Liberalna szajba bluesUcieczka do Nibylandii
Ameryka ma wiele okropnych wad. Z Ameryką można prowadzić wiele sporów i nigdy nie zgodzić się na przykład z infantylizmem i naiwnością jej przedstawicieli, tandetnością kultury, pragmatyzmem jej politycznych elit. Ale Ameryka ma też jedną wielką wartość. Jest nią amerykańskie prawo.
To prawo jest stare. Dźwięczą w nim echa czasów, gdy wozy osadników toczyły się po bezdrożach, gdy prawo pięści trzeba było zastąpić prawem chroniącym właścicieli ziemi, którą własnoręcznie uprawiali, oraz ich rodzin. Był to czas, gdy przybysze do tego kraju modlili się żarliwie do Boga przed każdą ważną decyzją, a protestanci i katolicy nie różnili się od siebie w sprawach moralnych. Byli po prostu chrześcijanami, uznawali Dekalog. Gdy większość w głosowaniach nie była zdobywana przez przekupstwo i kłamstwo, lecz oznaczała faktyczną reprezentację obywateli – ludzi ceniących swoją wolność. Bo po nią tu przyjechali – z owładniętej terrorem okupanta Irlandii, z dusznej i zaborczej w stosunku do ich kraju Anglii, z biednych Włoch.
Prawo młodej Ameryki tworzone było z myślą o tych wszystkich ludziach, którzy z bronią w ręku, wśród niezliczonych niebezpieczeństw, pragnęli tworzyć godziwe miejsce do życia dla swoich żon i dzieci. I uczyli własne dzieci szanować swoją ojczyznę. To nie był żaden mit ziemi obiecanej. Tutaj każdy kawałek ziemi, na którym mogła osiąść i utrzymać się rodzina, był dosłownie wyrywany dzikiej przyrodzie i wywalczany w zmaganiach z bezwzględnością przestępców lub Indian nietolerujących obcych przybyszów.
Twarde jankeskie prawo
Konstytucja tego kraju ma ponad 200 lat. Przez Europejczyków, zwłaszcza Francuzów, którzy przeszli przez rewolucję – i kolejne jej „powtórki” w XIX wieku – bywa traktowana jako relikt. Istotnie, w tamtym czasie nie bawiono się w doszukiwanie innych znaczeń podstawowych terminów odnoszących się do życia człowieka i jego możliwych zagrożeń. Konstytucja miała za zadanie bronić życia i ładu społecznego opartego na prawie moralnym, a zatem stanęła na straży rodziny, wolności i swobód obywatelskich. Politycy nie stanowili wtedy jeszcze tak dobrze wyspecjalizowanej grupy nacisku, nie obrośli jeszcze w piórka. Byli najlepszymi, jakich spośród siebie wybrała wolna społeczność. Władza stanowiła bardziej służbę niż przywilej. Rządzący nie traktowali społeczności tego kraju jako masy, którą trzeba umieć odpowiednio manipulować. Jej członkowie byli obywatelami, byli narodem i z tego czerpali swoją dumę.
Stany Zjednoczone nie mają za sobą doświadczenia komunizmu – jak połowa Europy – czy rewolucji. (Poza rewolucją obyczajową roku 1968 – ale nawet ona nie była w stanie zniszczyć podstaw ładu społecznego przez zniesienie konstytucji; „ulepszano” ją jedynie przez przyjmowanie kolejnych poprawek; w latach 1795-1992 przyjęto ich siedemnaście, niektóre z nich dla ładu moralnego państwa okazały się fatalne, proceder zabijania nienarodzonych dzieci jest w wielu stanach „legalny”).
