Adoptowali dzieci i są szczęśliwi

W prasie, telewizji i radiu wiele mówi się o niechcianych dzieciach, o in vitro, aborcji, antykoncepcji. Rzadziej jednak wspomina się o ludziach, którzy chcieliby mieć dzieci, a nie mogą… Problem bezpłodności dotyka coraz więcej rodzin, które przeżywają to jako dramat. Wielu ludzi decyduje się wtedy na otwarcie serca, na przyjęcie pod dach dziecka, które czeka na miłość. Czasem po takiej decyzji Bóg otwiera łono matek i wzbudza w nich nowe życie. Takich przykładów nie brakuje. Przyjęcie życia zawsze rodzi błogosławione skutki…


Dar od Boga


Pani Halina i pan Jan bardzo kochali dzieci. Ich małżeńskie życie jednak tak się toczyło, że nie mieli swojego potomstwa. Właściwie od strony medycznej wydawało się, że nie ma żadnych przeszkód, a jednak dziecko nie pojawiało się.

– Pewnego wieczoru powiedziałam do męża: „Kochanie, na razie nie możemy być rodzicami biologicznymi, ale przecież nikt nie zabronił nam pokochać i przyjąć inne dzieci”. Mąż jakby na to czekał. Powiedział, że także o tym myślał, ale bał się, że jeszcze nie dojrzałam do takiej decyzji… Postanowiliśmy więc zaadoptować dziecko, choć bardzo baliśmy się reakcji dalszej rodziny – rozpoczyna swoją opowieść pani Halina.

I tak się stało. Po kilku dniach małżonkowie udali się do ośrodka adopcyjnego, zgłosili swoją gotowość do przyjęcia dziecka, złożyli stosowne dokumenty. Kiedy ukończyli szkolenie, czekali już tylko na wiadomość o dziecku. – Czułam się, jakbym była w ciąży. Czekałam. Tego dnia nie zapomnę chyba nigdy – zadzwonił telefon i usłyszałam, że czeka na nas nie jedno, ale dwoje dzieci: dwuletnia Agatka i jej starszy – czteroletni brat Adaś. Okazało się, że dzieci są sierotami i czekają na rodziców. Właściwie nie zastanawiałam się wcale. Czekałam na dziecko, a teraz otrzymywałam dwoje. Zadzwoniłam do męża i pojechaliśmy do domu dziecka. To były niezapomniane chwile – opowiada kobieta.

Od tej pory życie małżonków nabrało innego rytmu, innego sensu. Już nie żyli tylko dla siebie…

Po dwóch latach wspólnego życia pani Halina zorientowała się, że w swoim łonie nosi dzieciątko. – Moje zdziwienie nie miało granic, gdyż stało się to w momencie, kiedy pogodziłam się już z tym, że nie będę mamą biologiczną! Całe dziewięć miesięcy przebiegło bez żadnych komplikacji, a Agatka i Adaś cieszyli się, że będą mieć jeszcze siostrzyczkę albo braciszka. Czułam, że jest to dar od Boga, prezent za to, że otworzyliśmy się na życie i podarowaliśmy nasz dom innym, że staliśmy się rodzicami. Po Marysi potem przyszedł na świat Tymoteusz. Tak więc dziś mamy czworo dzieci. Wszystkie bardzo kochamy i dziękujemy za nie Panu Bogu – podkreślają małżonkowie.


Służą życiu


Pani Jolanta ze Śląska zawsze chciała mieć dużą rodzinę. Kiedy wyszła za mąż, od razu zapragnęła zrealizować swoje marzenie. I tak na świat przyszli: Grzegorz, Krystian i Joasia. Rodzinie powodziło się bardzo dobrze, dzięki prestiżowej pracy głowy rodziny. – Mieliśmy dom, dobry, modny samochód, komputer itd…. Nie brakowało nam niczego. Wtedy zobaczyłam w telewizji program o rodzinach zastępczych i pomyślałam, że właśnie w ten sposób mogę zrealizować swoje marzenia o dużej rodzinie. Powiedziałam o tym mężowi, a on – człowiek bardzo otwarty na życie – zgodził się na mój pomysł. Dzieci także nie miały nic przeciwko. I tak po skończeniu kursu zostaliśmy nie tylko rodzicami biologicznymi, ale także zastępczymi. Pod swój dach przyjęliśmy czworo dzieci – opowiada pani Jolanta.

Prowadzenie tak dużej rodziny nie jest proste, ale z Bożą pomocą małżonkowie sobie radzili. Nie wiedzieli jednak, co ich czeka. Nagle okazało się, że muszą oddać jedno dziecko – dwuletnią Kasię, gdyż pojawiła się jej biologiczna mama. Z wielkim bólem i strachem o szczęście dziecka musieli oddać dziewczynkę. Na dwa lata słuch o Kasi zaginął. Któregoś dnia jednak telefon zadzwonił. Okazało się, że Kasia po raz kolejny została porzucona przez matkę… Tym razem jednak – na szczęście – matka zrzekła się praw rodzicielskich do dziewczynki. To otworzyło Kasi drogę do adopcji. – Wiedzieliśmy, co to dziecko przeżyło już w swoim krótkim życiu. Chcieliśmy oszczędzić jej kolejnych zmian, przygód. Czuliśmy, że nas zaakceptowała i pokochała. Tak więc zaadoptowaliśmy naszą córeczkę. Po jej powtórnym przyjściu do nas widzieliśmy, jak bardzo była zaniedbana przez ostatnie dwa lata. Otoczona miłością, szybko nadrabiała braki i cieszyła się każdą chwilą. A nasze serca radowały się – opowiadają małżonkowie.

Pani Jolanta wciąż jednak była niespełnioną mamą. – Bóg nam pobłogosławił. Trzy lata temu urodziłam Krzysia. Teraz już nie mieścimy się do samochodu i musimy chyba kupić busa, by razem wyjechać na wakacje. Kocham jednak swoje życie. Mój mąż także jest zadowolony i chyba czuje się zrealizowany. Tylko nie ma czasu jak inni jego koledzy, by przeczytać gazetę, posiedzieć przy komputerze, bo zawsze ktoś coś chce od niego – śmieje się pani Jolanta.


Wybrali szczęście


Kiedy patrzy się na tę rodzinę, nie sposób zapytać nawet, czy są szczęśliwi. To szczęście po prostu z nich tryska.

Pani Anna i Wacław, małżonkowie z Krakowa, bardzo pragnęli mieć dziecko. – Zaczęliśmy się o nie starać trzy lata po ślubie, choć wcześniej nie wykluczaliśmy, że się pojawi. Po roku zaczęliśmy się niepokoić, szukaliśmy przyczyn medycznych takiej sytuacji. Lekarze zaproponowali nam różne badania. Okazało się, że jestem bezpłodna. To był dla mnie szok. Długo płakałam. Wydawało mi się, że już nigdy nie będę szczęśliwa i nie dam szczęścia mojemu małżonkowi. Straciłam sens życia, zdawało mi się, że jestem nic nie warta. Wacek ze łzami w oczach mnie pocieszał, zapewniał, że jeszcze będziemy szczęśliwi. Klękałam do modlitwy i krzyczałam: „Dlaczego? Dlaczego, Boże, mnie to spotyka? Przecież tak bardzo kocham dzieci” – opowiada pani Anna. Lekarze proponowali im różne możliwości (inseminację, in vitro), ale kiedy sprawdzili, że są one niezgodne z ich wiarą, z ich światopoglądem, świadomie je odrzucili.

To był bardzo trudny czas dla małżonków, bardzo cierpieli. – Byłem bezsilny, żona niemal co wieczór płakała, a ja nie umiałem jej pocieszyć. Któregoś wieczoru siedzieliśmy przed telewizorem i zobaczyliśmy program o dzieciach, które czekają na rodziców. Dotarło do nas, że one czekają na miłość. I nagle usłyszałem gdzieś głęboko w sobie: „Przyjmijcie dziecko…”. Popatrzyłem na żonę i powtórzyłem te słowa: „Przyjmijmy dziecko”. Żona przytuliła się do mnie i powiedziała: „Przyjmijmy dziecko”. Tylko tyle – wspomina pan Wacław.

Potem wszystko potoczyło się zgodnie z planem – małżonkowie udali się do ośrodka adopcyjnego, ukończyli wymagany kurs, złożyli dokumenty i… czekali na swoją kolej.

– Nagle minęła rozpacz, łzy, a powrócił spokój. Czułam, że robimy to, co jest zgodne z wolą Bożą. Błogosławiony czas pokoju, czas czekania na dziecko. I doczekaliśmy się. Dzień, kiedy w naszym domu pojawiła się Martynka, pozostanie na zawsze w pamięci. W pierwszym dniu moja córeczka zapytała, czy zawsze z nią będę. Powiedziałam jej, że bardzo ją kocham i to nigdy się nie zmieni.

Pokochałam ją od pierwszych sekund, a myślę, że tak naprawdę kochałam ją od zawsze. Bo zawsze na nią czekałam. Maleńka także nas pokochała. Tak jakby od zawsze była z nami… – opowiada pani Anna.

Po jakimś czasie zadzwoniła do małżonków pani z ośrodka adopcyjnego. Powiedziała, że właśnie urodził się braciszek Martynki, a jego mama, kobieta w bardzo ciężkiej sytuacji, zrzekła się do niego praw rodzicielskich. – Pani z ośrodka zapytała, czy nie chcielibyśmy, żeby Martynka miała rodzeństwo. Chcieliśmy… I tak pod naszym dachem zamieszkał Karolek. Jesteśmy naprawdę szczęśliwymi rodzicami – podkreśla pani Anna.


Małgorzata Pabis
drukuj