fot. pixabay.com

[Nasz Dziennik] Prof. W. Wysocki: Niemcy nie mogą już dłużej udawać, że temat reparacji nie istnieje. Choć przez lata chowali się za plecami kolejnych ekip w Warszawie, licząc na ich uległość, to rzeczywistość ich dogania

Prezydent Nawrocki już jako kandydat mówił jasno o konieczności dochodzenia reparacji, później potwierdził to 1 września na Westerplatte, a teraz powtórzy w Berlinie – i to nie przypadkiem w przeddzień kolejnej bolesnej rocznicy, agresji sowieckiej 17 września, kiedy drugi sojusznik Hitlera uderzył na Polskę. To są daty niezwykle wymowne, bo przypominają, że byliśmy ofiarą dwóch totalitaryzmów, które wspólnie chciały nas zniszczyć. I dziś Niemcy nie mogą już dłużej udawać, że temat reparacji nie istnieje. Choć przez lata chowali się za plecami kolejnych ekip w Warszawie, licząc na ich uległość, to rzeczywistość ich dogania. Sprawiedliwość polega na tym, że kat musi zadośćuczynić ofierze – i Niemcy w końcu będą musieli to przyznać, niezależnie od tego, jak bardzo będą się wzbraniać – mówił w rozmowie z dziennikarzem „Naszego Dziennika” prof. Wiesław Wysocki, historyk i wykładowca akademicki.

Już 16 września prezydent Karol Nawrocki spotka się w Berlinie z prezydentem RFN Frankiem-Walterem Steinmeierem i – jak zapowiada Pałac Prezydencki – będzie domagał się reparacji wojennych. Jak Pan ocenia tę zapowiedź i samą rangę tego spotkania?

To krok jak najbardziej oczekiwany i – trzeba powiedzieć wprost – spóźniony o całe dekady. Wreszcie z Niemcami zaczynamy rozmawiać nie serwilistycznie, nie w tonie podporządkowania, lecz po polsku – jasno, twardo i z pełnym przekonaniem, że mamy wobec nich konkretne i oczywiste roszczenia wynikające z ich winy historycznej. To przecież Niemcy rozpętali dwie wojny światowe, a ta druga była dla Polski hekatombą – masakrą na niespotykaną skalę, którą niektórzy historycy nazywają wręcz Golgotą Narodu Polskiego i obywateli II Rzeczypospolitej. Trzeba pamiętać, że ofiarami byli nie tylko Polacy w sensie etnicznym, ale wszyscy nasi obywatele, którzy ginęli, cierpieli i byli wypędzani z domów. Prezydent Nawrocki już jako kandydat mówił jasno o konieczności dochodzenia reparacji, później potwierdził to 1 września na Westerplatte, a teraz powtórzy w Berlinie – i to nie przypadkiem w przeddzień kolejnej bolesnej rocznicy, agresji sowieckiej 17 września, kiedy drugi sojusznik Hitlera uderzył na Polskę. To są daty niezwykle wymowne, bo przypominają, że byliśmy ofiarą dwóch totalitaryzmów, które wspólnie chciały nas zniszczyć. I dziś Niemcy nie mogą już dłużej udawać, że temat reparacji nie istnieje. Choć przez lata chowali się za plecami kolejnych ekip w Warszawie, licząc na ich uległość, to rzeczywistość ich dogania. Sprawiedliwość polega na tym, że kat musi zadośćuczynić ofierze – i Niemcy w końcu będą musieli to przyznać, niezależnie od tego, jak bardzo będą się wzbraniać.

Panie Profesorze, czy w obecnych okolicznościach relacje polsko-niemieckie wymagają twardego, jednoznacznego otwarcia, które jasno określi nasze stanowisko wobec Berlina i przecięłoby próby relatywizowania historii?

Zdecydowanie tak. I to nie z kaprysu czy chwilowej emocji, ale z prostego powodu: przez lata niemiecka polityka była prowadzona tak, by odwracać role – to Polaków próbowano obsadzić w roli katów, a Niemców przedstawiać jako ofiary. Wystarczy przypomnieć słowa Angeli Merkel, która miała czelność stwierdzić, że to alianci wyzwolili Niemcy od nazistów. To zakłamywanie rzeczywistości w czystej postaci. Bo kim byli owi naziści? Przecież nie spadli z księżyca – to byli Niemcy, którzy masowo poparli Hitlera i jego system, uczestniczyli w jego zbrodniach i przez lata tworzyli machinę śmierci. Próba oddzielenia nazizmu od narodu niemieckiego to manipulacja, która ma usprawiedliwić ich winy i przerzucić ciężar odpowiedzialności na innych. I jeśli Berlin dziś próbuje zmieniać własny wizerunek kosztem Polski, jeśli chce pisać historię na nowo, to trzeba im odpowiedzieć jasno: nie ma na to zgody. To już nie jest kwestia naszych oczekiwań czy dyplomatycznych sugestii – to są żądania. Żądania wynikające z prawdy historycznej i z elementarnej sprawiedliwości, której Niemcy nie mogą dłużej unikać.