Antonin Scalia, sędzia Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, dostrzega zasadniczą różnicę w dzisiejszym pojmowaniu prawa przez Europejczyków i Amerykanów. „…znaczenie zapisów konstytucyjnych jest takie, jakie miało być, gdy naród w sposób demokratyczny je przyjmował” („Sędziowie nie są królami”, rozmowa z Antoninem Scalią, „Rzeczypospolita” z 24-27 września 2009 r.), twierdzi ten wybitny prawnik, oficjalnie przyznający się do wiary katolickiej. Europejczycy, przeciwnie, uznają, że to do dzisiejszych sędziów należy interpretacja znaczenia pewnych ogólnych terminów w zapisach konstytucyjnych. Ale według jakich kryteriów? „Jakie mogą być inne kryteria poza tym, co ludzie mieli na myśli, gdy uchwalali jakieś prawo?” – uważa Scalia. „Nie ma innych. Alternatywą jest uznanie, że sędziowie są strasznie mądrzy, bo skończyli Harvard lub Yale, muszą więc odpowiadać na wszystkie trudne pytania. Gdzie je znajdują? W swych własnych uprzedzeniach i preferencjach. Tak nie może działać państwo”. Czy mamy prawo stosować dzisiejsze, wyrosłe na poprawności politycznej, łamańce myślowe i językowe do interpretacji przepisów prawa, które są proste, jednoznaczne i logiczne, bo tacy byli tamci Amerykanie, twórcy konstytucji? „Jeżeli wtedy nie uważano, że można zalegalizować zachowania homoseksualne, to nie można wnosić, że konstytucja na to pozwala” – dowodzi Scalia. (Szkoda tylko, że w swych zdecydowanych poglądach jest osamotniony). A zatem konstytucja odczytana zgodnie z jej pierwotnym znaczeniem stoi zawsze za straży tradycyjnej moralności, bo wtedy gdy ją tworzono, po prostu nie istniało coś takiego jak liberalne majstrowanie przy normach moralnych, nie śnił się nikomu relatywizm.
Jeżeli chce się coś tu zmienić, nie ma przeszkód – twierdzi Scalia – ale trzeba zapytać naród. Dopóki naród się nie wypowie, sędziowie nie mają nic innego do roboty, jak uczciwie stosować się do zapisów konstytucji. Nie ma nic gorszego – zdaniem tego obrońcy życia – jak naciąganie do rangi „prawa” swoich własnych przekonań, które u wielu współczesnych sędziów nie mają nic wspólnego z tradycyjnym rozumieniem prawa. „Nie jesteśmy częścią procesu politycznego” – dodaje amerykański sędzia.
Polański przed Benedyktem XVI
Wywiad z Antoninem Scalią jest najlepszym komentarzem do sprawy, która wybuchła siedem dni temu, reżysera Romana Polańskiego. Przez trzydzieści lat uciekał on przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości po skandalu obyczajowym, którego był sprawcą. Jego ofiara miała trzynaście lat. Wywiad ze Scalią ukazał się dzień przed aresztowaniem reżysera w Szwajcarii. W niedzielę wiadomość o zatrzymaniu Polańskiego zelektryzowała wszystkie media. Nieważne było, co mówi Benedykt XVI w Czechach, informacje o papieskiej wizycie zepchnięto na poślednie miejsca serwisów. Ważne było, co działo się w szwajcarskim areszcie. Międzynarodowa gwiazda natychmiast stała się obiektem bezprecedensowej kampanii, celem jej było bezzwłoczne zwolnienie Romana Polańskiego. Zaangażowały się rządy Polski i Francji. W poniedziałek większość mediów dyskretnie przemilczała, za jakie to przestępstwo amerykański wymiar sprawiedliwości ściga reżysera. Kuriozalne uzasadnienie apelu o zwolnienie przedstawili polscy filmowcy (z Andrzejem Wajdą): „Roman Polański jest wybitnym polskim artystą, który wniósł wielki wkład do światowej kultury filmowej, członkiem Stowarzyszenia Filmowców Polskich…”.
Ale co to ma do rzeczy? Czy sława zwalnia od odpowiedzialności za własne czyny, czy równość wobec prawa jest fikcją? Wobec prawa, które w kraju, gdzie dokonano przestępstwa, jest surowe, bo wyrasta z „tak, tak”, „nie, nie” pierwszych pokoleń Amerykanów? A skoro prawo nie zostało zmienione, to znaczy, że prokuratorzy mają ścigać przestępców.
Międzynarodowa mobilizacja obrońców – od ministrów spraw zagranicznych po aktorów z Hollywood i dziennikarzy wszystkich świeckich mediów, to symboliczny obraz, jak liberalizm skutecznie miesza w głowach i rozmywa pojęcia, czyniąc z każdego osądu moralnego farsę. Przestępstwo? Tak, ale można je też nazwać „grzechem” i uznać, że sprawca go dawno odpokutował. Prawo? Tylko wobec niektórych. (Oto zestaw pozostałych argumentów przytaczanych w obronie reżysera: Przecież jego ofiara mu wybaczyła. Wyglądała na starszą, niż była w istocie. Dawno już nie jest nieletnia. Być może sama go prowokowała. Polański ma 75 lat. Jest żonaty, ma dwoje dzieci. Miał ciężkie dzieciństwo. Uciekał z Ameryki nie tylko przed sądem, także „przed medialną nagonką i nienawiścią”. Życie pod presją wyroku jest dla niego najlepszą karą. Wreszcie, sędzia – który już nie żyje – mógł być stronniczy, a cała sprawa jest najprawdopodobniej spiskiem lub czyjąś prywatną zemstą – konkurentów, przedstawicieli politycznych lub narodowych lobbies? – koncepcji jest wiele).
