Wigilia na Kresach
Tej nocy Kasia nie spała dobrze. Budziła się i znowu czekała na sen. A gdy
w końcu zasnęła, śniły się jej białe ptaki, które płynęły wysoko na niebie, a
ona patrzyła na nie, jakby zapowiadały nowe życie. Rano wstała z klejącymi się
oczami, a matka już z dołu wołała, by zeszła do kuchni, bo dzisiaj Wigilia i
muszą oporządzić gospodarstwo. Niechętnie zsunęła się z łóżka.
Matka poprosiła, by poszła do obory, podała bydłu paszę, przyniosła wodę i
posprzątała. Kasia bez słowa wykonała polecenie. Gdy minął ranek, obie zabrały
się do szykowania wigilijnych potraw. W piecu huczało, a Kasia ciągle
dopytywała, w czym może jeszcze matce pomóc. Pragnęła odciągnąć jej myśli od
ojca i Mariusza, który nie dawał znaku życia. Obie nie wiedziały, czy został
wzięty do niemieckiej niewoli, czy też zagnany, jak ojciec, na Syberię. Albo,
nie daj Boże… – nagle zastygały. A kiedy Kasia przyłapywała matkę w chwilach
samotności, młynarzowa w pośpiechu chowała zdjęcia i udawała, że przez przypadek
na nie trafiła. Nieobecność męża i brak znaku od syna były dla niej ciosem.
Wciąż nie mogła się podnieść. Kasia postanowiła, że będzie dla niej dobra,
pomocna i w pełni oddana.
– Czy jak zwykle, mamuś, dwanaście potraw przygotujemy na stół? – pytała.
– Tak, córeczko – odparła – jak zwykle przygotujemy dwanaście potraw, bo
przecież przy stole siedziało dwunastu apostołów i mamy dwanaście miesięcy w
roku – pochyliła się nad tartym makiem, który najpierw tłukła ogromnym wałkiem w
dużej drewnianej makutrze, a potem robiła z niego gęstą, słodką zaprawę do
kutii, dodając miodu i rodzynek.
Kasia gotowała pszenicę bez łusek i widziała, jak pęcznieje i rośnie w oczach.
Szykowały kołacze i strudle. A do strudli potrzebne było cieniutkie jak papier
ciasto. Dlatego rozciągały je kilkakrotnie i zawijały. Zanim nastał wieczór, w
kuchni pachniało, roznosił się aromat wielu potraw. Czego tam nie było?
Najważniejsza, rzecz jasna, kutia, czyli mak z ziarnem pszenicy, miodem i
bakaliami, a później barszcz z uszkami, pierogi z kapustą, pierogi z suszonymi
owocami, pierogi z makiem, kapusta z grochem, gołąbki z kaszą jęczmienną i
tarkowanymi ziemniakami, cebula smażona na oleju, sos grzybowy, kołacze pieczone
z drożdżowego ciasta, układane piętrowo, a na kołaczach leżał opłatek, strudle
zawijane z makiem, strudle z jabłkami, kompot z suszu ze śliwek, jabłek,
czereśni i gruszy.
Kasia przyniosła wyrąbane w pobliskim gaju świerkowe drzewko na choinkę i
poczęła je w dużej izbie stroić. Wieszała świecące papierem cukierki, jabłka,
suszone śliwki, ciastka, orzechy owijane złotą bibułką, małe gwiazdki, księżyce,
aniołki i świętego Mikołaja. Zawiesiła też wielobarwny długi łańcuch, który co
roku odnawiała, dopinając wciąż nowe ogniwa. I drugi ze słomek. Obsypała drzewko
bielusieńką jak śnieg watą i srebrnymi anielskimi włosami, zapaliła świeczki, a
na szczyt wbiła ogromną, świecącą gwiazdę i choinka była gotowa. Powiesiła na
ścianie drugą naftową lampę, w domu się rozjaśniło i smutek na twarzy matki
powoli topniał.
Patrzyła na Kasię wielkimi wilgotnymi oczami i dyskretnie się uśmiechała. Kasia
także odpowiadała jej ciepłym uśmiechem i poczęły rozmawiać o dawnych świętach.
Kasia dopytywała, czy zawsze i wszędzie święta wyglądały tak samo. A matka
tłumaczyła, że na Kresach w zależności od krainy nieco inaczej przebiegały.
– Jak? – wpatrywała się w nią Kasia.
