A jednak z pozycji siły

Przeniesienie krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego do kaplicy prezydenckiej,
czego dokonano niespodziewanie wczoraj rano, słusznie nazywane jest przez wielu
komentatorów życia publicznego skandalem. I to nie dlatego że krzyż w ogóle
został przeniesiony, ale dlatego że dokonano tego w najgorszy z możliwych
sposobów, dając wyraz najgorszym intencjom.

Sprawę krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego doskonale ujęli księża biskupi w
sierpniowym komunikacie z Jasnej Góry. Precyzyjnie określili ją wówczas jako
problem godnego upamiętnienia ofiar katastrofy smoleńskiej, a nie problem samego
krzyża. Wszak jego obrońcy z Krakowskiego Przedmieścia dlatego rozpoczęli
działania, że prezydent Bronisław Komorowski, jeszcze przed objęciem urzędu,
zapowiedział przeniesienie krzyża i nie wspomniał ani słowem o jakimkolwiek
pomniku czy obelisku w miejscu, gdzie został on postawiony przez harcerzy w
dniach żałoby narodowej. Biskupi, co warto przypominać, wskazali z jednej
strony, że krzyż nie może być zakładnikiem, nie może być środkiem realizacji
nawet najszczytniejszych zadań, ale jednocześnie wyraźnie podkreślili, że
rozwiązaniem problemu krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego może być wyłącznie
uzgodniona ze wszystkimi stronami konfliktu zapowiedź godnego upamiętnienia
ofiar katastrofy z 10 kwietnia.
Dziś z dużą łatwością rządzący powołują się na umowę z harcerzami i Kurią
Metropolitalną Warszawską, zgodnie z którą krzyż miałby zostać przeniesiony do
kościoła św. Anny. To prawda, że taka umowa była, ale faktem jest również, że
ks. abp Kazimierz Nycz podpisał się pod wspomnianym komunikatem z Jasnej Góry, w
którym jednoznacznie mówi się również o dialogu i ustaleniu godnego
upamiętnienia ofiar katastrofy smoleńskiej. O tym drugim, równorzędnym aspekcie
stanowiska Episkopatu, rządzący już nie chcą pamiętać.
Dlaczego? Bo jest dla nich niewygodny, bo nie chcą śladów pamięci prezydenta
Lecha Kaczyńskiego w swoim otoczeniu, bo najchętniej w ogóle wymazaliby go z
pamięci Polaków. Takie postępowanie to droga donikąd, działanie sprzeczne z
polską racją stanu, ponieważ nie zakłada szacunku dla osób pełniących
najważniejsze stanowiska w państwie, a przez to szacunku dla państwa w ogóle.
Obserwując tzw. postępy w śledztwie w sprawie katastrofy smoleńskiej, nie sposób
również pozbyć się wrażenia, że rządzący najchętniej w ogóle zapomnieliby o tej
wielkiej tragedii, która jest wyrazem słabości naszego państwa. I tu znów można
postawić pytanie: dlaczego? Bo ponoszą za tę katastrofę pełną odpowiedzialność
polityczną. Ucieczka od odpowiedzialności, czyli nic innego jak tchórzostwo,
wydaje się przyczyną wszystkich skandalicznych działań prezydenta Komorowskiego,
jego kancelarii i obozu Platformy Obywatelskiej.

Dr Przemysław Czarnek



Autor jest konstytucjonalistą, pracownikiem Katolickiego Uniwersytetu
Lubelskiego Jana Pawła II.

 

———————————–

 


Ewa Błasik, wdowa po gen. Andrzeju Błasiku, dowódcy Sił Powietrznych:


Moją
potrzebą jest odwiedzenie miejsca katastrofy smoleńskiej, żeby tam, gdzie zginął
mój mąż, zatrzymać się na chwilę i pomodlić. Nie ukrywam, że z pewnością będzie
to dla mnie trudne przeżycie. Nie chcę jednak w żadnym razie łączyć pielgrzymki
do Smoleńska ze sprawą gry politycznej krzyżem sprzed Pałacu Prezydenckiego.
Dziś jednak można się domyślać, że nie tyle o tę wspólną wyprawę chodzi, ile o
rozwiązanie problemu z krzyżem.

Z tego względu pod dużym zapytaniem jest moja podróż do Smoleńska,
niewykluczone, że nie wezmę w niej udziału. Nie wiem, komu tak bardzo ten krzyż
przeszkadzał na Krakowskim Przedmieściu. Nie powinno się w ten sposób
rozwiązywać problemu, zabranie tego krzyża rani uczucia wielu ludzi. Był bowiem
ważnym symbolem dla wielu rodzin poległych w katastrofie smoleńskiej. Całym
sercem jestem z tymi ludźmi, którzy po katastrofie gromadzili się przed Pałacem
Prezydenckim. Byłam wzruszona, gdy widziałam tam tysiące ludzi zapalających
znicze, modlących się. W miejscu, gdzie pracował mój mąż, postawiono mu pomnik,
dlatego uważam, że przed Pałacem Prezydenckim ślad po urzędującym prezydencie –
bo przecież zginął na stanowisku, pełniąc tę funkcję – powinien również być.

not. PCz

drukuj