
Obraz autorstwa evening_tao na Freepik
Obawy o wzrost cen energii elektrycznej. P. Sałek: Odnawialne źródła energii są wspierane z naszych pieniędzy
Minister klimatu i środowiska, Paulina Hennig-Kloska, podpisała rozporządzenie, które zwiększy obowiązek zakupu energii z odnawialnych źródeł. Efektem mogą być wyższe rachunki nie tylko za prąd, ale także za codzienne produkty i usługi.
Rozporządzenie Ministerstwa Klimatu i Środowiska określa procent wytwarzanej energii, który trzeba pokryć tak zwanymi zielonymi certyfikatami.
– To jest obowiązek zakupu 8,5 proc. energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych, jest obowiązek energii certyfikowanej. (…) Chodzi o to, że tegoroczny limit, czyli obowiązkowy limit zakupu energii ze źródeł odnawialnych wynosił dla przedsiębiorstw, dla konsumentów pięć procent, w przyszłym roku będzie wynosił 8,5 – zaznaczył dr inż. Bogdan Sedler z Fundacji Naukowo-Technicznej „Gdańsk”.
Certyfikaty otrzymują na przykład producenci prądu z farm wiatrowych – w Polsce to w dużej mierze zagraniczne firmy. Następnie świadectwa sprzedawane są na giełdzie. Wzrost limitu oznacza jedno – zauważył Paweł Sałek, poseł Prawa i Sprawiedliwości, były wiceminister środowiska.
– W praktyce oznacza to, że te instalacje, które są objęte wsparciem, także te instalacje, które są stare, będą miały dodatkowe profity z tytułu funkcjonowania. Generalnie trzeba to powiedzieć otwartym tekstem, że odnawialne źródła energii są wspierane z naszych pieniędzy – z pieniędzy budżetowych albo z pieniędzy, które są zapisane na naszych rachunkach za energię elektryczną – wyjaśnił Paweł Sałek.
Zwiększenie obowiązku zakupu energii z OZE oznacza nie tylko dodatkowe zyski dla producentów prądu, ale także wyższe rachunki dla każdego gospodarstwa domowego, zakładów produkcyjnych czy usługodawców.
– Przedsiębiorcy protestują przeciwko temu, bo twierdzą, że to zwiększy ich koszty, gdyż ta energia jest dla nich droższa albo trudno im jest uzyskać dostęp do tej energii. Natomiast producenci, domagają się zwiększenia limitu, gdyż to leży w ich interesie – stwierdził dr inż. Bogdan Sedler.
Zmianie sprzeciwiali się nie tylko przedsiębiorcy, ale także eksperci, a nawet Ministerstwo Aktywów Państwowych, które wskazywało, że ze względu na już wysokie ceny energii, limit powinien pozostać na dotychczasowym poziomie. Protesty okazały się jednak bezskuteczne.
– Widać, że szczególnie sektor związany z energetyką wiatrową ma dużą sympatię w polskim rządzie i w Ministerstwie Klimatu i Środowiska – zaznaczył Paweł Sałek.
Końcem ubiegłego roku minister Paulina Hennig-Kloska firmowała projekt ustawy, który miał zezwalać na stawianie wiatraków nawet 300 metrów od zabudowań. Opozycja przekonywała wówczas, że projekt napisali lobbyści. Ostatecznie ustawa wiatrakowa upadła, ale resort klimatu zamierza wrócić do niej jesienią. Rząd chce, by od nowego roku minimalna odległość budowy wiatraków od zabudowań wynosiła 500 metrów.
TV Trwam News