– Och – wzdychała matka. – Kresy to wielkie terytorium, wiele nacji, religii,
kultur. Gdy byliśmy młodzi, dużo podróżowaliśmy z ojcem, byliśmy zamożni,
mieliśmy, jak wiesz, nowy duży młyn, a teraz, gdy ta czerwona hołota nas
obsiadła, marniejemy, córeczko…
– Nie mów tak, mamuś, nie jest źle – pocieszała ją Kasia, bo bała się, że matka
się znowu rozpłacze. Zawsze tak było, gdy wspominała ten straszny dzień, gdy
Sowieci wkroczyli do domu, zabrali ojca, ograbili majątek, zabrali srebrne
naczynia, sztućce, pierścionki…
– Dzikusy! – syknęła matka, ale szybko odwróciła się do Kasi i szepnęła: –
Przepraszam, nie powinnam w takim dniu…
Kasia przytuliła się do niej, a matka dyskretnie wytarła łzę i zaczęła mówić.
– Wiesz, Kasiu, to były szczęśliwe lata. Jeździliśmy z ojcem do Wilna, Lwowa,
Tarnopola, Krzemieńca, Nowogródka, Stanisławowa, Stryja, Drohobycza, na Polesie
i Wołyń. To nasze ziemie, wolne…
– I wszędzie tam święta inaczej wyglądały niż u nas, tutaj, na wsi?
– Nie, córeczko, niezupełnie inaczej, nastrój był taki sam albo podobny, wesoły,
radosny, wszakże to święta rodzinne, zbierały się całe rody, stoły obficie
zastawione…
– A jedzenie, potrawy?
– Jadaliśmy różne potrawy. Pamiętam zupy migdałowe z ryżem i rodzynkami, zupy
rybne z farszem lub grzybowe z łazankami, szczupaka w sosie z cytryną albo
okonia oblanego masłem…
– A dlaczego u nas nie jada się ryb? – spytała Kasia.
– Pewnie dlatego, że ich tutaj nie ma – uśmiechnęła się młynarzowa. – Ale mamy
za to choinkę…
– Jak to? A gdzie indziej choinek nie ma?
– Pewnie, że nie ma. Nie wszędzie rosną świerki. My mamy szczęście…
– I co jeszcze podawano?
– We dworach jadało się szczupaka z szafranem i rodzynkami, lina w galarecie,
karpia w rumianym sosie z dodatkami. Na Podlasiu smakowałam łamańce z makowym
mleczkiem. Nawet pamiętam recepturę: mąka, masło, cukier puder, żółtko, mleko,
miód, orzechy mielone… co jeszcze… – zastanowiła się – aha… rodzynki,
migdały i ma się rozumieć rum, w odpowiednich proporcjach, ale już nie pamiętam
w jakich. Zaś w okolicach Wilna częstowali nas rolmopsami śledziowymi…
– Czym? Co za dziwna nazwa?!… – Kasia uniosła ramię.
– Co kraj, to obyczaj.
– Ale to jeden kraj, Polska?!
– Tak, córeczko, jeden wielki kraj, Polska, tylko każda część, jak wspomniałam,
z różną tradycją, my, np. tutaj, bliżej Karpat, uszka do barszczu gotujemy, a
koło Wilna uszka smażą. Ale najpiękniejszym przysmakiem przy wigilijnym stole u
nich są śliżyki z podsytą.
– Co?! Z czym?! – wykrzyknęła Kasia.
– Śliżyki z podsytą – zaśmiała się matka. – To takie chrupkie drożdżowe ciastka
o złocistej barwie, polewane miodowym mleczkiem z roztartym makiem, zmieszanym z
wodą.
– Smaczne?
– Pyszne, córeczko. Ale powiem ci jeszcze, co jadałam u Hucułów – spojrzała na
córkę znacząco, a Kasia opuściła głowę, bo wiedziała, o czym pomyślała matka, o
jej ukochanym, Miti, który jest Bojkiem, ale przyjaźni się z Hucułami. Właśnie
wyjechał do ciężko chorej siostry, by nie była w Wigilię samotna. – U Hucułów w
Wigilię – ciągnęła matka – smakowałam moczony, solony bób oraz kartofle z olejem
lnianym z czosnkiem i rzecz jasna, a jakże by inaczej, z pyszną kaszą jęczmienną
z miodem. No, ale dość, Kasiu, ściemnia się – spojrzała w okno. Kasia też
pobiegła wzrokiem w kierunku gór. Po chwili krzyknęła:
– Mamuś, gwiazda na niebie, gwiazda – jakby zapominając o całym świecie. Jej
głos zabrzmiał tak samo przejmująco jak wtedy, kiedy była malutką dziewczynką.