Panie Profesorze, czy można powiedzieć, że niemieckie służby i elity polityczne wciąż kontynuują strategię z połowy XX wieku, polegającą na systematycznym przerzucaniu odpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszy na innych, a jednocześnie budowaniu narracji, w której Niemcy jawią się bardziej jako ofiary niż sprawcy?

Dokładnie tak. Nie widać żadnego przełomu ani zmiany w tej polityce – jest ona realizowana konsekwentnie od dekad, z chłodną precyzją i w porozumieniu z tymi ofiarami, których pamięć jest akceptowalna przez niemiecką opinię publiczną. Mówię tu przede wszystkim o społeczności żydowskiej, a właściwie o państwie Izrael, które niejednokrotnie wspierało niemiecką wizję odpowiedzialności, bo odpowiadało to jego interesom. Polska natomiast pozostaje w tej układance wygodnym kozłem ofiarnym, Narodem, na który można zrzucić część win i rozmyć własne zbrodnie.

I dlatego dziś tak ważne jest, by wykorzystać międzynarodowe kontakty prezydenta Karola Nawrockiego, także te w Białym Domu, do wywierania realnej presji na Niemcy?

Bez wsparcia wielkich graczy niewiele osiągniemy, bo Berlin przez lata nauczył się grać na czas i chować głowę w piasek. Niezbędny jest więc nacisk międzynarodowy połączony z konsekwentną, twardą postawą polskich władz na wszystkich szczeblach. Ale żeby to było skuteczne, musimy wreszcie zadbać o coś fundamentalnego – o prawdziwe spolonizowanie własnych elit politycznych. Bo jeśli w Warszawie rządzą ludzie, którzy w kluczowych momentach grają bardziej w interesie Berlina niż Polski, to żadna ofensywa dyplomatyczna nie przyniesie efektu.

Gdyby Polska uzyskała od Niemiec reparacje wojenne, czy nie byłby to ruch, który całkowicie zmieniłby układ sił w Europie Środkowej i Wschodniej? To przecież oznaczałoby potężny zastrzyk finansowy dla naszej gospodarki.

Oczywiście, że tak. Taki krok uderzyłby w niemiecką gospodarkę, bo zobowiązania tej skali musiałyby być rozłożone na długie lata, a ich konsekwencje odczuwaliby nasi zachodni sąsiedzi przez pokolenia. Ale paradoks polega na tym, że same pieniądze nie są tu najważniejsze. Kluczowe jest coś znacznie głębszego – przyjęcie przez Niemcy realnej odpowiedzialności za swoją historię, za zbrodnie poprzednich pokoleń i za całe społeczeństwo, które dało się porwać nazizmowi. Jeżeli ktoś był zbrodniarzem, musi odpokutować swoje czyny. Tak było, jest i będzie, bo to fundament sprawiedliwości, bez którego wspólnota międzynarodowa traci sens. Niemcy wciąż próbują iść na skróty, budować demokrację bez rachunku sumienia, ale prawda jest brutalna – dopóki nie przejdą tej drogi oczyszczenia, dopóty nie będą w pełni wiarygodną demokracją. Reparacje byłyby więc nie tylko kwestią ekonomii, lecz przede wszystkim moralnym testem, który pokaże, czy Berlin wreszcie stać będzie na pełny akt odpowiedzialności, czy nadal będzie próbował ją przerzucać na innych.

Kiedy pojawia się argument – powtarzany chętnie przez niemieckich publicystów – że jeśli Polska naprawdę domaga się reparacji, to powinna zwrócić się także do Moskwy, jak to należy odczytywać?

To manewr mający na celu wybielenie własnej historii i zepchnięcie odpowiedzialności na kogoś innego. Typowa strategia: wskazać, że „kasa” jest gdzie indziej, a winni są wszyscy poza nami. Tymczasem to nic innego jak odświeżona wersja starej zasady „dziel i rządź”. Rosja ma swoje gigantyczne przewiny, jest zbrodniarzem na równi z Niemcami, ale jedno nie może przesłaniać drugiego. Niech nikt nie próbuje grać kartą Moskwy, by wybielać Berlin. Pamiętajmy, że naród zbrodniarz nie może zasłaniać się winą innego narodu zbrodniarza. I to jest najważniejsze przesłanie – nie ma taryfy ulgowej, nie ma ucieczki od odpowiedzialności, Niemcy muszą rozliczyć się ze swoją historią niezależnie od tego, co zrobiła Rosja.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk/„Nasz Dziennik”

drukuj