Czy PRL będzie miała tysiąc lat?
Rzymski poeta Marcjalis pisał, że „być zdolnym do cieszenia się
przeszłością, to jakby żyć dwa razy”. Obserwując naszą przestrzeń publiczną,
zachowania rozmaitych lokalnych społeczności czy też przeglądając program
telewizyjny, można odnieść wrażenie, że ponad dwadzieścia lat od oficjalnego
zerwania z PRL, ta ostatnia ma się dobrze. Wciąż żyje w świadomości wielu ludzi,
jest bowiem przedmiotem ich tęsknot, jawiąc się jako okres, do którego z
nostalgią się powraca.
Spójrzmy np. na telewizję publiczną, która ociera się o granice schizofrenii.
Z jednej strony bowiem emituje – i chwała jej za to – w czasie najlepszej
oglądalności bardzo potrzebny film o generale Wojciechu Jaruzelskim („Towarzysz
Generał”), a z drugiej – ta sama publiczna telewizja raczy nas po raz kolejny
serialami „Czterej pancerni i pies” czy „Stawka większa niż życie”. Wątki z
biografii twórcy stanu wojennego wyraźnie świadczące o jego ścisłych związkach z
Informacją Wojskową i Moskwą sąsiadują na antenie tego samego nadawcy z
kilkudziesięciogodzinnym (jeśli liczyć czas emisji obu wymienionych seriali)
gloryfikowaniem współpracy z „Centralą” [czyt. z Sowietami] i „bohaterską Armią
Czerwoną”.
Telewizyjny kołobłęd
Gdy przed kilkoma laty prezes TVP
Bronisław Wildstein jako jedyny zdecydował się zrezygnować z emitowania reliktów
PRL-owskiej propagandy, w gazetach pojawiały się głosy nie tylko go krytykujące,
lecz także wprost ośmieszające tę decyzję. „Czyż telewizja nie ma poważniejszych
spraw na głowie, by cenzurować teraz psa Szarika?” – drwiono. Jednak misja
telewizji publicznej polega przecież na edukowaniu widza, a czyż może być
ważniejsza sprawa niż edukacja historyczna społeczeństwa? Społeczeństwa
systematycznie ograbianego przez „reformatorskie wysiłki” kolejnych włodarzy
Ministerstwa Edukacji Narodowej z szans na odebranie przyzwoitej (choćby w
wymiarze godzinowym) edukacji historycznej w szkole. W tej sytuacji wielu
młodych ludzi uzna za prawdę historyczną sfilmowaną powieść Janusza
Przymanowskiego (ech, któż dzisiaj pamięta przemówienia posła Przymanowskiego w
sejmie PRL po 13 XII 1981 r.!). Będzie dla nich całkiem normalne, że pochodzący
z polskiego Pomorza Janek Kos mile spędzał czas, polując na tygrysy nad Amurem.
Raczej nie pojawi się pytanie: skąd on tam właściwie się wziął?
Nie jest to
bynajmniej problem czysto hipotetyczny. Badania statystyczne od lat potwierdzają
na przykład o wiele mniejszą wiedzę o zbrodni katyńskiej wśród młodzieży
wychowanej już po 1989 roku aniżeli w pokoleniu starszym. Do dzisiaj podczas
sesji egzaminacyjnych na polskich uczelniach (pokazywano mi odpowiednie egzaminy
pisemne) na pytanie: „Co się wydarzyło w 1940 roku w Katyniu?”, pada odpowiedź:
„Niemcy wymordowali Żydów w komorach gazowych” lub „Sprawa nie jest jeszcze
wyjaśniona, Niemcy obwiniają Rosjan, a Rosjanie Niemców o wymordowanie polskich
oficerów”. A my obrażamy się na Putina za zakłamywanie prawdy o zbrodni
katyńskiej…
Uparcie wracam do słów wypowiedzianych przez jednego z mistrzów
polskiej historiografii Józefa Szujskiego, który powtarzał maksymę o „fałszywej
historii jako mistrzyni fałszywej polityki”. Brak rzetelnej edukacji zwłaszcza o
najnowszych (po 1939 r.) dziejach Polski, edukacji w szkole, ale także
jednoznacznego przekazu edukacyjnego w mediach publicznych, skutkuje właśnie
takimi „odkrywczymi” wypowiedziami na egzaminach. Pojawia się swego rodzaju
kołobłęd – o którym w swoim czasie pisał prof. Feliks Koneczny – a więc zamęt,
intelektualne zamulenie albo – jak mówi młodzież – wielka ściema.
