Czy dbamy o język miłości rodzinnej?

Podsumowanie rocznicy „Humanae vitae”

Zbliżamy się do końca roku, który zbiegał się z czterdziestoleciem ogłoszenia encykliki „Humanae vitae” przez Papieża Pawła VI. Jak ta rocznica przebiegała w Polsce? W zasadzie była przemilczana za wyjątkiem nielicznych wzmianek, najczęściej w duchu kontestacji wobec zawartego w niej nauczania. W prasie z jednej strony wznowione zostały stare argumenty z lat 60. – przeważnie sprowadzające się do emocjonalnego odwoływania się do faktów dokonanych i obrażania się, że Kościół „nie chce iść z postępem”, lecz „śmie” bronić nierozerwalności znaczeń intymnego pożycia małżeństw, „śmie” zakazywać antykoncepcji, nawet wówczas, gdy tak wielu wiernych już wcześniej zaczęło ją stosować w swoim życiu. Z drugiej strony natomiast, działo się coś o wiele bardziej niebezpiecznego dla nas: trwała cisza. Trwało milczenie tak wielu ośrodków myśli społecznej, publicystów, biskupów, kapłanów i innych autorytetów. Wielu jedynie określało temat jako „trudny” i na tym poprzestawało. Mało, bardzo mało było głosów korzystających z tej okazji dla obrony godności przekazywania ludzkiego życia. W obliczu tej ciszy w ostatnich tygodniach rząd mógł bez obaw ogłosić swój zamiar objęcia procedur sztucznego tworzenia dzieci w laboratoriach, tworzenia dzieci na zamówienie, regulacjami prawnymi, a nawet refundacją z budżetu państwa. Nie musiał spodziewać się oporu ludzi wobec takiej propozycji, a jak dowodziły wypowiedzi polityków, nawet liczył na kontynuowane milczenie Kościoła.

Warto zastanowić się, dlaczego nawet kraj Papieża Jana Pawła II, twórcy teologii ciała, tak słabo rozumie przesłanie encykliki „Humanae vitae” skierowanej przecież nie tylko do ludzi wierzących, ale do wszystkich ludzi dobrej woli. Była ona powtórzeniem niezmiennego nauczania o wymogu poszanowania dla ludzkiej godności przy przekazywaniu ludzkiego życia. W niczym nie rozmijała się z nauczaniem poprzedniego Papieża, Jana XXIII, w jego encyklice

„Mater et magistra” z 1961 roku: „Przekazywanie życia ludzkiego jest powierzone przez naturę osobowemu i świadomemu aktowi, i jako takie jest poddane najświętszym prawom Bożym, prawom niezmiennym i nienaruszalnym, które wszyscy powinni przyjąć i zachowywać. Nie można więc używać środków ani iść za metodami, które mogą być dozwolone w przekazywaniu życia roślin i zwierząt”. Ponadto „Humanae vitae” dokonała tego powtórzenia w kontekście dużego nacisku na to, jak piękną rzeczą jest miłość małżeńska, jak ważnym zadaniem jest budowanie jedności rodzinnej. Niemniej dyskurs wokół encykliki rzadko dostrzega jej głębię i bogactwo – a zarazem prostotę w obronie znaczeń intymnych gestów w języku miłości.


O języku wyrażającym ludzką miłość


Przy budowaniu więzi między ludźmi najpierw pojawiają się słowa, pojawia się język pisany, język mówiony i wtóruje – niemniej ważny – język gestów, spojrzeń, podanie ręki, dotknięcie dłoni, okazywanie ciepła, uściski, objęcia… Im bliższą więź, czyli im większe, głębsze oddanie wyrażamy, tym staranniej dobieramy wyrazy, tym więcej nas samych w to angażujemy. W tym porządku rzeczy wszystkie wyrazy są ważne. Są urzeczywistnieniem głębokiego dążenia do bycia dla innych i do życia prawdą. To, że dysponujemy możliwością wyrażania naszych najgłębszych dążeń, wiąże się ściśle z naszą ludzką godnością – jest odzwierciedleniem celowości naszego życia.

