fot. PAP/Kasia Zaremba

[NASZ DZIENNIK] Ratuje nas węgiel

Podczas fali mrozów to przede wszystkim węgiel zapewniał nam energię elektryczną i ciepło w domach – podkreśla red. Artur Kowalski na łamach „Naszego Dziennika”.

Fala mrozów w ostatnich paru tygodniach, choć zanotowane ujemne temperatury trudno określić mianem ekstremalnych, wygenerowała rekordowe w Polsce zapotrzebowanie na energię elektryczną. Sytuację tę odnotował nawet operator systemu przesyłowego Polskie Sieci Elektroenergetyczne, informując, że 19 stycznia odnotowano rekordowe, najwyższe w historii zapotrzebowanie krajowego systemu na moc – na potrzeby odbiorców i sieci – w wysokości 27,6 GW. Kilka dni wcześniej – 14 stycznia – PSE zanotowały natomiast rekord generacji krajowych źródeł wytwórczych: 28,9 GW netto. Polskie Sieci Elektroenergetyczne poinformowały, że 59,9 proc. tej generacji to źródła węglowe – energia wyprodukowana z węgla kamiennego oraz brunatnego, źródła gazowe to 13,9 proc., odnawialne źródła energii: wiatr, fotowoltaika i woda – to 21,2 proc. a pozostałe źródła – 5,1 proc.

Co ciekawe, informacje o tym, że szczególnie w tak trudnych sytuacjach, gdy potrzebujemy więcej energii, aby zapewnić sobie chociażby ciepło w domu, wywołały do tablicy lobby „zielonego szaleństwa”, które w mediach społecznościowych wprost zaprzeczało kluczowej roli węgla. Oczywistą prawdę trudno jednak zakrzyczeć.

– Nie ma żadnej wątpliwości: ratuje nas tylko i wyłącznie węgiel. Jeżeli ktokolwiek nie dowierza, może sięgnąć do publikowanych danych – mówi „Naszemu Dziennikowi” ekspert ds. energetyki prof. Władysław Mielczarski.

Polskie Sieci Elektroenergetyczne na swojej stronie internetowej na bieżąco publikują dane systemowe, zmieniające się „z minuty na minutę”, na temat zapotrzebowania, generacji oraz o imporcie i eksporcie. Z danych dowiemy się m.in., ile wygenerowały elektrownie cieplne (węglowe i gazowe), elektrownie wodne, wiatrowe czy fotowoltaiczne. Odnosząc się do danych z połowy dnia w ubiegły piątek, prof. Mielczarski zwraca uwagę, że przy zapotrzebowaniu na poziomie niespełna 26 000 MW elektrownie wiatrowe generowały zaledwie około 2300 MW na około 11 000 MW zainstalowanych – pracowały więc na mniej więcej 20 proc., a fotowoltaika ok. 1500 MW na prawie 25 000 MW zainstalowanych.

– Prawie cała reszta jest z elektrowni cieplnych – z węgla lub gazu. Ogółem z samego węgla mamy około 60 proc. – zaznacza.

Za dużo OZE

Rozmówca akcentuje, że realizując plany odejścia od węgla w energetyce, zmierzamy w bardzo złą stronę.

– Jeżeli będziemy likwidować elektrownie węglowe, a takie plany są przedstawiane wobec np. Dolnej Odry czy Rybnika, zastępując je gazowymi, to pakujemy się w poważną pułapkę gazową. My tego gazu u siebie nie mamy, jesteśmy uzależnieni od dostaw z zewnątrz przez gazoport w Świnoujściu czy przez gazociąg pod Bałtykiem. OZE też możemy budować więcej, z tym że już teraz nie mamy praktycznie możliwości podłączenia tych elektrowni. Jest wiele projektów, które czeka na podłączenie, i to nie z uwagi na stan sieci, lecz ze względów bilansowych. OZE mamy za dużo, destabilizują one system i operatorzy bronią się przed ich przyłączeniem – tłumaczy prof. Mielczarski.

W sytuacji gdy szacowana ilość energii wyprodukowanej nie znajduje pokrycia w możliwości zużycia, OZE są przymusowo wyłączane, za co wypłacane są określone rekompensaty. Ekspert precyzuje, że w samym zeszłym roku operator wyłączył 1,4 TWh potencjalnej energii z OZE o wartości rynkowej około 650 mln zł, a szacuje się, że w tym roku wyłączenia mogą dotyczyć 3 TWh.

– Te źródła możemy wybudować, ale to błędne koło. To zabawa granatem. Tej energii z OZE, która destabilizuje sieć, jest już za dużo. Najpierw płacimy subsydia, żeby budować te wiatraki, panele, a teraz płacimy za to, żeby one nie pracowały – wskazuje na absurd prof. Władysław Mielczarski.

Pompy ciepła zawodzą

Choć w ostatnich tygodniach mieliśmy najwyżej kilkunastostopniowe mrozy, co niczym nadzwyczajnym w zimie nie jest, to wystarczyło, aby zweryfikować skutki wprowadzanej posłusznie przez rządzących unijnej polityki klimatycznej. Promowane pompy ciepła zawodzą, pozostawiając niedogrzane domy albo generując gigantyczne rachunki za prąd, a domowa fotowoltaika pada.

– Panele na dachu całkowicie zamarzły. Produkcję energii mam zerową. Oblodzenie jest tak duże, że nie da rady usunąć lodu z obawy przed zniszczeniem paneli – relacjonuje pan Andrzej spod Warszawy.

W tej sprawie mamy wręcz całkowitą kapitulację rządzących polityków. A można było także usłyszeć: „to nie mój problem”. Polacy publicznie są natomiast straszeni wysokimi mandatami za dogrzewanie się piecami na węgiel, zakazuje się korzystania z pieców kaflowych, chociaż jednocześnie w poradnikach przekonuje się do poszukiwania w sytuacji kryzysowej źródeł ciepła niezależnych od prądu.

– Chciałbym, aby ta sytuacja przyniosła jednak jakieś otrzeźwienie i opamiętanie polityków rządzących i w ogóle całej klasy politycznej, żeby wreszcie spojrzeli, co naprawdę może oznaczać realizacja polityki tego zielonego szaleństwa. Jeżeli zima naprawdę byłaby długa i mroźna albo jeszcze gorzej – sytuacja wokół zrobiłaby się niebezpieczna, to może się okazać, że pozbawiając się możliwości wykorzystania do produkcji energii własnych surowców energetycznych, nie będziemy w stanie w ogóle zapewnić dostaw prądu, bo import nie będzie możliwy – mówi „Naszemu Dziennikowi” ekspert ds. energetyki Kazimierz Grajcarek.

Dodaje, że politycy, którzy dzisiaj promują unijny Zielony Ład, są tak zatraceni w tej polityce, że prowadzą nas do zguby.

– Potrzeba jednoznacznej decyzji o odrzuceniu Zielonego Ładu. Bardzo niedobrze, że w tej sprawie nie ma nawet jakiegoś porozumienia wśród polityków, z których środowisk słychać dzisiaj krytykę tej polityki. Jest potrzeba działania dla dobra Polski, ale tego wspólnego działania nie ma – ubolewa Kazimierz Grajcarek.

Artur Kowalski/Nasz Dziennik

drukuj