Chcę dać ludziom dobrą piosenkę

Z piosenkarzem, kompozytorem, choreografem i satyrykiem, magistrem inżynierem melioracji wodnych Andrzejem Rosiewiczem rozmawia Mariusz Bober

Jak to się stało, że student Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, a potem inżynier melioracji wodnych został znanym piosenkarzem estradowym?

– Melioracja wodna przyszła mi do głowy po zdaniu matury. Zainteresowania muzyczne zaczęły się od tego, że nauczycielka gimnastyki w szkole podstawowej, chyba w II klasie, zauważyła u mnie poczucie rytmu, muzykalność albo zdolności ruchowe. Porozmawiała z moją mamą i zasugerowała jej, by zapisała mnie do zespołu tańca „Dzieci Warszawy”. Mama zaakceptowała ten pomysł i zaprowadziła mnie na zajęcia. Bardzo wiele się tam nauczyłem. Zespół ten był prowadzony na naprawdę wysokim poziomie. Podstawowe wyszkolenie, jakie tam przeszliśmy, było podobne do tego w szkole baletowej. Zajęcia te prowadziła pani Eugenia Poredo, przedwojenna tancerka z Teatru Wielkiego, a samego tańca uczyła nas primabalerina Opery Lwowskiej pani Natalia Nowakowska. Tańczyliśmy tańce ludowe, m.in. kurpiowskie, kaszubskie, krakowskie, a także tańce innych „zaprzyjaźnionych państw ludowych”. Ja np. śpiewałem i tańczyłem taniec chiński, być może ze względu na urodę… Mam nadzieję, że to jeszcze zaowocuje w przyszłości. Często podczas tańca również śpiewaliśmy, a przy wykonywaniu tańców chińskich musieliśmy śpiewać po chińsku. Duże wrażenie wywarło na mnie nagranie właśnie z tego występu, które zobaczyłem w telewizji (wówczas przez szybę sklepową, bo nie mieliśmy jeszcze telewizora), a potem odsłuchanie własnego śpiewu, zarejestrowane przez ojca, który pracował w Polskim Radiu.


Czyli to właśnie udział w zespole „Dzieci Warszawy” przesądził o tym, co Pan będzie robił w życiu?


– Dał mi podstawy do tego, co miałem robić później. W zespole tym tańczyłem przez 10 lat. Występowaliśmy nawet w Sali Kongresowej, poprzedzając występy zespołu „Mazowsze”. Później, gdy uczęszczałem już do 9. klasy liceum im. Tadeusza Rejtana, nauczyciel od fizyki założył kółko gitarowe. Zacząłem na nie uczęszczać, tym bardziej że już wcześniej miałem ciągoty artystyczne, a rodzice także byli muzykalni. Mama Irena ładnie śpiewała, a tata Wacław grał na pianinie i akordeonie. Ponadto już wtedy ujawniły się u mnie nowe zdolności. Pamiętam, jak podczas Świąt Bożego Narodzenia jako nastolatek ułożyłem wierszowane życzenia. To wydarzenie, ten nastrój świąteczny zainspirował mnie do pierwszego wiersza o świętach, który niestety później zaginął. Jednak gdy przyszła matura, zdecydowałem się na studia w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.


Dlaczego? Nie chciał Pan rozwijać zainteresowań muzycznych?


– Zawód artysty był wtedy dość niepewny, niestabilny. Zapadła więc decyzja, bym zdobył zawód inżyniera, bardzo szanowany przed wojną. W tym czasie kuzyn studiował na Politechnice Warszawskiej inżynierię sanitarną, co dawało pewne stanowisko pracy, i zachęcał mnie do pójścia na ten kierunek. Jednak nie byłem wtedy orłem w nauce, tym bardziej że miałem dodatkowe zainteresowanie, mianowicie sport. Po latach, na zjeździe absolwentów liceum im. Rejtana żartowałem, że miałem dwóję z biologii, dwóję z łaciny, ale piątkę z gimnastyki.


Jakie dyscypliny sportowe Pana zafascynowały?


– Uprawiałem piłkę nożną i lekkoatletykę, m.in. skok w dal i wzwyż. Byłem nawet mistrzem warszawskich szkół średnich juniorów w tych dyscyplinach. Ostatnio jeden ze znajomych skwitował to krótko: „Zawsze lubił podskakiwać…”.


