Fraza „droga Angelo” to za mało

Z prof. dr. hab. inż. Piotrem Małoszewskim, wiceprzewodniczącym Konwentu
Organizacji Polskich w Niemczech, odpowiedzialnym m.in. za kwestie oświaty i
nauczania języka polskiego, rozmawia Marta Ziarnik

Na wspólnym polsko-niemieckim posiedzeniu rządów padło wczoraj wiele gładkich
słówek, premier zwracał się do kanclerz Merkel "droga Angelo". Czy w trakcie
takich spotkań nie można porozmawiać poważnie o trudnych sprawach, np.
niewywiązywaniu się przez RFN z obowiązków traktatowych?

– To prawda. W traktacie wiele kwestii zostało jasno i wyraźnie sformułowanych.
Wprawdzie Polacy mieszkający w Niemczech i Polonia niemiecka nie zostali w nim
nazwani mniejszością narodową – tylko "polską grupą etniczną", ale ich prawa
zostały postawione na równi z prawami niemieckiej mniejszości narodowej, która
taki status w Polsce od początku uzyskała. I te sformułowania stawiały na równi
prawa i przywileje, jakie obie grupy powinny były dostać. Niestety, po stronie
niemieckiej nie nastąpiła realizacja traktatu w stosunku do Polonii w takim
wymiarze, w jakim powinna.

Czyli inaczej niż do tej kwestii podeszła Warszawa?
– Tak jest. Odwrotnie niż Polska, która od razu i z całą dynamiką przystąpiła do
wypełniania postanowień traktatowych, objęła opieką i przyjaźnią mniejszość
niemiecką i zaczęła udzielać jej wszelkiej niezbędnej pomocy finansowej.
Mniejszość niemiecka w Polsce dostaje dofinansowanie z państwowego budżetu na
nauczanie języka ojczystego, swoją prasę i otrzymuje dostęp do mediów
publicznych. Poza tym mniejszości niemieckiej w naszym kraju nie obowiązuje
konieczność przekroczenia 5-procentowego progu wyborczego w wyborach do Sejmu, a
niemieckie organizacje otrzymują pomoc na projekty kulturalne itp. Olbrzymia
część pieniędzy, które Polska przeznacza na finansowanie mniejszości niemieckiej
w Polsce, pokrywa nauczanie języka niemieckiego jako ojczystego, którego uczy
się ponad 33 tys. dzieci.

Jaka jest skala dofinansowania?
– Państwo polskie wydaje na ten cel około 23 mln euro. Po drugiej stronie
granicy sytuacja od lat wygląda tak, że Polacy i polskie organizacje nadal nie
otrzymują żadnej pomocy instytucjonalnej, czyli tej potrzebnej na prowadzenie i
utrzymanie domów i obiektów polonijnych, na prowadzenie własnych mediów itp.
Polacy w Niemczech nie mają też dostępu do publicznych środków masowego przekazu
i nie mogą wybierać własnych posłów. A przypomnę, że mniejszość polska w
Niemczech jest szacowana na blisko 1,5-2 mln osób, tj. 10 razy więcej niż
liczebność mniejszości niemieckiej w Polsce.

Na jaką pulę budżetowych środków mogą liczyć Polacy w RFN?
– Strona niemiecka przeznacza na polonijne projekty kulturalne około 250 tys.
euro. Natomiast jeżeli chodzi o nauczanie języka polskiego jako ojczystego, to
jest on głównie prowadzony w stowarzyszeniach polonijnych. W tym systemie
społecznym uczy się prawie 4 tys. polskich dzieci. Natomiast w szkolnictwie
publicznym języka ojczystego uczy się około 3 tys. dzieci. Ogólnie mniejszość
niemiecka w Polsce otrzymuje od naszego rządu 10 razy więcej środków
finansowych, aniżeli polskie grupy etniczne w Niemczech. Przy czym przeliczając
to na jedno dziecko, ten wskaźnik wyniesie około 100 razy więcej środków (ze
strony Polski, oczywiście). Czyli po stronie niemieckiej są to, jak widać,
środki minimalne.

Z czego wynika ten stan rzeczy?
– Problem wynika z tego, że za traktatem po stronie niemieckiej nie weszły
przepisy wykonawcze, a co za tym idzie – nie przeznaczono środków na realizację
traktatu. Jeden z problemów, jaki był w zapisach traktatu, to fakt, że Polacy
mieszkający na stałe w Niemczech nie byli objęci traktatem, tylko listem
intencyjnym podpisanym przez ministrów spraw zagranicznych – Hansa Dietricha
Genschera i Krzysztofa Skubiszewskiego. W liście tym było wpisane, że obie
strony poczynią starania, by również obywatele polscy mieszkający w Niemczech
byli objęci zapisami traktatowymi. Niemcy przez szereg lat unikali sytuacji, by
spotkać się przy stole i porozmawiać na temat traktatu i sposobu jego realizacji
po obu stronach granicy. Polska strona – do momentu wejścia do Unii Europejskiej
– też na ten punkt nie naciskała. Uważano, że ważniejsze jest to, by nie drażnić
Niemców, by jako adwokat wspierały nas na drodze do Unii. To jednak powodowało,
że sprawy Polaków w Niemczech w dalszym ciągu były odsuwane.

