fot. PAP/Piotr Polak

Pos. D. Matecki w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”: T. Siemoniak może sobie dziś zapowiadać, że wyprosi obrońców spod granicy, ale rzeczywistość brutalnie weryfikuje polityczne deklaracje

Po co teraz minister Tomasz Siemoniak w ogóle pajacuje, skoro powinni wprowadzić kontrole graniczne wiele miesięcy temu? Siemoniak może sobie dziś zapowiadać, że wyprosi obrońców spod granicy, ale rzeczywistość brutalnie weryfikuje polityczne deklaracje. To właśnie obywatele – nie państwowi urzędnicy w garniturach – byli tam wcześniej – mówił poseł Dariusz Matecki z Prawa i Sprawiedliwości w wywiadzie dla red. Rafała Stefaniuka z „Naszego Dziennika”.

Wczoraj ruszyły kontrole na granicy z Niemcami i Litwą. Czy mamy do czynienia z celowymi prowokacjami?

– Niestety, tak. Prowokacje zaczęły się, zanim jeszcze na dobre ruszyły kontrole. Już w niedzielę w Szczecinie pojawiła się Antifa – skrajnie lewicowe ugrupowanie, które w niektórych państwach wprost klasyfikowane jest jako organizacja o charakterze terrorystycznym. Nie przyszli tam przypadkiem. Ktoś ich wysłał, komuś bardzo zależy na tym, aby podważać sens i skuteczność polskiej obecności na granicy, aby obrzydzić społeczne poparcie dla tych działań. To nie są luźne domysły. Przed chwilą otrzymałem informację z pierwszej ręki, że polscy obywatele są masowo kontrolowani na granicy, podczas gdy niemieckie samochody przejeżdżają bez przeszkód. Polakom robi się narkotesty, nie dlatego, że coś wzbudziło podejrzenie, ale dlatego, że ktoś chce ich upokorzyć. To nie jest przypadek.

Dlaczego to robią?

– To element większej operacji, której celem jest zasianie antagonizmów między mieszkańcami przygranicznych miejscowości, zwłaszcza tymi, którzy codziennie przekraczają granicę, aby pracować, a tymi, którzy zaangażowali się w ochronę terytorium państwa. Narracja jest jasna: „Chcieliście kontroli granic? To teraz macie – korki, kontrole, utrudnienia”. W tym samym czasie – jak podejrzewam – niemieckie służby na chwilę wstrzymają proceder przerzucania migrantów, żeby wywołać złudzenie, że wszystko działa bez zarzutu. To precyzyjnie skonstruowana operacja PR-owa, której głównym celem jest zohydzenie społecznych patroli i oddolnych inicjatyw na rzecz bezpieczeństwa. TVN i cały medialny mainstream po lewej stronie zrobią wszystko, żeby przedstawić te ruchy jako ekstremistyczne, nacjonalistyczne, oderwane od rzeczywistości. Tymczasem to właśnie one jako jedyne próbują dziś realnie reagować na sytuację, w której państwo, zamiast chronić granicę, dezerteruje. I to nie jest teoria spiskowa.

Realnie grożą nam inscenizowane prowokacje uderzające w obrońców granic?

– Trzeba się z tym liczyć. Nie byłbym zdziwiony, gdybyśmy któregoś dnia zobaczyli nagranie z centrum dużego miasta, na którym ktoś w barwach obywatelskiego Ruchu Obrony Granic bije osobę o ciemnym kolorze skóry. Kamera „przypadkiem” uchwyci wszystko z idealnego kąta, a materiał błyskawicznie obiegnie media społecznościowe i lewicowe portale, wywołując natychmiastową burzę. Tego rodzaju „akcje specjalne” to klasyczny mechanizm, dobrze znany każdemu, kto choć trochę pamięta, co działo się w czasach ośmioletnich rządów Platformy Obywatelskiej. Wtedy, podczas Marszów Niepodległości, funkcjonariusze służb mundurowych, poprzebierani za kibiców, celowo wzniecali zamieszki. To był brudny teatr, reżyserowany z zimną precyzją. Jeśli ktoś myśli, że dziś jest inaczej, to niestety żyje w błogiej naiwności. Na protestach rolników było podobnie. Tam pojawili się agresywni „rolnicy”, których nikt w środowisku nie znał.

Niemcom również zależy na wywołaniu incydentów z udziałem środowisk obywatelskich?

– Niemieckie służby coraz śmielej przekraczają granicę, choć nie mają ku temu żadnych podstaw prawnych. Dochodzi wręcz do absurdalnych scen, w których niemieccy funkcjonariusze na terytorium Polski wchodzą w dyskusje z Polakami patrolującymi pogranicze i wprost pytają, czy przypadkiem nie planują wobec nich aktów agresji. To nie jest podejmowanie czynności, to są klasyczne prowokacje. W niedzielę na przejściu granicznym w Buku doszło do sytuacji absolutnie skandalicznej: niemieckie służby strąciły drona operującego po polskiej stronie granicy. Zrobiły to bez żadnych formalnych uzasadnień, bez współpracy z polskimi służbami, bez cienia szacunku dla prawa międzynarodowego. To nie incydent – to demonstracja siły. W sieci krążą też nagrania, na których widać niemieckie patrole podjeżdżające pod samą granicę i… oślepiające Polaków mocnymi latarkami, a nawet wykonujące wulgarne gesty. Tak, to się naprawdę dzieje. To nie są wybryki znudzonych strażników, ale to wyrachowane działania mające siać chaos i zniechęcenie. Robią to, bo Niemcy byli przyzwyczajeni do tego, że mają w Warszawie rząd, który przyklaskuje każdemu ich gestowi. Myśleli, że mogą robić, co chcą, bez sprzeciwu. Tymczasem polscy obywatele powiedzieli: „Dość!”. Nie tylko mówią, ale też zaczynają działać. Ten społeczny opór, te obywatelskie patrole to mur, którego Berlin się nie spodziewał. I właśnie dlatego próbują go teraz podważać prowokacją. Ale to gra, którą już zaczynają przegrywać.