Jednak zamiłowanie do muzyki okazało się ważniejsze i od melioracji wodnych, i od sportu?


– Przez cały okres studiów dręczył mnie temat muzyki. Zapisałem się więc do szkoły muzycznej na śpiew solowy, do której uczęszczałem przez 5 lat. Studia dawały szansę młodym ludziom zaprezentowania swoich zdolności, zarówno sportowych, jak i muzycznych. Swoje umiejętności pokazywałem m.in. w Klubie Studenckim Politechniki Warszawskiej „Stodoła” oraz w Klubie Medyka na Kiermaszach Piosenki Studenckiej. W tym czasie zacząłem pisać piosenki, niekiedy satyryczne, i często udawało mi się wywołać śmiech, zwłaszcza tej inteligentnej, bardzo dobrej publiczności studenckiej. Występowałem wtedy z jazzowymi zespołami: Old Timers, a potem z Asocjacją Hagaw. W międzyczasie w 1968 r. wyjechałem turystycznie do Londynu, gdzie spędziłem rok. Śpiewałem wtedy w żydowsko-rosyjskiej restauracji o nazwie „Borsch and tears” (Barszcz i łzy) w eleganckiej dzielnicy miasta. Pewnego dnia otrzymałem propozycję nagrania płyty z rosyjskimi piosenkami. Zebrałem znajomych miejscowych muzyków reprezentujących różne narodowości – Polaków, Ukraińców, Rosjan, a także jednego Żyda. Dołączył do nas nawet Patrick O’Neil, syn ówczesnego premiera Irlandii, świetnie grający na bałałajce. Tytuł płyty brzmiał: „Cossack’s Song’s by Andrzej and his friends” („Pieśni kozackie śpiewane przez Andrzeja i jego przyjaciół”). Po powrocie do kraju ostatecznie rozstałem się z melioracją wodną. Przyczynił się do tego także znajomy z SGGW, doc. Jan Skibiński, dla którego pracowałem przez pół roku, przed wyjazdem do Londynu, w Katedrze Budownictwa Wodnego. Po moim powrocie do Polski doc. Skibiński powiedział mi w życzliwy, delikatny sposób, że może lepiej byłoby, gdybym jednak zajął się muzyką.


Rodzice nie mieli Panu za złe zmiany zajęcia i porzucenia statecznego zawodu inżyniera?


– Nie było żadnych nacisków ze strony rodziców. Cieszyli się nawet, gdy zacząłem częściej występować i odnosić sukcesy. Poza tym musiałem się na coś zdecydować, bo jeśli człowiek zajmuje się naraz wieloma rzeczami, to w końcu okazuje się, że niczego tak naprawdę nie umie.


Jednak mówią o Panu: człowiek orkiestra – sam pisze, komponuje, śpiewa, tańczy. Jak Pan to wszystko godzi?


– Z trudnością, ale z przyjemnością, bo jest to moja pasja. Tak jak wspomniałem, bardzo dużo zawdzięczam zespołowi „Dzieci Warszawy”. Tam nauczyłem się tańczyć. Konsekwentnie jednak rozwijałem moje zainteresowania. W szkole muzycznej kształciłem głos w klasie śpiewu solowego pani prof. Marii Czekotowskiej. Wiele czasu poświęcałem też na pisanie tekstów piosenek.


Co Pana inspirowało do ich pisania?


– Nie uwierzy pan – życie. Tak wielu ludzi w historii ludzkości powiedziało już tak wiele, a jednak nie powiedziało wszystkiego, zwłaszcza że życie przynosi ciągle nowe wydarzenia. Nikt np. nie nagrał całej płyty o wojnie w Iraku tak jak ja. Ma ona wymowę jednoznacznie antywojenną, ponieważ uważam, że ta wojna została wywołana na zamówienie amerykańskich kręgów militarystycznych i że nie chodziło tam o demokrację, tylko o ropę. Dlatego z przykrością słucham przemówień, jak to pięknie nasze wojsko spełniło misję pokojową w Iraku. Według mnie, zostaliśmy kolejny raz wykorzystani przez Amerykanów. Jednocześnie drażni moją dumę narodową służalczość naszych elit politycznych w stosunku do Stanów Zjednoczonych. I co pan na to? Ma pan jeszcze jakieś pytania, oficerze śledczy?


Oczywiście, drogi Stańczyku!


– Dalibóg, zostałem zdemaskowany!

Jak Pan godzi satyrę z komentarzem politycznym i rozrywką?

