Prezydent Platformy i Unii Wolności
Bronisław Komorowski kompletuje skład swojej kancelarii. Klucz, jaki do
tej pory stosuje prezydent w doborze współpracowników, wskazuje z jednej strony
na umieszczanie w kancelarii ludzi z Platformy Obywatelskiej, a z drugiej na
powrót na scenę polityczną środowiska dawnej Unii Wolności, dziś rozproszonego
po różnych ośrodkach politycznych. Niewykluczone, że swoimi nominacjami
Komorowski kładzie również podwaliny pod przyszłą koalicję rządową Platformy z
lewicą.
Jeszcze w czasie kampanii Komorowski obiecywał, że zbuduje apolityczną
kancelarię, złożoną z fachowców, co miało świadczyć o tym, że były marszałek
Sejmu chce być prezydentem "wszystkich Polaków". Już wiadomo, że ta obietnica na
pewno nie zostanie spełniona. Ledwie kilka godzin po katastrofie smoleńskiej
Komorowski jako p.o. prezydent mianował na stanowisko p.o. szefa Kancelarii
Prezydenta Jacka Michałowskiego, jednego z założycieli Unii Demokratycznej,
późniejszej Unii Wolności. Po wyborach ta nominacja została potwierdzona i
Michałowski jest już pełnoprawnym szefem kancelarii.
Wkrótce też Jaromir Sokołowski, dotychczasowy asystent marszałka Sejmu
Bronisława Komorowskiego, został mianowany podsekretarzem stanu, a Dariusz
Młotkiewicz, wcześniejszy wiceszef Kancelarii Sejmu, objął stanowisko sekretarza
stanu w prezydenckiej administracji. Jeśli chodzi o grupę doradczą, ponad
miesiąc po wyborach Tomasz Nałęcz, były poseł Unii Pracy, przyjął propozycję
objęcia stanowiska doradcy prezydenta ds. historii i dziedzictwa narodowego.
Jacek Michałowski potwierdził w rozmowie z "Gazetą Wyborczą", że jest
rozpatrywane również powołanie na doradcę jednego z założycieli UD Tadeusza
Mazowieckiego, ale jak dotąd nie określono jeszcze zakresu współpracy z nim. On
sam byłego premiera widzi raczej w roli mentora niż doradcy. Komorowski zresztą
na wszelkie sposoby stara się przypodobać swojej dawnej partii (do 1997 roku
Komorowski był członkiem najpierw Unii Demokratycznej, a potem Unii Wolności,
pełnił w nich nawet funkcję sekretarza generalnego, potem opuścił partię razem z
Janem Rokitą i wstąpił do SKL, a w 2001 roku – do PO), o czym świadczą choćby
peany ku czci Bronisława Geremka, wygłoszone przez prezydenta w czwartek podczas
konferencji w fundacji imienia byłego szefa naszej dyplomacji i przewodniczącego
UW.
Strategia doboru doradców spośród ludzi "z nazwiskami", zdaniem Andrzeja
Maciejewskiego, eksperta ds. polityki z Instytutu Sobieskiego, przypomina
budowanie wizerunku na zasadzie, jaką kierował się Donald Tusk, wybierając na
doradcę Władysława Bartoszewskiego. Zdaniem naszego rozmówcy, jest to utarty
schemat, którym posługuje się Platforma Obywatelska. Jego głównym celem jest
firmowanie własnej działalności politycznej dorobkiem powszechnie znanych osób.
– W przypadku Tomasza Nałęcza widać, że w polskiej rzeczywistości nikogo nie
zaskakuje zmienianie sympatii politycznych i brak tego konsekwencji. Pokazuje to
również, że Bronisław Komorowski rozpaczliwie poszukuje współpracowników –
sugeruje Maciejewski. Zdaniem prof. Ryszarda Legutki, posła do Parlamentu
Europejskiego (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy), w przeszłości ministra
w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jest dużo racji w zdaniu, że
Bronisław Komorowski to pierwszy prezydent Unii Wolności. – To środowisko w
sposób niesamowicie histeryczny popierało w kampanii wyborczej obecnego
prezydenta. Być może teraz swoimi nominacjami Komorowski chce się odwdzięczyć
ludziom związanym z tą formacją. Poza tym prezydent słusznie uchodzi od pewnego
czasu za zwolennika orientacji prorosyjskiej, stąd swojego poparcia udziela mu
chętnie również lewica – dodaje prof. Legutko.