Ojciec, inżynier Kukułka, stawał się wtedy bardzo uroczysty, unosił wysoko
brodę, poprawiał marynarkę, gładził Kasię po głowie i burczał, że istotnie, pora
zasiadać do stołu i wszyscy zasiadali, włącznie z dziadkiem i babcią, którzy
wtedy jeszcze żyli. I oto znowu święta. Jakże inne od poprzednich. I Kasia to
czuje, i matka czuje. Jednak obie starają się omijać bolesny temat i udają, że
są strasznie zapracowane.
Stół był nakryty białym obrusem, a pod spodem cienka warstwa siana, zaś pod
stołem, na podłodze, żytnia słoma, która przypominała, że Chrystus urodził się w
ubogiej betlejemskiej stajence. Z kuchni niosły się zapachy potraw,
najważniejszym smakołykiem była kutia. Na nią czekała Kasia ze
zniecierpliwieniem. Na kutię słodką i pachnącą.
I wtedy usłyszały pukanie. Serce Kasi zamarło. Pomyślała o Miti. Gdy jednak
otworzyły się drzwi, zobaczyły księdza Roberta. Od progu uniósł ramię i
serdecznie obie pozdrowił.
– Bóg z wami, drogie panie – powiedział poważnym głosem. Kasia podbiegła do
niego i mocno ucałowała.
– Witaj, wuju – patrzyła mu prosto w oczy.
– Witaj, Kasiu, rośniesz jak na drożdżach. Oj, piękna z ciebie panna, piękna –
uśmiechnął się. Rozglądnął się i spytał: – A gdzie twój dorodny młodzieniec?
Kasia się zarumieniła.
– Pojechał do chorej siostry – wyręczyła ją matka.
– Aha, aha – skinął głową ksiądz. – Ale przyjedzie na święta?
– Tak, przyjedzie – cicho odparła Kasia.
Ksiądz Robert na każde Boże Narodzenie odwiedzał ich dom. Od czasu, kiedy
przywędrował tutaj z odległej parafii, spod Łucka, wpadał do nich i na co dzień,
by pogawędzić z młynarzową albo z inżynierem Kukułką. Tym razem się
zapowiedział, że przyjdzie, by razem z nimi spędzić Wigilię. No i zjawił się.
– Siadaj – szybko zaprosiła go do stołu młynarzowa, a Kasia podsunęła krzesło.
Ksiądz Robert zdjął płaszcz, ściągnął szal. Na dworze zrobiło się zimno. Dniem
napadało dużo śniegu, zawiało pola i drogi. A mróz sięgał trzydziestu stopni.
Usiedli przy stole, Kasia dosunęła wolne krzesło dla nieznanego podróżnika,
który może wieczorem przybyć i zapukać do drzwi. Postawiła przed pustym krzesłem
dodatkowe naczynia z okruchami opłatka, by stało się zadość tradycji.
Młynarzowa zerknęła w róg pokoju i spuściła oczy.
– Co się stało? – szybko spytała Kasia.
Młynarzowej zadrżały wargi. I wtedy Kasia pojęła. Kąty pokoju były puste.
Zapomniały o czymś ważnym.
– Zawsze, jak był Jakub, przynosił snop dorodnej pszenicy – cicho powiedziała
młynarzowa. – Zawsze tam stał – pokazała róg izby.
– Masz na myśli, Anno, Dziada, prawda?
Skinęła głową.
– Snop zboża symbolizuje urodzaj – powiedział ksiądz.
– A my zapomniałyśmy… – z zakłopotaniem rzekła młynarzowa.