– Staram się po królewsku.


To znaczy?


– W tym bezkrólewiu czuję się jak sierota, chociaż nadchodzą wiadomości z Londynu, że królowa angielska ma dla mnie jakąś fuchę.


Jaką?


– Tam, na dworze, też jest nie za wesoło. Teraz widzi pan, oficerze, że wielowątkowość moich zainteresowań jest dla mnie bardzo pomocna, ponieważ niezwykle wzbogaca twórczość. Jednak musi być taka „komóra”, która to wszystko kontroluje (nie mylić z telefonem komórkowym). Dlatego częściowo rację ma Jerzy Gruza, gdy mówi, że Andrzej Rosiewicz jest „profesjonalnie nieogarnięty”. Zaczynam jakiś pomysł, nie zdążę go dopracować, a już przychodzi mi do głowy następny. Sprawia to jednak, że wiele pomysłów nie udaje się profesjonalnie dokończyć, choć również wiele udało mi się dopracować. Dlatego mówię, że opinia ta jest częściowo słuszna.


Nie wygląda Pan na pesymistę, a grał Pan w zespole o takiej nazwie…


– W czasie studiów zostałem zaproszony do grania z tym zespołem. Nazwa rzeczywiście nie pasuje do mnie, ale koledzy z zespołu nadali ją z przekory. Zespół powstał bowiem w czasach „radosnej budowy socjalizmu” w Polsce, więc z ich strony to był akt dużej odwagi cywilnej, by nadać grupie taką nazwę. Do dziś korzystam z takiej przekory, np. gdy śpiewam, „zachwycając się” serialami telewizyjnymi. Oceniam je negatywnie, bo sprawiają one, że człowiek nie ma czasu na zajmowanie się swoim realnym życiem.


Skąd wzięło się u Pana to zacięcie satyryczne, widoczne w wielu Pana piosenkach?


– To chyba jest wrodzone. Także mój ojciec i brat Maciek mieli podobną umiejętność. Nie bardzo można się tego nauczyć, trzeba zaś panować nad tym, by żarty, które się przekazuje, były na odpowiednim poziomie. To wymaga ogromnej dyscypliny. Żywot żartu jest krótki, gdy się go opowie, już nie wraca się do niego. Dlatego wykorzystuję je w piosenkach, w których żyją o wiele dłużej. W ten sposób „przetwarzam” np. dowcipy o Baracku Obamie, na podstawie których powstały nowe piosenki, i wkrótce wydam je na płytach.


Kiedy usłyszymy najnowszy krążek?


– Właśnie ukazała się płyta pt. „Orła mi żal”. Pomysł na te piosenki powstał jeszcze podczas stanu wojennego, gdy czołgi wyjechały na ulice, a ludzie byli przygnębieni ówczesną sytuacją. Płytę otwiera tytułowa piosenka „Orła mi żal”, a kończy piękna piosenka o Papieżu „Zostań z nami”. Obecnie inspirujące dla mnie wydarzenie to kampania prezydencka w Ameryce i postać Baracka Obamy, który jest wielką czarną nadzieją białych, a poza tym „Barack naszym przyjacielem jest”, bo w jego żyłach płynie polska krew.


Nowe koncerty też będą?


– Oczywiście. Na najbliższy zapraszam wszystkich już 25 października do Nowego Sącza. Będę śpiewał w hali przy ul. Nadbrzeżnej 34 o godz. 15.00.


Zgodziłby się Pan z opinią, że tworzy Pan komentarze muzyczne, często oceniając aktualne wydarzenia?


– Rzeczywiście rozwijam jakby dwa nurty twórczości, jeden satyryczny, a drugi patriotyczny. Gdy napisałem piosenkę „Wystarczą 4 Ziobra”, wywołało to duże poruszenie w mediach, więc kiedy po dwóch latach Platforma Obywatelska przejęła władzę, zastanawiano się, co teraz Rosiewicz zaśpiewa. Zaśpiewałem więc „Wystarczą 4 Tuski, a (…) będziemy mieli drugą Irlandię…”, i wciąż czekamy na nią, i z Irlandii zaczną powracać rodacy – przecież wrócił już Stokłosa, Krauze i inni „patrioci”.


A co z cudem gospodarczym i drugą Irlandią?


– To były cuda bez gwarancji…


Właściwie od lat 90., w wolnym kraju, rzadziej można było Pana usłyszeć. Dlaczego?


