali
także Światową Organizację Handlu (WTO). Jeśli na forum WTO rozstrzygany jest
jakiś spór między krajami członkowskimi w sprawie żywności, to przy wydawaniu
werdyktu brane są pod uwagę wytyczne Kodeksu Żywnościowego. Czyli jak się nie
podporządkujesz, to przegrasz. W tej sytuacji coraz częściej słychać głosy,
zgodnie z którymi wdrażanie Kodeksu Żywnościowego to pierwszy widomy znak
budowania jednolitego światowego porządku. Tego rodzaju idee mają ogromne
poparcie wszelkiej maści lewaków rządzących w wielu krajach.
Oczywiście,
pewne zasady zapisane w Kodeksie mogą być korzystne, gdyż eliminują ze sprzedaży
różne preparaty, suplementy diety, środki odchudzające, które nie mają żadnego
znaczenia terapeutycznego, a mogą nawet szkodzić osobom je zażywającym. Ale
jednocześnie nie widać troski decydentów, aby skutecznie walczyć z
„dopalaczami”, które wciąż można swobodnie w Polsce kupić. To samo zresztą
dotyczy preparatów na przyrost mięśni i innych środków stosowanych przez
amatorów kulturystyki i fitness, które bez przeszkód można nabyć w wielu
sklepach – część takich placówek specjalizuje się tylko w sprzedaży odżywek,
witamin czy preparatów mających takie samo działanie jak środki dopingujące. A
przecież takie substancje powinny być sprzedawane pod szczególnym nadzorem, gdyż
ich zażywanie, a zwłaszcza przedawkowanie, grozi nawet kalectwem lub
śmiercią.
Zioła zagrożone
Gdy w ubiegłym roku uchwalono ustawę
wprowadzającą Kodeks Żywnościowy, jednym z ważniejszych rozporządzeń mu
towarzyszących było to wydane przez ministra zdrowia Ewę Kopacz w kwestii
sprzedaży leków i preparatów ziołowych. W jego pierwotnej wersji zapisano, że
setki preparatów powinny 1 stycznia 2010 roku zniknąć ze sklepów zielarskich i
trafić wyłącznie do aptek. Miało to dotyczyć m.in. różnego rodzaju maści
(cynkowa, bursztynowa, borowinowa), spirytusu kamforowego, jodyny, plastrów
borowinowych, a nawet popularnego dziurawca czy substancji zawierających choćby
niewielkie ilości witamin. Właściciele sklepów zielarskich i ich klienci
zaprotestowali, bo wiele pozycji na ministerialnej liście to środki często
kupowane przez Polaków. Zagrożony został więc byt sklepów, tym bardziej że za
złamanie zakazu grożą surowe kary. Sporo do stracenia mają też konsumenci,
ponieważ w aptekach preparaty te są nierzadko dużo droższe. Ale trzeba przede
wszystkim zapytać, cóż takiego się stało, że te preparaty musiały zniknąć ze
sklepów zielarskich? Gdzie są badania wskazujące na to, że ich sprzedaż tylko w
aptece jest korzystniejsza dla zdrowia konsumenta? Skoro takich badań nie ma, to
po co zmieniać coś, co od dziesiątków lat bardzo dobrze funkcjonuje ku
zadowoleniu ludzi? Co ciekawe, z „daru” minister Ewy Kopacz wcale nie byli
zadowoleni sami prywatni aptekarze, bo rozporządzenie tylko wywołało bałagan na
rynku.
Na fali tych protestów na początku stycznia doszło do spotkania
przedstawicieli branży zielarskiej z urzędnikami Ministerstwa Zdrowia. Ustalono
na nim, że lista produktów, którymi nie mogą handlować sklepy z ziołami, będzie
zmodyfikowana, tzn. będzie mniej restrykcyjna. A wiceminister Marek Twardowski
zapewniał, że do likwidacji tych punktów nie dojdzie, bo – jak argumentował –
mogą one wciąż handlować kilkunastoma tysiącami innych wyrobów. Ale co będzie w
niedalekiej przyszłości?
Co jakiś czas podnoszony jest na forum Komisji
Kodeksu Żywnościowego postulat zakazu sprzedaży preparatów, które nie zostały
poddane badaniom klinicznym. Tylko że w przypadku ziół nikt takich badań nie
robi, gdyż ich realizacja byłaby zbyt droga. Ponadto ludzie od wieków leczą przy
ich pomocy drobne dolegliwości (bóle, niestrawności, przeziębienia) tak, że
można powiedzieć, iż preparaty ziołowe są testowane od setek lat. Jeśli więc
postulat badań zostanie przyjęty (zgłaszają go od dawna m.in. Niemcy), wówczas
zioła znikną nawet z aptek. A ściślej – nie znikną, tylko wrócą pod zmienionymi
nazwami. Wystarczy bowiem, że firma farmaceutyczna takie testy medyczne
przeprowadzi, a potem opatentuje nowy „lek” i będzie z niego czerpać milionowe
zyski. Teraz zioła może produkować każdy, bo nie są one chronione żadnymi
patentami, gdyż rosną spokojnie w naturze. Może więc chodzi tu po prostu o
zlikwidowanie konkurencji i osiągnięcie jeszcze większych zysków…
Prawdziwe cele
Kodeks Żywnościowy wzbudza tak wielkie
niepokoje, ponieważ daje władzom państw i międzynarodowych instytucji
niespotykane dotąd narzędzia. Część naukowców jest przekonana, że pod pozorem
troski o nasze życie i zdrowie kryje się zamiar wprowadzenia norm szkodzących
ludziom. Otóż Kodeks Żywnościowy może doprowadzić do sytuacji, w której
nielegalna stanie się sprzedaż naturalnych witamin, ziół, a to w konsekwencji
uniemożliwi opierające się na nich terapie, zwłaszcza jeśli preparaty ziołowe i
roślinne nie mają testów klinicznych. Będzie temu towarzyszył zakaz reklamowania
naturalnych środków leczniczych (już częściowo obowiązujący).
Wracamy jednak
do podstawowego problemu związanego z CA: na ile krajowe rządy oddadzą w tym
zakresie władzę międzynarodowym komisjom, które praktycznie przed nikim nie
odpowiadają, a przepisy, które opracowują, są akceptowane przez ONZ czy Unię
Europejską i zalecane do wprowadzenia przez kraje członkowskie. Tylko że to
zalecenie w przypadku choćby UE może stać się nakazem, „prawem europejskim”,
które trzeba stosować. Na szczęście pierwsze negatywne efekty wzbudziły czujność
ekspertów i konsumentów, którzy z uwagą przyglądają się Kodeksowi Żywnościowemu
i ostrzegają o istniejących i potencjalnych zagrożeniach z nim związanych. A
rządzący powinni te ostrzeżenia brać pod uwagę i kierować się przede wszystkim
zdrowym rozsądkiem.
Krzysztof Losz