– Nic się nie stało, Anno, zaraz przyniosę – ksiądz Robert narzucił płaszcz i
wkrótce przyniósł ze stodoły duży snop pszenicy i postawił w kącie. Był to znak,
że można zacząć wigilijną kolację. Ukłonił się tak samo jak kłaniał się inżynier
Kukułka i złożył życzenia. "Winszuję, Paniom, w tym Nowonarodzonym Jezusie
Chrystusie wszystkiego najlepszego, dużo zdrowia, szczęścia i pomyślności, czego
życzę, tego winszuję, niech w Waszym domu Pan Jezus króluje". Młynarzowa podała
na talerzyku opłatek polany miodem. Zaczęli się nim dzielić. Składali sobie
życzenia. A młynarzowa ukradkiem wytarła łzę w oku. Kasia to zauważyła i szybko
stanęła przy niej. Młynarzowa w zapomnianym snopie pszenicy dopatrzyła się
pierwszego wyłomu w obyczajach ich domu. Inżynier Kukułka powtarzał odwieczny
rytuał i zawsze w taki sam sposób szykował izbę do świąt. Bo tak to robili jego
dziadowie i pradziadowie. Właśnie o tym pomyślała młynarzowa. I ze smutkiem
uzmysłowiła sobie, że nikt też nie rzucił na dach domu kilku kłosów, by chroniły
gospodarstwa przed nieszczęściem. "Tak się załamuje tradycja", dręczyła ją myśl,
ale uśmiechnęła się, bo wiedziała, że w tym dniu nikt nie może być smutny.
Zasiedli przy stole, całodzienny post dał o sobie znać i zaczynając kolację od
kutii, wspominali niegdysiejsze Wigilie. Nie mogli nie wspomnieć o Mariuszu i
Jakubie oraz o innych zesłańcach i zaginionych. I tego się Kasia najbardziej
bała. Ksiądz wyczuł powstałe napięcie, starał się je zmniejszyć, opowiadając, że
na całym świecie ludzie obchodzą Wigilię. I na Syberii z pewnością też. Ale
młynarzowa mimo starań, by zachować pogodną twarz, wbiła smutne spojrzenie w
stół i milczała.
– Skąd wezmą opłatek? – spytała.
– Och, Anno – starał się ją uspokoić. – Opłatek jest symbolem daru ofiarnego,
chleba, oznacza też miłość i dobroć. I czymkolwiek się tam nie podzielą, nawet
starym sucharem czy też dobrym słowem, to też będzie miało moc opłatka.
Ale młynarzowa wciąż nie mogła się opanować i rzuciła gorzko:
– Kiedy my tutaj siedzimy przy stole, a w piecu huczy ogień, Jakub gdzieś tam w
głębokiej tajdze zamarza. I przypominała sobie, co opowiadał jej dziadek
Ksawery, zesłany na Sybir, ale jakimś cudem ocalały. Mówił, że mieszkał z
kolegami w drewnianych zimnych barakach, a pięćdziesięciostopniowy mróz ścinał
oddech w piersiach. Zżerały ich choroby, świerzb, tyfus, szkorbut, wszawica i
wszelka zaraza. Umierali setkami i tysiącami. Trzeba było jamy kopać i grzebać
ich jak zwierzęta, bez księdza, Mszy Świętej i modlitwy, bo na to władza nie
pozwalała.
– Tak, Anno, to wszystko prawda – przerwał ksiądz – ale nawet i tam, w tym
piekle, też obchodzi się święta. I bez względu na to, jakie one są, biedne i
głodne, czy syte i bogate, zawsze ludzie wracają myślami do Betlejem. To pozwala
nam bardziej zrozumieć tajemnicę narodzenia Syna Bożego i sens czekania na
Chrystusa.
Młynarzowa westchnęła i przypomniała, jak niegdyś przychodził św. Mikołaj, a
Mariusz i Kasia cofali się niepewni, co im przyniesie, rózgę czy smakołyki. Tym
razem Mikołaj osobiście nie zjawił się, ale poprzez swoich niewidzialnych
wysłanników zostawił pod choinką małą paczuszkę, którą Kasia szybko otworzyła i
znalazła w nim piękną broszkę, perfumy i srebrny naszyjnik.
– A jak Wigilię, wuju, obchodzą ludzie w dalekich krajach? – spytała. – Byłeś na
tylu misjach, opowiedz nam – prosiła. I mimo że już wielokrotnie słyszała te
same opowieści, wciąż ją pociągała tajemnica nieznanych ludów. Podawała nowe
potrawy, barszcz z uszkami, pierogi i zerkała z ciekawością na księdza.
Ksiądz Robert zaczął opowiadać, że wszędzie w wigilijny wieczór jada się to, co
rośnie na najbliższym polu, w ogrodzie, lesie albo w sadzie. W Rzymie np. –
mówił – ludzie po kolacji gromadzą się zawsze o tej samej porze na placu
Świętego Piotra i podziwiają dużą, piękną szopkę. W Hiszpanii zamiast opłatka
spożywają chałwę. W Meksyku rodzice wieszają pod sufitem dzban, do którego
wkładają cukierki, czekolady, słodycze, a dzieci na Wigilię rozbijają ten dzban,
słodycze wypadają, a one ścigają się, kto najwięcej uzbiera. Zaś w Australii na
święta jest bardzo ciepło, temperatura sięga nawet 40 stopni.