„Alternatywy 4” wiecznie żywe
Zjawisko to bynajmniej nie
ogranicza się do szkolnych czy uczelnianych murów, ale zaraża szerokie kręgi
społeczne. Przypominam sobie bliski mi (z racji miejsca zamieszkania) przykład
poznański. Przed paroma laty grupa mieszkańców jednej z dzielnic Poznania
(Świerczewo) wystąpiła z inicjatywą – wspartą przez lokalny oddział Instytutu
Pamięci Narodowej – by zmienić nazwy szeregu ulic w tej dzielnicy, które wciąż,
po kilkunastu latach od obalenia reżimu komunistycznego, nosiły nazwiska tych,
„którzy kładli fundamenty i podwaliny” (np. Marian Buczek, Hanka Sawicka czy
Róża Luksemburg). Ostatecznie Rada Miasta przychyliła się do tego wniosku, ale
zanim tak się stało, do rajców trafiła kontrpetycja mieszkańców Świerczewa,
którzy nie chcieli zmiany nazw ulic noszących imiona „zasłużonych działaczy
ruchu robotniczego”. Ten protest wspierany był przez część lokalnych mediów
powtarzających gazetowe argumenty w stylu: „są poważniejsze sprawy”, „kto za to
wszystko zapłaci”, „to tylko utrudni ludziom życie”.
W Poznaniu się udało,
ale przecież w wielu miejscach w Polsce lokalne samorządy wsparte przez
„zatroskanych mieszkańców” (jedni i drudzy z wyraźną dominacją „nowej,
europejskiej lewicy” z SLD) odmawiają wsparcia dla tego typu inicjatyw
dekomunizacji przestrzeni publicznej. Na przykład w 2009 r. w Połczynie Zdroju
radni sprzeciwili się wnioskowi IPN domagającemu się usunięcia nazw połczyńskich
ulic: Karola Świerczewskiego, Gwardii Ludowej czy 22 Lipca. Dla IPN i dla
każdego, kto choć trochę zna najnowsze dzieje Polski, należało tak zrobić, bo z
tych nazw „biła propaganda [komunistyczna – G.K.] i pochwała zbrodniczej
ideologii”, czego – przypomnijmy – zakazuje Konstytucja RP. Dla rajców
istotniejsze były „konsultacje społeczne” i „wyraz woli naszych mieszkańców,
którym stare nazwy ulic nie przeszkadzają i nie chcą ich zmieniać”. Przypomina
się scena z filmu „Alternatywy 4” Stanisława Barei, gdy padł wniosek o nadanie
tytułowemu osiedlu imienia „sierżanta Kazubka”, bo on „utrwalał i kładł
podwaliny”.
„Drugi Kazimierz Wielki”
A cóż dopiero powiedzieć o
rozwiniętym w niektórych regionach kulcie Edwarda Gierka. Dla wielu naszych
rodaków – podobnie jak dla jednego z bohaterów filmu Juliusza Machulskiego
„Pieniądze to nie wszystko” – „Edward Gierek to drugi Kazimierz Wielki: zastał
Polskę murowaną, a zostawił drewnianą”. Polska epoki Gierka to przecież czasy
pierwszych „maluchów”, coca-coli w sklepach oraz tak dawno nieoglądanych
sukcesów polskich piłkarzy… Nostalgię pogłębiają cowakacyjne powtórki w
publicznej telewizji serialu „Czterdziestolatek”. Nic dziwnego zatem, że – wedle
badań przeprowadzonych przez CBOS w 2001 r. – wśród połowy Polaków rządy Edwarda
Gierka budzą przeważnie pozytywne skojarzenia. Z tych nastrojów wyrastają
decyzje podejmowane przez samorządy opanowane przez „demokratyczną lewicę”, jak
np. w 2003 r. we Włocławku, gdzie jedno z rond nazwano właśnie imieniem I
sekretarza KC PZPR. Rok wcześniej powstało w Sosnowcu (którego Gierek jest
ciągle honorowym obywatelem) „Społeczne Ogólnopolskie Stowarzyszenie im. Edwarda
Gierka”, które za swój cel postawiło sobie szerzenie jego kultu. W 2008 r.
działacze organizacji zgłosili nawet inicjatywę postawienia Gierkowi pomnika w
Czumowie nad Bugiem (powiat hrubieszowski).