Utrzymywanie tego układu wygenerowało sytuację alergicznej reakcji Berlina
nawet na nieśmiałe uwagi.

– No tak, zwłaszcza że ta sytuacja trwała przez około 13 lat. Pierwsze głosy,
dosyć ostre i zdecydowane, pojawiły się w tej kwestii dopiero za czasów
dwuletnich rządów premiera Jarosława Kaczyńskiego i minister Anny Fotygi – z
wiadomą reakcją po stronie niemieckiej. Bo przecież nasi sąsiedzi zostali
przyzwyczajeni przez minione lata, że realizacja traktatu po ich stronie tak
może wyglądać. Gdy więc ktoś po naszej stronie zaczął się upominać o nasze
prawa, Niemcy zareagowali bardzo "alergicznie", oburzeni faktem, że po tylu
latach może się nam nie podobać trwająca sytuacja.

Do tej pory nie zostały też uregulowane kwestie odszkodowań, a ten postulat
znalazł się w traktacie.

– Przez dwadzieścia lat nie dyskutowano o kwestii rekompensat i odszkodowań za
to, co wydarzyło się w okresie II wojny światowej, a przede wszystkim o
likwidacji polskich organizacji, głównie Związku Polaków w Niemczech, o
odebraniu Polakom prawa mniejszości narodowej, konfiskaty majątków, aresztowania
i wymordowania znacznej części działaczy.

Bundestag przyjął uchwałę na 20-lecie traktatu, w której – choć po części –
przyznaje Polsce rację. To prognostyk zmiany w podejściu do problemu?

– Ta uchwała jest jakimś dobrym początkiem. Niesie ona sporo pozytywów, ale ma
także słabe strony. Do pozytywnych zaliczyć można to, że po raz pierwszy
wymieniono sprawę polskiej mniejszości narodowej przed wojną i jej działaczy
oraz konieczność ich rehabilitacji i odszkodowań za zabrane majątki. Poza tym po
raz pierwszy jasno i wyraźnie wymienione zostało w tej uchwale, że mówi się o
Polonii niemieckiej i Polakach mieszkających w Niemczech. Do tej pory tego typu
sformułowanie w ogóle nie występowało. Oczywiście unika się jak ognia sprawy
mówienia o polskiej mniejszości w Niemczech, ale uważam, że jest to osobny
temat, który wymaga dłuższych rozważań i dyskusji. Pozytywem jest też to, że
zauważono, iż trzeba wesprzeć nauczanie języka polskiego, czy otworzenie biura
organizacji polskich w Niemczech z siedzibą w Berlinie. To wszystko zostało
jednak podjęte jedynie przez Bundestag. Ale teraz wszystko będzie zależeć od
tego, czy za tą uchwałą pójdą przepisy wykonawcze i środki. Jest też pytanie,
jak szybko ten proces będzie wdrażany.
Z drugiej strony nie mówi się nic w tej chwale Bundestagu o olbrzymiej
dysproporcji, jaka nastąpiła do tej pory w realizacji traktatu. Myślę więc, że
strona polska powinna wreszcie jasno i wyraźnie powiedzieć, że przez 20 lat
mniejszość niemiecka w Polsce była objęta czułą i pełną opieką, podczas gdy
podobna sytuacja nie miała miejsca w przypadku mniejszości polskiej w Niemczech.

Najważniejszy, najpilniejszy problem do rozwiązania z perspektywy Polaków
mieszkających w Niemczech to…

– Jeśli idzie o przyszłość, to najważniejsza, z mojego punktu widzenia, jest
kwestia nauczania języka polskiego w Niemczech. To, w jaki sposób ta nauka
będzie się odbywała i czy z budżetu Niemiec zostaną wreszcie wyznaczone środki w
takiej ilości, w jakiej powinny być.
Myślę, że polski rząd i polscy politycy doskonale zdają sobie sprawę z problemów
w realizacji traktatu, jakie powstały przez te 20 lat. Mówiono o tym jasno i
wyraźnie przy polsko-niemieckim okrągłym stole, ale prawdopodobnie w celach
polityczno-propagandowych nie chciano tej sprawy nagłaśniać w mediach.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj