Czego miłością nazwać nie można
Zostałem poproszony, by odpowiedzieć na pytanie: Czego miłością w małżeństwie nazwać nie można? Niemożliwym jest stworzenie pełnej listy czynów, postaw, zachowań i wzajemnych odniesień, które w małżeństwie miłością nie są. Postanowiłem więc sformułować zasadę-klucz, za pomocą której można będzie rozpoznać, co konkretnie jest zgodne z miłością małżeńską, a co jest z nią sprzeczne.
Nie da się przeprowadzić sensownych rozważań (bezsensownych jest dość w różnego rodzaju pismach) bez jednoznacznego zdefiniowania pojęcia miłości małżeńskiej.
Świat bardzo ochoczo (m.in. przez określone media) posługuje się słowem „miłość”, używając tego określenia na usprawiedliwienie najgorszych nawet niegodziwości. Tak więc w imię „miłości” mąż zostawia żonę z dziećmi albo (coraz częściej) żona męża. Rozwiedzeni bez zmrużenia oka mówią, że oboje bardzo „kochają” osierocone przez siebie dzieci. Twierdzą, że rozwiedli się z „miłości” do dzieci, by nie oglądały piekła relacji między rodzicami. Aktorka, zawierając siódme małżeństwo, tym razem z „naprawdę wielkiej miłości”, zastanawia się, czy ze swoim nowym małżonkiem ustanowią rekord i ich „miłość” przetrwa całe… dwa lata. Reżyser za przejaw „wielkiej miłości” nazywa wierność wszystkim swoim dotychczasowym żonom. Chłopak żąda od dziewczyny dowodu „miłości”, szantażując, że jeśli owego dowodu nie otrzyma, to ją porzuci. Również w imię „miłości” po kilkugodzinnej znajomości w dyskotece para młodych ludzi idzie razem do łóżka. „Kochaniem” określa się współżycie dowolnej pary w dowolnej konfiguracji, bez względu na stan ich znajomości, więzi i wzajemnej przynależności. Nie zdziwię się, gdy któregoś dnia przeczytamy w gazecie: gwałciciel „kochał się” z ofiarą, a potem ją zamordował… Efekt tego „kochania się” – poczęte dziecko – jest przeszkodą w „miłości”. Należy się go „wystrzegać”, „zabezpieczać” przed nim, a jeśli się mimo wszystko pocznie, trzeba je „usunąć”. W wielu „cywilizowanych” krajach wystarczającym pretekstem do „usunięcia ciąży” jest widzimisię jednego z rodziców. W Polsce, by wszystko odbyło się „legalnie” i na koszt podatników, trzeba udowodnić dziecku „winę”, tj. że: poczęło się z gwałtu, zagraża zdrowiu lub życiu matki albo że jest chore. Podobno ludzie zabijający własne poczęte dzieci kierują się „miłością”, by uchronić je przed okrutnym losem, jaki je czeka. Słyszałem nawet taką argumentację za aborcją, że matka tak bardzo „kocha” swoje poczęte dziecko, iż nie może się zgodzić (z „miłości” oczywiście!), by tak strasznie cierpiało w czasie porodu (sic!). Myślę, że wystarczy cytowania bełkotu ze słowem „miłość” na sztandarach.