– Zauważyłem w tym czasie, że nikomu nie zależy, by społeczeństwo miało rozrywkę na wysokim poziomie, że zaczęło się coś, co wielu intelektualistów, nie tylko ja, nazywa festiwalem nijakości, a ludziom podaje się bylejakość. Moim zdaniem, w takiej polityce chodzi o to, by ludzi ogłupić i złupić. Napisałem to w piosence „Nikoś”, inspirowanej „Karierą Nikodema Dyzmy”. „Prorok” Wojciech Młynarski ujął to bardzo dosadnie w słowach: „Ludzie to lubią, ludzie to kupią, byle na chama, byle głośno, byle głupio”. Dlatego media nie interesują się takimi ludźmi jak m.in. Młynarski i Rosiewicz. Nie chodzi tu o to, że ja chcę się zaprezentować, ale także o to, że chciałbym dostarczyć ludziom dobrej rozrywki i dać im jednocześnie coś do przemyślenia. Tymczasem „ojcowie naszej kultury” nie myślą o tym. Trochę mi przykro, że niektórzy ludzie, mający wpływ także na publiczne media, również popierają taką politykę, i zarazili się nawet brakiem kultury odpowiadania na składane propozycje, które przekazywałem ostatnim prezesom telewizji publicznej.


Bez efektów?


– Nie chcieli nawet rozmawiać, z wyjątkiem b. prezesa Bronisława Wildsteina, a rozmowa z nim też nie przyniosła żadnych efektów.


To z powodu „cenzury III RP” jest Pan słyszany właściwie tylko w Radiu Maryja i Telewizji Trwam?


– Tak uważam, ta cenzura odstawiła Andrzeja Rosiewicza na bok, a w Toruniu chcą mnie słuchać. Poza tym wątek patriotyczny, który jest podkreślany przez te media, bardziej do nich pasował. W większości mediów nie przebija się dobra polska piosenka. Dlatego cieszyło mnie to, że w Telewizji Trwam pozwalają mi m.in. na takie żarty, jak „Afryka czeka na ojca Rydzyka”. Wpadłem na ten pomysł, gdy gazety zaczęły się rozpisywać, że władze redemptorystów wyślą ojca Tadeusza Rydzyka na misje do Afryki.


Myśli Pan, że taka sytuacja opanowania rynku przez tanią rozrywkę z gatunku byle jakich to efekt jedynie pogoni za zyskiem?


– Myślę, że tak, że chodzi o łatwy pieniądz, bez troski o rozwój widza. Tymczasem powojenna kultura amerykańska tworzyła dzieła, do których ludzie po latach wracają, ponieważ reprezentowała ona pewne wartości. Tam, gdzie wchodzi myśl i talent, ślady zostają na dłużej, a tam, gdzie ich nie ma, wszystko idzie na przemiał. Obecnie nawet teatry i opery przypominają głównie stare sztuki i musicale z Zachodu, ale nikt nie tworzy niczego nowego. A przecież każde pokolenie powinno zostawić coś po sobie. Trzeba pobudzić polskich artystów, by tworzyli nowe, dobre rzeczy, zamiast płacić za jakieś licencje programów ściąganych z Zachodu. Instytucje powołane do tego powinny budować klimat sprzyjający tworzeniu polskiej sztuki i rozrywki. Zapanowała bowiem taka pustka, nad którą boleją ludzie myślący. Zresztą w wielu miejscach w Polsce widać brak dobrego gospodarza i mądrej polityki. Dlatego trzeba naśladować takich ludzi, jak inżynier Eugeniusz Kwiatkowski, budowniczy portu w Gdyni i twórca Centralnego Okręgu Przemysłowego, który tyle dobrego zrobił dla Polski. Takiego Kwiatkowskiego potrzeba także w kulturze.


Wracając do występu podczas wizyty Gorbaczowa na Wawelu – środowisko „Solidarności” nie miało Panu za złe, że śpiewał Pan dla przywódcy Związku Sowieckiego?