Oto prawdziwy kołobłęd. Kraj,
który pokrywa się pomnikami Jana Pawła II, doczeka się być może (bo „trzeba
szanować przejawy autentycznej aktywności lokalnych społeczności”) pomnika I
sekretarza partii komunistycznej. Bo przecież nie można pokazywać biografii
Edwarda Gierka w sposób „jednostronny” i „kontrowersyjny”. Wyobraźmy sobie, że
telewizja wyemitowałaby w poniedziałek o godz. 20.15 film dokumentalny
przypominający nie tylko o „maluchach” i coca-coli w sklepach, ale także o
namiętnych całusach z Breżniewem, wazeliniarstwie wobec sowieckiego genseka
posunięte do granic ostateczności (szarganie Orderu Virtuti Militari czy też
słynne poprawki do Konstytucji PRL wpisujące jako normę konstytucyjną „sojusz z
bratnią Armią Czerwoną”), „ścieżkach zdrowia” i działaniach „nieznanych
sprawców” (chociażby sprawa Stanisława Pyjasa) – ileż byłoby protestów SLD i
głosów „zatroskanych” komentatorów przestrzegających przed „wchodzeniem na
ścieżkę nienawiści i zacietrzewienia”, bo przecież „PRL – to my
wszyscy”.
Otóż, nie wszyscy. Z pewnością nie ci, których (także w czasach
Gierka) pozbawiano możliwości zasłużonego awansu zawodowego, bo nie zapisali się
do PZPR, nie obywatele drugiej kategorii zamknięci przez władze PRL w
„katolickim getcie” (słowa Jana Pawła II z pielgrzymki do Polski w 1991 roku). A
z pewnością nie pokolenie urodzonych po 1989 roku, którym należy się – powtórzę
– rzetelna historyczna edukacja, która musi być jednostronna, ponieważ w
kontekście: PRL czy niepodległość, komunistyczny totalitaryzm czy wolność,
prawda była po jednej stronie.
Peryferyjne rozumienie historii
Problem polega jednak nie
tylko na niedostatkach edukacyjnych, na groźbie kolejnych „reform edukacji”
ograbiających uczniów z możliwości poznania kanonu polskiej literatury i
historii, ale na woli. Po 1989 r. dla twórców „demokracji peryferii” nad Wisłą
obowiązującą wykładnią było z jednej strony przestrzeganie przed „odradzającym
się polskim nacjonalizmem”, a z drugiej – reklamowanie tzw. krytycznego
spojrzenia na historię Polski, dlatego w imię tych gazetowych prawd z okazji
50-lecia Powstania Warszawskiego publikowano teksty o rzekomych pogromach
antyżydowskich dokonywanych przez żołnierzy Powstania.
Do tego przekazu
dochodziło wmawianie, że we współczesnym świecie „nikt już nie przejmuje się
historią”, bo przecież Francis Fukuyama autorytatywnie ogłosił „koniec
historii”, i tego należy się trzymać. Jest to przykład typowo peryferyjnego
myślenia, bo trzeba być zupełnie odciętym od świata, by nie wiedzieć, jak bardzo
historia [czyt. jej interpretacja] jest ważna w Niemczech i Rosji, na Bliskim
Wschodzie czy dla Turków i Ormian.
Charakterystyczne są wreszcie ataki na IPN
– instytucję, która od kilku lat na serio realizuje swoje cele statutowe, a więc
m.in. zajmuje się edukacją społeczeństwa w zakresie najnowszych dziejów Polski.
Te działania obejmują nie tylko dziesiątki publikacji dotyczących XX-wiecznej
historii Polski (wbrew tym, którzy w ramach propagandy wmawiają, że IPN to
przede wszystkim „lustracyjna obsesja”), lecz także wspieranie wymienionych
wyżej inicjatyw dekomunizacji publicznej przestrzeni. Przy tej okazji IPN
wielokrotnie spotykał się z gazetowymi argumentami, że „mści się na zmarłych” i
„zmusza ludzi do ponoszenia dodatkowych kosztów wymiany dowodów osobistych”.
Historia jest jednak ważna – daje poczucie ciągłości, uczy życia i prawdziwej,
niezakłamanej polityki. Jak dowodzi przykład Muzeum Powstania Warszawskiego,
można zainteresować dziesiątki tysięcy młodych ludzi i w sposób ciekawy
przekazać nie tylko fakty, ale także opowiedzieć o cenie, jaką płaci się za
wolność. Ileż tutaj możliwości, ile filmów do zrealizowania i książek do
napisania…
Pewien mój kolega archeolog, przemierzając w latach 80.
ubiegłego wieku Kujawy, natknął się w jednej z tamtejszych miejscowości na
obelisk wzniesiony w 1966 r. przez szczególnie gorliwego kacyka partyjnego
szczebla powiatowego. Na kamiennym słupie przymocowana była tablica (widziałem
fotografię) z napisem: „Wzniesiono w 1966 roku z okazji tysiąclecia Polskiej
Rzeczypospolitej Ludowej”. Nie wiem, czy kamień z tablicą dalej istnieją, ale
wygląda na to, że potrzeba jeszcze mnóstwo pracy, by pozbawić PRL szans na tak
długie trwanie.
Prof. Grzegorz Kucharczyk