Nowak kontroler
Komorowski nie zamierza oczywiście zrywać także kontaktów z PO. Świadczy o tym
nominacja posła Sławomira Nowaka, szefa kampanii prezydenckiej, na ministra w
kancelarii odpowiadającego za kontakty z rządem i parlamentem. Takiej funkcji do
tej pory nie było w prezydenckiej administracji, co pokazuje, że rola Nowaka
będzie szersza niż piastowane stanowisko. Wśród większości ekspertów i
polityków, także tych z Platformy, powszechna jest opinia, że Nowak, lojalny
współpracownik Donalda Tuska, ma pilnować, aby Komorowski nie "wybił się na
niepodległość" – prezydent, choć to formalnie najwyższy urzędnik w państwie, ma
być cały czas faktycznie pod kuratelą premiera.
Według prof. Legutki, jeśli nie nastąpiły jakieś znaczące roszady w szeregach
Platformy i Nowak rzeczywiście jest człowiekiem Tuska, to sprawę tej nominacji
należy jednoznacznie odczytywać właśnie jako kontrolę premiera w kancelarii. –
Należy zwrócić uwagę na to, że Sławomir Nowak jest jednym z najbardziej
aroganckich i agresywnych polityków Platformy. Być może prezydent Komorowski
chce mieć kogoś takiego w swoim otoczeniu. Samemu prezydentowi nie wypada
obecnie reprezentować aroganckiego stylu, ale być może zależy mu, aby mieć
blisko kogoś, kto będzie bezpardonowo obrażał przeciwników politycznych –
konkluduje Ryszard Legutko.
Czy nominacja Sławomira Nowaka jest w takim razie osobistą decyzją prezydenta,
trochę na zasadzie odwdzięczenia się? – W mojej ocenie, Sławomir Nowak jest
prezentem dla prezydenta od premiera. Może jest to mało oczekiwany prezent, ale
ma on na pewno jeden cel: uświadomienie prezydentowi Komorowskiemu, że premier
ma cały czas baczenie na to, co się będzie działo w kancelarii – uważa Andrzej
Maciejewski.
– Nowak jest człowiekiem Tuska, to nie ulega wątpliwości. W końcu bardzo długo
był sekretarzem stanu w jego kancelarii. Nie można powiedzieć, że jest to
człowiek prezydenta. Pamiętajmy, że między Nowakiem a Komorowskim nie było nigdy
jakiejś specjalnej sympatii – podkreśla ekspert. Znaczący był wybór na szefa
sztabu wyborczego właśnie Sławomira Nowaka, zanim jeszcze wybrano kandydata
Platformy na najwyższy urząd w państwie. – Tusk chce mieć po prostu kontrolę.
Bronisław Komorowski nie zbudował przez ostatnie lata swojego zaplecza
politycznego – zauważa Maciejewski.
Prezydent partyjny, czyli upośledzony
Andrzej Duda, były wiceminister sprawiedliwości i podsekretarz stanu w
Kancelarii Lecha Kaczyńskiego, jednoznacznie ocenia nominację Sławomira Nowaka
jako partyjną. – Ta decyzja wskazuje na kierunek, jaki zaczyna obierać
prezydentura Bronisława Komorowskiego. Do tej pory mieliśmy trzy nominacje w
pałacu nowego prezydenta i wszystkie były one nominacjami rozdzielonymi pomiędzy
współpracowników obecnego prezydenta w czasie, kiedy jeszcze był marszałkiem
Sejmu. To są typowi urzędnicy, którzy otrzymali szansę objęcia kierowniczych
stanowisk. Chociaż ich inklinacje polityczne były oczywiste, to jednak nie byli
ważnymi działaczami Platformy – mówi. Sławomir Nowak jest jednym z
najważniejszych polityków partii rządzącej. – Ale niestety, jak na razie nie
zdążyłem się jeszcze przekonać, w jakiej materii merytorycznej miałby on być
fachowcem – dodaje Andrzej Duda. Według niego, trudno oprzeć się wrażeniu, że
jest to forpoczta premiera Tuska w Kancelarii Prezydenta.
Sławomir Nowak ma kontrolować Bronisława Komorowskiego i pilnować, by nie
odchodził zbytnio od interesu partii rządzącej. – Prezydent powinien być
arbitrem, a ta sytuacja przypomina raczej próbę upośledzenia jego funkcji.
Proszę zauważyć, że w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego najważniejszych
stanowisk nie zajmowali "baronowie" partyjni – wskazuje Andrzej Duda.
Jeśli chodzi o umizgi do lewicy poprzez nominację Nałęcza czy spekulacje
dotyczące ewentualnego doradztwa Aleksandra Kwaśniewskiego, nasz rozmówca uważa
je za krok ku przyszłej koalicji Platformy z Lewicą. Jednocześnie zaznacza, że
Bronisław Komorowski, podejmując takie decyzje, jak mianowanie na swojego
ministra Sławomira Nowaka, wyraźnie pokazuje wyborcom, że oczywiście nie jest
"prezydentem wszystkich Polaków", ale jednej opcji politycznej.
Paulina Jarosińska