– Gdy ktoś mi zarzuca, że nie powinienem spotkać się z Gorbaczowem, bo to I sekretarz KPZR, Rosjanin, itd., odpowiadam, że on chciał przestroić system, który panował wtedy w Rosji. Trzeba było być samobójcą, żeby wówczas jeździć po tym kraju i przekonywać te betony ustrojowe, które całe życie głosiły słuszność socjalizmu, że to nie tak. Przecież na Zachodzie Gorbaczow był niemal na rękach noszony. Ja nie zachwyciłem się nim od razu, jednak uważałem, że zapoczątkował on zdecydowany postęp wobec tego, co było przedtem. Dlatego napisałem tę piosenkę, w połowie po polsku, w połowie po rosyjsku, wspierającą go w tych postępowych działaniach. Gorbaczow zrozumiał to, a gdy schodziłem do niego z płytą po występie, powiedział do mnie po prostu, bezpośrednio: „Andriej, spasiba”. Pieśń ta spodobała się tysiącom Polaków, ale znaleźli się też tacy, którzy mieli na ten temat inne zdanie. Przed moim występem w Chicago kilka osób chodziło z transparentem: „Rosiewicz, pachołek Moskwy”, „Rosiewicz, wynocha z Chicago”, wznosząc hasła: „Czerwoni na koncert”. Jednak gdy następnego dnia przed moim występem w Sali Copernicus Center dołączył do nich mój kolega Alosza Awdiejew z własnym transparentem: „Gorbaczow, ręce precz od Rosiewicza”, zmienili zdanie. Teraz obaj – Gorbaczow i ja – przez kręgi wielkomocarstwowe uważani jesteśmy za zdrajców.

W czasach „Solidarności” występował Pan z wieloma koncertami. Co najbardziej zapamiętał Pan z tamtego okresu?

– Pamiętam, jak w 1981 r. wystąpiłem w Hali Olivii w Gdańsku na Festiwalu Piosenki Zakazanej, na którym rywalizowaliśmy o nagrodę złotego knebla. Zaśpiewałem tam „Pieśń o zachodnich bankierach” oraz „Propagandę sukcesu”. Pamiętam też, jak wcześniej, podczas prób na pustej hali, w pierwszym rzędzie siedział jakiś młodzieniec. Gdy kończyłem śpiewać „Propagandę sukcesu”, pokiwał głową z uznaniem i wyszedł. Był to Jacek Kaczmarski. Uważam go za najwybitniejszego przedstawiciela polskiego nurtu narodowego. Wspaniale wspominam też 20 koncertów, które dałem w namiocie Intersalta w Warszawie. Pofatygowało się na nie w sumie 50 tys. osób. Był październik 1981 roku, dwa miesiące przed wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego. Dookoła namiotu jeździły duże niebieskie samochody, bo to był program w kolorze…

Nic się z nich nie wysypało?

– Nie, ale smutni panowie kiwali przez szybę „palcem sprawiedliwości”…


Grał Pan bigbit, jazz, a nawet disco, choć najbardziej znany jest Pan z piosenki rozrywkowej, a ostatnio także z tej określanej mianem politycznej. Który rodzaj muzyki najbardziej oddaje Pana charakter i poglądy?


– Przygodę z piosenką polityczną zacząłem dopiero w czasach „Solidarności”. Wcześniej zajmowałem się raczej piosenką popularną. Satyra zaś zawsze towarzyszyła moim utworom. Najpierw starałem się po prostu poszerzyć obszar wolności w muzyce, krępowany przez cenzurę, co rozpoczęła właściwie piosenka „Chłopcy radarowcy”, początkowo zakazana przez cenzurę.


Pytano Pana: „Co właściwie Cię tu trzyma?”.


– Sam siebie o to pytałem. Ta piosenka ma bardzo długą historię i długo powstawała. Gdy jeszcze w latach 70. jeździłem z Asocjacją Hagaw do Niemiec i wracaliśmy do Polski, za każdym razem przy przekraczaniu granicy cieszyliśmy się, że wróciliśmy. Odczuwaliśmy wzruszenie, widząc rodzinny krajobraz, drzewa, pola, lasy. Przecież w Niemczech były niby te same drzewa, trawa, niebo. A jednak gdy wracaliśmy do Polski, patrzyliśmy na tę samą przyrodę zupełnie inaczej. Pomyślałem wtedy, że muszę kiedyś opisać to wzruszenie, które na szczęście udziela się większości naszych rodaków. Minęło kilka lat i gdy byłem w Nottingham w Anglii, przypomniałem sobie o tym, wstałem rano, bo wtedy najlepiej mi się pracuje, i szybko napisałem tę piosenkę. Tam również po raz pierwszy zaśpiewałem ją w 1984 r., w czasie, gdy Polacy nie otrząsnęli się jeszcze z traumy [zniesionego rok wcześniej – przyp. red.] stanu wojennego. Zarówno wtedy, jak i dziś wywołuje ona duże wzruszenie wśród publiczności. Niedługo potem napisałem piosenkę „Orła mi żal”. Czekała jednak 20 lat na dokończenie. Brakowało mi ciągle drugiej zwrotki, którą dopiero niedawno napisałem. Piosenka ta otwiera wydaną ostatnio płytę o tym samym tytule. Kończy ją natomiast utwór „Zostań z nami”.