Bardzo ważne i brzemienne w złe skutki jest powszechne mylenie „miłości” z „uczuciami”. Młode dziewczę rozbudzone uczucia nazywa „wielką miłością”. W imię „miłości” zgadza się na wszystkie żądania sprytnego napędzacza uczuć i cierpi za swą naiwność przez całe życie. Bardziej lub mniej, w zależności od tego, jak potoczą się losy tej „miłości”. W dużej mierze zależy to od zwykłego poczucia przyzwoitości chłopaka, o które niestety coraz trudniej. Z drugiej strony, dojrzała (przynajmniej w latach) kobieta, nie mogąc znieść udręczenia uczuciowego w małżeństwie, stwierdza: odchodzę, bo już męża nie kocham. Tymczasem w myśl prawdziwej definicji miłości żona, troszcząc się o dobro męża, w rzeczywistości go kocha. Łatwiej jest jednak uzdrowić uczucia, niż zmusić kogoś lub siebie do kochania). Jak często mąż, w którym silne uczucia wywołała inna (niż żona) kobieta, nazywa je „miłością” i odchodzi. Czasem to uczucie wywołuje jej zachwyt dla jego mądrości, męskości, a czasem jest to zwykłe niekontrolowane pobudzenie seksualne. Odchodzi, krzywdząc żonę, dzieci, także siebie, z czego najczęściej nie zdaje sobie sprawy.
Czymże jest zatem miłość prawdziwa?
Pięknych i trafnych definicji i opisów można znaleźć wiele. Najpełniejszy znajdziemy w „Hymnie o miłości” św. Pawła. Posłużę się jednak definicją wypowiadaną niejednokrotnie przez Ojca Świętego Jana Pawła II: „Człowiek w pełni nie może się odnaleźć inaczej, jak tylko przez bezinteresowny dar z siebie samego”. To zdanie jest mi szczególnie bliskie, ponieważ poza piękną definicją miłości ukazuje jej wagę w życiu każdego człowieka. To stwierdzenie oznacza, że człowiek nie może być szczęśliwy bez miłości. Nasuwa się tu skojarzenie ze słowami św. Pawła: „…a miłości byś nie miał, byłbyś jak cymbał”. Myślę, że wielu w dzisiejszym świecie postępuje właśnie tak, jak biblijne cymbały, i jeszcze się tym chełpi. Biedni, oby zdążyli się nawrócić do Miłości Prawdziwej przed śmiercią (by po śmierci się nadto nie zdziwili). Tak więc jedyną drogą do prawdziwego (i wiecznego) szczęścia jest Miłość Prawdziwa.
Definicja miłości jako „bezinteresownego daru z siebie samego” jest precyzyjna, obnaża wszelkie próby nadużyć. By tak miłować, trzeba zapanować nad swoim egoizmem, by wrodzoną chęć brania przekształcić w gotowość altruistycznego dawania. Można to osiągnąć na drodze trudu samowychowania. Jedyną znaną mi skuteczną drogą własnego rozwoju jest podjęcie bezinteresownych czynów miłości i wsparcie działań własnych łaską sakramentalną. Można w ten sposób dążyć do pełnej wolności od swego egoizmu. Pełna wolność człowieka objawia się tym, że w każdej sytuacji życiowej (bez względu na pobudzenia wewnętrzne i naciski, a nawet groźby zewnętrzne) wybiera dobro, a odrzuca zło. W skrajnych wypadkach nawet za cenę własnego życia. Jeżeli człowiek w pełni wolny przyjmuje właściwą, tj. Bożą, hierarchię wartości, to jest to człowiek święty i zarazem dojrzały do przeżycia najpiękniejszej i rodzącej największe szczęście miłości (już tu na ziemi). Problem w tym, że wielu ludzi nie podjęło nigdy nawet myśli o samowychowaniu i hołdują ideom „używania świata” przez niczym nieograniczone, hedonistyczne zażywanie przyjemności. Pozostają oni niedorozwinięci i zasklepieni w swej egoistycznej chęci brania. Jednocześnie pragną (zupełnie wbrew logice) zażywać owoców miłości, do której nie są zdolni, bo ewidentnie do niej nie dorośli. Ludzie tacy zwykle nazywają „miłością” działania seksualne i szybko zmieniają kolejnych partnerów jako niezdatnych do ich „wizji miłości”. Zwykle nie zdają sobie sprawy, że przyczyną niemożności zbudowania relacji miłości są oni sami, więc obwiniają za to wszystkich dookoła. Jest na świecie sprawiedliwość: tylko ci, którzy podjęli trud pracy, mogą cieszyć się dobrymi owocami. Nikt, kto nie pokonał w sobie choćby w elementarnym wymiarze egoizmu, nie jest w stanie skosztować owoców miłości. Są one dla niego niedostępne. Zauważmy jeszcze, że postawę miłości, rozumianą jako troska o dobro drugiego, człowiek wolny może sobie narzucić. W ostateczności nawet, gdy ten drugi jest… nieprzyjacielem. Oczywiście troska o dobro nie ma nic wspólnego z pochwałą złego postępowania, jest raczej troską o zejście ze złych dróg, troską o nawrócenie nieprzyjaciela ku Dobru.