W mediach społecznościowych widziałem nagranie, na którym samochód niemieckich służb poruszał się po lesie, ale zawrócił na widok obrońców granic. Czy rząd Donalda Tuska powinien wyjaśnić ten incydent?

– To nie była jednostkowa scena uchwycona przypadkiem w lesie. Razem z ekipą i asystentem patroluję okolice granicy i zbyt często widzę niemieckie wozy pojawiające się nagle na leśnych ścieżkach, w środku niczego. Kiedy nas zauważają, natychmiast się wycofują. Rodzi się oczywiste pytanie: po co tam byli? Czego szukali? Dlaczego regularnie zjawiają się właśnie przy tych drogach, gdzie wystarczy unieść szlaban i przekroczyć zieloną granicę bez żadnej kontroli? Tego typu sytuacji jest znacznie więcej niż mogłoby się wydawać. Tyle że większość nie trafia do internetu, bo brakuje odpowiedniego sprzętu, by je zarejestrować. Dlatego zorganizowałem publiczną zbiórkę. Potrzebujemy lornetek termowizyjnych z funkcją nagrywania, aby dokumentować to, co dzieje się w ciemnościach, kiedy większość z nas śpi. W jednym dniu zebraliśmy niemal 100 tys. zł, zamawiamy właśnie 7 takich urządzeń. To pokazuje jedno: Polacy chcą prawdy i chcą mieć oczy na granicy – nawet jeśli państwo woli mieć je szeroko zamknięte.

Zamknięcie przestrzeni powietrznej nad granicą dla dronów ma jakikolwiek sens?

– Nie ma najmniejszego. To decyzja kompletnie oderwana od rzeczywistości, a co gorsza – szkodliwa. Wszystkie osoby, które latają dronami z termowizją po polskiej stronie, to ludzie odpowiednio przeszkoleni, posiadający wymagane certyfikaty i zdane egzaminy. Mówimy o sprzęcie za dziesiątki tysięcy złotych. Nikt przy zdrowych zmysłach nie puszcza go w powietrze bez wymaganych uprawnień, ryzykując jego utratę. To środowisko działa zgodnie z prawem i z pełną świadomością odpowiedzialności. Tymczasem dostaję odpowiedź z policji, że zakazano używania dronów „ze względu na bezpieczeństwo obywateli”. To obraża inteligencję każdego, kto choć trochę zna temat. Prawda jest taka, że to Polacy – obywatele, społecznicy, ochotnicy – zaczęli inwestować we własny sprzęt, aby kontrolować granicę. Drony z termowizją były jedynym narzędziem, które pozwalało objąć wzrokiem ogromny teren i zauważyć próby nielegalnych przekroczeń granicy, również tych organizowanych z niemieckiej strony. Tymczasem zamiast podziękowania dostaliśmy zakaz. I to nie jest przypadek. To działanie, które – celowo lub nie – gra na korzyść państwa niemieckiego, a nie polskiego interesu. My robimy, co możemy. Skoro nie możemy używać dronów, kupujemy lornetki z termowizją. Ale umówmy się: lornetka to nie dron.

Usunięcie Ruchu Obrony Granic jest realne, skoro minister Tomasz Siemoniak zapowiada, że społeczników nie powinno być przy granicy?

– Na razie to raczej Tomasz Siemoniak został symbolicznie usunięty z granicy – i to przez Roberta Bąkiewicza, który podczas jego niedzielnej konferencji dosłownie rozłożył go na łopatki faktami. Padły słowa, których nie sposób zignorować. Mówiąc wprost, po co teraz minister Siemoniak w ogóle pajacuje, skoro takie kontrole powinni wprowadzić wiele miesięcy temu? To, że Straż Graniczna chwali się dziś złapaniem nielegalnych migrantów zaledwie kilka minut po uruchomieniu kontroli na granicy z Litwą, jest wręcz oskarżeniem pod adresem samego rządu, bo pytanie brzmi, dlaczego te działania nie zostały wdrożone już w maju czy czerwcu 2024 r., kiedy środowiska obywatelskie biły na alarm i jasno mówiły o skali zagrożenia? Siemoniak może sobie dziś zapowiadać, że wyprosi obrońców spod granicy, ale rzeczywistość brutalnie weryfikuje polityczne deklaracje. To właśnie obywatele – nie państwowi urzędnicy w garniturach – byli tam wcześniej.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk/„Nasz Dziennik”/radiomaryja.pl

drukuj