Właśnie. Poświęcił Pan go Papieżowi Janowi Pawłowi II. Co chciał Pan w ten sposób wyrazić?


– Chciałem wyrazić wdzięczność i radość z tego, że wielki Polak Karol Wojtyła został Papieżem. Piosenka powstała w 1987 r. podczas pielgrzymki Ojca Świętego do Polski. Pamiętam, jak przed pożegnaniem Jana Pawła II gen. Wojciech Jaruzelski odbył z Papieżem krótką rozmowę. Niespodziewanie Jaruzelski wyszedł po rozmowie i wydawał się bardzo zdenerwowany. Dlatego piosenka zaczyna się słowami: „Odjechałeś od nas, Ojcze, odpłynąłeś w chmurach, zostawiłeś nas z panami w szarych garniturach. Ty tam sobie do słonecka wysoko, wysoko, a my w dole, tu na ziemi, a my tu z macochą. Zostań z nami…”. Zainspirowany tym wydarzeniem napisałem tę piosenkę.


„Wystarczą 4 Ziobra i Polska będzie dobra”?


– Moim zdaniem, wystarczyłyby, ale widać zaszedł komuś „za ziobro”. Prowadził walkę z układami, które doprowadziły do tego, by nie mógł zrealizować swojej misji poprawienia Polski.


Został Pan już Stańczykiem IV RP (czy IV Stańczykiem RP?), ale ona jest ciągle projektem?


– Ja żyję nadzieją na to, że on jednak będzie zrealizowany.


Co Pan robi, gdy nie śpiewa?


– Tańczę, rozmawiam z ludźmi, zachwycam się przyrodą albo oglądam wydarzenia sportowe. Gdy miałem 11 lat, chciałem mieć 11 synów, aby założyć drużynę piłkarską. Teraz mój syn, który jest w tym wieku, też chciałby założyć drużynę piłki nożnej. Jest zafascynowany tym sportem.


Rodzina śpiewa razem z Panem?


– Od początku chciałem zarazić dzieci miłością do muzyki. Na szczęście udało się. Moja żona Iwona również jest muzykalna, więc coś dzieciom zostało. Mam nadzieję, że będą również dowcipne, bo już zaczynają żartować. Młodszy syn Adam na przykład, kiedy zwróciłem się do niego „Adeusz”, odpowiedział: „Adeusz Pamam”… Ważna jest przy tym także indywidualność. Już próbują śpiewać moje piosenki, ale przerabiają je po swojemu. Zaczynają śpiewać pierwsze zwrotki, ale potem stosują swoje improwizacje i wariacje, itd. Wszystkie chodzą do szkoły muzycznej. Najstarszy syn Jędrzej uczy się grać na fortepianie, młodszy Adam na wiolonczeli, a Irenka, jego bliźniacza siostra, na flecie. I tym muzycznym akcentem moglibyśmy skończyć rozmowę, ale chciałem przywołać jeszcze jedno optymistyczne zdarzenie. Otóż wystąpiłem w zeszłym roku w restauracji hotelu Holiday Inn we Wrocławiu dla publiczności, wśród której było wielu kresowiaków. Występ bardzo się podobał, a na zakończenie publiczność zaśpiewała mi „Sto lat”. Podziękowałem i obiecałem, że do „stówy” będę śpiewał, a potem już tylko tańczył, czego i Państwu życzę.

Dziękuję za rozmowę i życzę, by przynajmniej do „stówy” nie przestał Pan także grać i pisać nowych piosenek.

Płytę „Orła mi żal” można kupić w księgarniach

„Naszego Dziennika” w Warszawie i Krakowie

oraz zamówić w Fundacji „Nasza Przyszłość”

w Szczecinku pod nr. tel. (94) 373 11 60

lub 61, lub 62, wew. 42.

drukuj