Dzieci rewolucji, czyli sowiecki ślad
I tu tak naprawdę rozpoczyna się najciekawsza część sprawy Polańskiego. W Europie nigdy nikomu jego przeszłość nie przeszkadzała. Spokojnie odbierał nagrody. Udzielał wywiadów. Był wielbiony. Sam powtarzał z dumą, że „ani ta mała [tu wyraz niecenzuralny – E.P.P.], ani wymiar sprawiedliwości nie odbiorą mi wolności”. Oskarżenie amerykańskiego sądu zbywano wzruszeniem ramion – „błędy młodości”, „nie był wyjątkiem”, „wszyscy tak żyli”. Upór amerykańskich śledczych zakończony pojmaniem w Szwajcarii wzburzył tzw. opinię publiczną, czyli dziennikarsko-artystyczno-dyplomatyczny światek, do ostateczności. Ucieczkę reżysera z Ameryki, który nie chciał stanąć przed sądem, bez problemu traktowano jako wybieg, do którego „miał prawo, bo jest wielkim artystą”. Rewolucja obyczajowa, która zaczęła się w Paryżu, rozprzestrzeniła się na Włochy i Niemcy, przetoczyła się przez Stany Zjednoczone, spowodowała, że prawo, sądy, zaczęto – głównie w środowiskach tzw. śmietanki artystycznej – uważać za przeżytek, staroć bez faktycznego znaczenia. Symbol „przemocy” „obrzydliwego”, „zgniłego” państwa, które z natury jest „niesprawiedliwe”, bo zło nazywa złem. Młodzi lewacy w latach 60. i 70. XX wieku na uniwersytetach wyśmiewali się z armii, sądów i rodziny. Pogardzali chrześcijaństwem. Obwieszali się antychrześcijańskimi symbolami. Unikanie odpowiedzialności prawnej – przy coraz większej skłonności do ekscesów obyczajowych i kryminalnych (narkotyki!) – stało się w tych sferach stylem życia.
Dziś zaangażowanie szefa dyplomacji polskiego państwa w zwolnienie reżysera z aresztu i całkowite wymazanie jego konta, pod hasłem, że trzeba tę sprawę „raz na zawsze zakończyć”, jest czymś kuriozalnym. Co do Francji, która co roku, 14 lipca, hucznie obchodzi rocznicę rozpoczęcia rewolucyjnej rzezi, trudno się dziwić gwałtownym zabiegom ministra Bernarda Kouchnera. Także oświadczenie Kancelarii Prezydenta RP, że „bada sprawę”, budzi zdumienie. Skoro winę udowodniono, prawo amerykańskie nie zostało zmienione, a sam Roman Polański przez swoją ucieczkę milcząco przyznał się do tego, co mu się zarzuca – można się obawiać, czy polskie władze nie zostaną oskarżone o wywieranie nieuprawnionego nacisku na wymiar sprawiedliwości innego państwa. Jest to też tak naprawdę deklaracja, że samemu przyjmuje się dziedzictwo anarchistycznej rewolucji.
Nasze tradycje państwowe są zupełnie inne. Ignorowanie tego faktu jest poważnym błędem. Czy aż do takiego stanu może doprowadzić urzędników państwowych „kult gwiazd” szerzony przez bulwarową prasę i niemal religijna ekstaza, w jaką wprawia każdy kolejny film „geniusza kina”, bezdyskusyjnie okrzyczany arcydziełem? Gdzie powaga, rozsądek, umiar i odpowiedzialność? Gdzie właściwe proporcje ocen? Gdzie szacunek dla norm i dla demokracji? I dla własnego urzędu.
Czyżby poważni ministrowie po szczęśliwym uporaniu się z problemem tarczy antyrakietowej zamierzali zabłysnąć przed administracją waszyngtońską deklaracjami, że są po stronie wolności dzieci-kwiatów i że tak przestarzałe kategorie, jak prawo amerykańskie, po prostu ich nudzą?
Ewa Polak-Pałkiewicz