Zbudujmy na skale
Celem małżeństwa jest wspólna droga do świętości przez budowę komunii osób na wzór Komunii Osób Boskich (Jan Paweł II). A zatem podstawowym celem małżeństwa jest też wspieranie się we wzroście ku świętości przez, jakże trudną, budowę więzi dwojga odrębnych osób. Właśnie ta więź – komunia – powinna być przedmiotem największej troski małżonków. Piękna więź, głębia relacji małżonków daje im samym pełnię szczęścia, a dzieciom stwarza najlepszy klimat wzrostu ku pełni człowieczeństwa, ku umiejętności ofiarnego kochania. Wszystko zatem co narusza tę więź lub choćby naraża ją na szwank, nie zasługuje na miano miłości, choćby wynikało z najlepszych intencji. Przykładowo, uzgodnione wspólnie rozstanie i długotrwały wyjazd zarobkowy jednego z małżonków, jeżeli nie jest on życiową koniecznością, a wynika tylko ze słusznej nawet chęci poprawienia sobie bytu, nie zasługuje na miano czynu miłości. Dlatego że powszechnie wiadomo (i jest to potwierdzone licznymi badaniami), iż długotrwałe rozstania niekorzystnie wpływają na więź małżonków. Kłóci się z miłością małżeńską stawianie jakiegokolwiek (niekoniecznego) dobra ponad jedność małżeńską. I kwalifikacji czynów nie zmienia nawet fakt doskonałej wierności obojga i bardzo uczciwej i pełnej poświęcenia pracy wyjeżdżającego. Dopiero prawdziwa konieczność życiowa – zarobek na utrzymanie czy konieczne lekarstwa – usprawiedliwia rozstanie. Usprawiedliwia, lecz nie czyni go dobrym. Rozstanie długotrwałe zawsze jest złem (dla więzi), choć bywa złem (czy precyzyjniej: kosztem) koniecznym i podejmowanym z miłości. Przytoczyłem ten trudny przykład, ponieważ w ostatnich czasach stał się on dylematem wielu małżeństw. Oby decyzje małżonków były mądre i podejmowane z rozmysłem w duchu miłości.
Wszystko, co określa miłość w ogóle, dotyczy jednocześnie miłości małżeńskiej. Jednak miłość małżeńska to coś więcej. Jest specjalną miłością posiadającą swą niepowtarzalną specyfikę. Wyróżnia się tym spośród wszystkich innych miłości, że jest miłością dozgonną i tylko jako taka ma sens. Dozgonności domaga się funkcja wychowania dzieci i konieczność dania im świadectwa trwałości i wierności do końca. Drugim wyróżnikiem miłości małżeńskiej jest jej sakramentalność. Dla wierzącego jest to sprawa fundamentalna. Ja ze swej strony mogę zaświadczyć, że nie spotkałem małżeństwa, które mocno zakorzeniło się w Bogu i skończyło się rozwodem. Nie spotkałem i nie spotkam! Mamy wszak obietnicę, że dom zbudowany na skale (a skałą jest Chrystus), mimo że uderzą weń wichry i nawałnice, ostoi się. Wreszcie trzecim wyróżnikiem miłości małżeńskiej jest zaangażowanie płciowe. Tylko małżeństwo jest właściwym terenem do przekazywania życia w miłości. Bez względu na to, jak ludzie nazwą współżycie płciowe poza małżeństwem, zawsze jest cudzołóstwem, działaniem sprzecznym z planem Stwórcy, a więc z naturą człowieka. Zawsze degraduje tak działające osoby i zawsze niszczy ich więź. Nigdy nie zasługuje na miano miłości.