– Jak to? – nie mogła uwierzyć Kasia. – Nie mają śniegu?
– Nie, Kasiu, w tym dniu nie mają śniegu. Bo tam wtedy jest lato – uśmiechnął
się ksiądz. – Ale jest bardzo radośnie, ludzie wychodzą nad morze, do parków,
dzielą się prezentami i śpiewają kolędy. Boga można na sto sposobów chwalić i
odmiennymi językami do Niego się modlić – mówił.
Zrobiło się późno, ksiądz Robert musiał wracać na plebanię, szykować się do
Pasterki, a po drodze innych wiernych nawiedzić.
Przed pożegnaniem zaśpiewali kilka kolęd, a Kasia dała solowy popis, śpiewając
jej ulubione "Wśród nocnej ciszy", "Przybieżeli do Betlejem pasterze" i "Bóg się
rodzi".
Ksiądz Robert był poruszony jej ciepłym głosem, ucałował w czoło i już chciał
wyjść, gdy sobie coś przypomniał i powiedział:
– Nie zapomnij, Kasiu, że tej nocy nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem.
Kasia dygnęła i obiecała, że zaraz pójdzie do konia i poda mu opłatek i coś ze
stołu.
Przypomniała sobie, jak dziadek Ksawery opowiadał, że w dawnych czasach, kiedy w
przeddzień świąt polowano na dziką zwierzynę, w dniu Wigilii przyprowadzano z
lasu niedźwiedzia albo potężnego tura i te zwierzęta oprowadzano od domu do
domu, by rodzinom zapewnić dostatek i szczęście. Symbolizowały one gospodarność,
moc i odwagę. A później kolędnicy chodzili po domach z turoniem, który
przypominał tura.
Ksiądz młynarzową i Kasię uściskał i wyszedł.
Gdy zostały same, stały przez moment skrępowane. A dokuczliwa cisza biła w uszy.
Zdawało się im, że nagle cały świat zamarł. W końcu młynarzowa cicho się
odezwała:
– Zbieramy, Kasiu, naczynia, bo niebawem Pasterka.
– Ale? – uniosła się znad stołu Kasia.
– Co, ale?
– Najpierw podam zwierzętom opłatek.
Młynarzowa patrzyła na nią roziskrzonymi oczami. Widziała w córce własne
odbicie, gdy jako licealistka w Wigilię podawała owcom wigilijny pokarm.
Kasia narzuciła na plecy kożuszek, wzięła latarkę i wybiegła do stajni.
W stajni patrzyła na konia, oczekując, że ogier odezwie się do niej ludzkim
głosem i powie:
– Kasiu, już wkrótce nadejdzie czas, gdy twoja radość będzie wielka.
Koń prychnął i ona zrozumiała, że tak właśnie się stanie.
Podała mu opłatek, pogłaskała po szyi, a potem podeszła do owcy i krowy, także
je obdarowała i wróciła do domu. W tym czasie młynarzowa wyjęła garść pszenicy z
dużego snopa i wyszła do ogrodu, by symbolicznie obwiązać drzewko, chroniąc je
przed szkodnikami. Po powrocie obie zabrały się do sprzątania stołu. Przed
północą poszły na Pasterkę.
Następnego dnia pod wieczór przyszli kolędnicy, byli ubrani w odwrócone wełną na
wierzch kożuszki, w rękach trzymali ruchome gwiazdy na kiju i śpiewali kolędy.
Zaraz po nich zjawiła się druga grupa z Kozą na patyku, Diabłem, Aniołem, Żydem,
Herodem i Śmiercią z kosą. Odgrywali scenki, w których przedstawiali historię
Bożego Narodzenia. A gdy je kończyli, otrzymywali cukierki, ciastka i grosz na
drogę. Nie milkły jeszcze echa ich pieśni, gdy Kasia usłyszała tętent konia, a
potem otworzyły się drzwi i stanął w nich Mitia.
A później dzwoniły już sanie. Kasia i Mitia wraz z Iriną i Ksenią, otuleni
kożuchami, mknęli przez zaśnieżone pola. A za nimi pędziły gromady dzieci
Stanisław Srokowski
pisarz