Ważny jest język mówiony. Jeśli znamy naszą polską historię, powinniśmy wiedzieć, jaką cenę niekiedy warto zapłacić, aby pielęgnować naszą zdolność wyrażania tego, co nosimy w swoich sercach. W czasie rozbiorów nasi dziadkowie pielęgnowali nasz język nawet wówczas, gdy groziło za to zesłanie na Sybir. Częścią naszego dziedzictwa narodowego jest silne poczucie, jak dalece język ogniska rodzinnego kształtuje tożsamość i samoświadomość naszego człowieczeństwa oraz stanowi warunek nie tylko przetrwania, ale też budowania jedności, wolności i wspólnego dobra. Drugą stroną tego poszanowania dla języka jest też duży wstręt do zanieczyszczeń językowych, tzw. półprawd, manipulacji i kłamstwa. Jeśli natomiast postawa szacunku jest właściwa w odniesieniu do języka mówionego, czy tym bardziej nie powinniśmy podobnej postawy pielęgnować w stosunku do języka gestów, języka ciała?

Tymczasem żyjemy w świecie, który w dużej mierze pozbywa się wszelkich norm w postępowaniu z językiem gestów i z ludzkim ciałem. Mamy mieć prawo wszystko z nim czynić i w imię tej wolności poświęcać mamy nasze człowieczeństwo, niekiedy i życie naszych dzieci. Małżeństwom borykającym się z trudnościami życiowymi proponuje się, aby swe ciała po prostu okaleczyli, ubezpłodnili. A tym lepiej ustawionym materialne, lecz mającym trudności z poczęciem dzieci, proponuje się sztuczny rozród. Leczenie przyczyn niepłodności, jakie proponuje na przykład NaProTechnologia, zostało w dużej mierze zastąpione ścieżką postępowania rozpoczynającą od tego, że klinika zaleca mężczyźnie masturbację w celu pozyskania porcji nasienia, stawia potem lekarza-laboranta w roli inseminatora kobiety, a następnie przechodzi w sztuczne tworzenie dzieci na szkle i ich selekcjonowanie, mrożenie, całkowite uprzedmiotowienie. Ostatnio zapowiadane wprowadzenie regulacji dotyczących in vitro miałoby nawet sprawić, że będzie się to odbywało w majestacie prawa, przy ustawowym uznaniu. Ochrona dla ludzkiego życia i godności jego przekazywania staje się niemalże anatemą dla ideologii nieskrępowanej jakimikolwiek normami swobody postępowania w dziedzinie płciowości i prokreacji – czyli w obrębie języka ciała wyzutego już z wszelkich znaczeń, pozbawionego prawdy.

Język ciała ludzkiego ma tymczasem w sobie coś z ogromnie pociągającej tajemnicy. Idzie w parze z dużą, porywającą dynamiką. Literatura światowa, a także współczesne media niewyczerpanie rozpisują się o nim. Natomiast pozostaje zawsze niezmienne to, abyśmy stosowali go jak ludzie, a nie jak bezwolne laboratoryjne zwierzęta. Po pierwsze, w tym języku jesteśmy zawsze albo kobietami, albo mężczyznami. Różnimy się od siebie każdą swoją komórką, dynamiką ruchu, gładkością skóry, dźwiękiem głosu. Budując więzi, wyrażamy to najpierw za sprawą tych gestów, w których najmniej się różnimy: za sprawą wyciągnięcia dłoni, zewnętrznych darów, wspólnego podejmowania wysiłków życiowych. Dążymy jednak dalej – do coraz pełniejszej komunii.

Aż dochodzimy do takich wyrazów bliskości – osadzonych, miejmy nadzieję, na rzeczywistej wspólnocie życia – jakich już innymi zastąpić nie można. Nie trzeba powtarzać, że te części ciała, które najbardziej odróżniają kobiety i mężczyzn, są zarazem organami rozrodczymi – otwierają drogę ludzkiemu rodzicielstwu. Jeśli zachowamy wzgląd na prawdę, jedynie pełne, wzajemne oddanie na życie w kontekście wyłączności, wierności i otwarcia na rodzicielstwo, zostanie wyrażone na drodze ich pobudzenia i zjednoczenia. Jedność cielesna oznaczana w akcie małżeńskim dlatego staje się organiczną jednością (czyli ma swoją własną celowość, jest więcej niż zbiorem dwojga), gdyż właśnie otwiera perspektywę rodzicielstwa. Dlatego ma znaczenie zarówno oblubieńcze, jak i rodzicielskie. Niestety, te same gesty, które temu służą, niekiedy są używane do wyrażania innych rzeczy – na przykład poszukiwania tylko własnych doznań, oznaczania warunkowej bliskości, niepełnego oddania w obawie, aby tylko nie stać się rodzicem, albo przemożnej potrzeby lub bezwolnego przymusu (jak niektórzy twierdzą: „bo inaczej ludzie nie potrafią”). Jest to swoistą katastrofą, bo w odróżnieniu od słów mówionych już tych gestów intymnych innymi wyrazami nie zastąpimy. Okaleczamy wówczas nasze człowieczeństwo w taki sposób, że zatrzymujemy się na porządku relacji użycia, wykorzystania właściwego dla zwierząt, a nie dla ludzi. Dlatego grzechy nieczystości tak uderzają w naszą godność. Nie można się z nimi „układać” – tak jak z językiem mówionym, w którym słowa zdewaluowane można ewentualnie zastąpić nowymi – można jedynie się z nich wycofać. Mają obiektywne znaczenie, nawet jeśli chcemy myśleć inaczej. Grzechy nieczystości, w tym antykoncepcji, potrafią też silnie zniewalać i dlatego potrzebują zdecydowanego odpierania.