Miłość małżeńska posiada charakterystyczne cechy. Papież Paweł VI, wymieniając je w „Humanae vitae”, (1968) stwierdza, iż miłość małżeńska jest ludzka, pełna, wierna, wyłączna i płodna. Ludzka oznacza jej wymiar cielesny i duchowy; jest pełna, gdyż obejmuje całe życie i wszystkie jego dziedziny; jest wierna i wyłączna, czyli taka, jak ją rozumieli w dniu ślubu, skierowana na osobę, której składamy przysięgę małżeńską; jest również płodna nie tylko ze względu na roztropne i wielkoduszne przekazanie życia dzieciom, ale też płodna przez apostolstwo, emanowanie dobrem.
Można ogólnie odpowiedzieć, że wszystko, co sprzeczne jest z opisanymi wyżej zasadami, nie jest miłością małżeńską.
Miłość większa niż wczoraj…
Myślę, że warto jeszcze w kilku zdaniach skonkretyzować rozważania na przykładach najczęściej i najdrastyczniej naruszających miłość małżeńską. Bardzo wrażliwa i delikatna jest sfera intymności małżeńskiej. Tutaj bardzo łatwo o zamieszanie co miłością jest, a czego tym mianem określić nie można. Jakiekolwiek przymuszanie do współżycia, ale też odmawianie go bez istotnego powodu, są sprzeczne z miłością małżeńską. Również lęk przed dzieckiem objawiający się niegodnym człowieka sięganiem po antykoncepcję, środki poronne czy aborcję jest sprzeczny z miłością i drastycznie niszczący więź małżeńską i uprzedmiotawia samych małżonków. Realizacja planów prokreacyjnych powinna być oparta o rozum i wolę, co ułatwiają tzw. metody naturalne, lecz ostatecznie małżeństwo zawsze powinna charakteryzować postawa otwarcia na życie poczęte, nawet to niezaplanowane.
Drugą dziedziną niezmiernie ważną dla budowy więzi jest wspólnota życia. Sprzeczne z miłością małżeńską jest jakiekolwiek oddzielanie, to jest moje, a to twoje. Dotyczy to przede wszystkim sfery materialnej: moje mieszkanie, mój samochód, moja pensja czy w końcu rozdzielność majątkowa. Zapominamy, że małżeństwo jest wspólnotą, a rzeczy materialne służą małżonkom do budowania wspólnego dobra.
Trzecią sprawą jest niezwykle delikatny i drażliwy problem teściów. Niewypełnianie przykazania czci własnych rodziców i utrudnianie czci współmałżonkowi przez niechęć do teściów jest sprzeczne z miłością małżeńską i bardzo głęboko raniące. Wręcz uniemożliwiające budowę prawdziwej komunii małżeńskiej.
I wreszcie sprawa najdelikatniejsza: życie duchowe. Tu też potrzebna jest komunikacja i wzajemne ubogacanie, wspieranie, zachęcanie. Jeżeli jeden z małżonków uważa siebie za lepszego w tym względzie i nie próbuje podciągać drugiego albo nawet nim pogardza, to też nie ma nic wspólnego z prawdziwą miłością małżeńską.
Na koniec chciałbym dodać, że w małżeństwie niezwykle destrukcyjna jest postawa: „już taki jestem”. Stwierdzenie to jest niegodne człowieka. Miłość prawdziwa stale się rozwija. Życzę wszystkim Czytelnikom, by ich miłość dziś była większa niż wczoraj, ale mniejsza niż jutro.
Jacek Pulikowski