Chodzi o to, abyśmy jasno chronili połączenie pomiędzy miłością a płodnością, pomiędzy oznaczaniem jedności a rodzicielstwa – połączenie, jakim się cechuje każde ludzkie, uczciwe, czyste i godne postępowanie w dziedzinie płciowości i prokreacji, czyli w intymnym języku ciała. Wymaga tego w pełni ludzkie traktowanie naszych ciał, czyli elementarne poszanowanie nas samych, jak na przykład w NaProTechnologii. Nawiązują do tego też słowa dokumentu „Donum vitae”: „Wartość moralna wewnętrznego związku istniejącego między dobrami małżeństwa i znaczeniami aktu małżeńskiego opiera się na jedności osoby ludzkiej wynikającej ze złożenia ciała i duszy rozumnej. Małżonkowie wyrażają wobec siebie wzajemną miłość osobową w , który zawiera w sobie wyraźne znaczenie oblubieńcze i rodzicielskie zarazem. Akt małżeński, w którym małżonkowie objawiają sobie wzajemnie dar z siebie, wyraża równocześnie otwartość na dar życia, jest aktem nierozerwalnie cielesnym i duchowym. To właśnie w swoim ciele i poprzez ciało małżonkowie dopełniają małżeństwo i mogą stać się ojcem i matką. Aby uszanować język ciała i jego naturalne bogactwo, jedność małżeńska powinna urzeczywistniać się w szacunku dla otwartości na rodzicielstwo. Zrodzenie osoby ludzkiej powinno być zatem owocem i zwieńczeniem miłości oblubieńczej. (…) Zapłodnienie dokonane poza ciałem małżonków zostaje tym samym pozbawione znaczeń i wartości, które wyrażają się w języku ciała i w zjednoczeniu osób ludzkich”.

Są to sprawy podstawowe w życiu większości ludzi. Im bardziej kontestowane są znaczenia intymnych gestów ciała, tym bardziej musimy dokładać starań, aby chronić ten nasz język miłości od wypaczeń. Staje się to tym pilniejszą potrzebą, im bardziej swoboda postępowania z naszą płciowością i możnością przekazywania życia jest przedkładana nad nasze człowieczeństwo. Dlaczego natomiast nawet w Polsce, w kraju Papieża, od którego inne państwa tak oczekują świadectwa, jesteśmy w tym tak słabi? Czy to jest aż tak trudne, aby mówić o tym, co znaczą gesty języka ciała i szanować te znaczenia? Odpowiedź jest prosta: największą odpowiedzialność ponoszą nie obolałe głosy kontestatorów encykliki odtwarzających stare i niezmienne argumenty, ale ci, którzy w obawie przed oporem świata tak pozbawionego prawdy o ludzkiej miłości… mogliby mówić, lecz boją się i milczą.


Nadzieja na nowy rok


Pozostaje mieć nadzieję, że przypomnienie nauczania „Humanae vitae” wywołane z jednej strony zapaścią demograficzną, a z drugiej strony rządowymi planami wsparcia dla in vitro, przy pomocy nowego dokumentu Kongregacji Nauki Wiary „Dignitas personae” dotyczącej niektórych problemów bioetycznych i nowo powstających ośrodków NaProTechnologii stanie się punktem zwrotnym i zmieni ten stan rzeczy. Postawa ludzi zaangażowanych w udostępnianie metody NaProTechnologii wskazuje na to, iż taka praca jest możliwa. Moim noworocznym życzeniem jest to, abyśmy już nie potrzebowali kolejnych długich lat ludzkich nieszczęść, kolejnych lodówek zapełnionych dziećmi, aby dojrzeć do tej pilnej potrzeby troski o czystość języka ciała, o prawdziwość i wyłączność języka miłości. Obyśmy też coraz lepiej tę troskę umieli wyrażać.

Maria Środoń, dyrektor wykonawczy fundacji MaterCare

drukuj