Antypolonizm nie może być bezkarny

Rozmowa z ks. prof. Waldemarem Chrostowskim, biblistą, wykładowcą na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu


Wiele się mówi o wadze polityki historycznej, tymczasem zbyt wielkich efektów nie widać, na co zwrócił uwagę na naszych łamach w serii artykułów prof. Jerzy Robert Nowak. Obcojęzyczne monografie naukowe dotyczące historii Polski zawierają ogromne uproszczenia, nierzadko kłamstwa i demagogiczne stereotypy. Czarny obraz naszych dziejów nie spotyka się z żadną reakcją. Dlaczego?


– Istnieje kilka powodów, dla których te zjawiska, niezwykle niepokojące i bardzo dla nas szkodliwe, narastają. Po pierwsze, musimy sobie uświadomić prostą, lecz bolesną prawdę, że nie wszyscy są przyjaciółmi Polaków, czyli naszymi przyjaciółmi. W dyplomacji i w środkach masowego przekazu często mówi się o przyjaźniach między politykami, a nawet między narodami. W okresie PRL byliśmy stale przyzwyczajani do mówienia o „wiecznych przyjaźniach” i „wiecznych sojuszach”. Ten sposób patrzenia i uprawiania propagandy zachował się po 1989 r., z tym że gruntownie zmieniliśmy sojusze i przyjaciół. Na skutek narzucania tej polityki forsuje się zakłamany i błędny obraz świata, z którego wynika, że niemal wszyscy są albo wkrótce będą nam życzliwi. Otóż nie, nie wszyscy! Tak, niestety, było w dalszej przeszłości, a potem w XIX i w XX wieku, co znalazło wyraz zwłaszcza podczas II wojny światowej w łamaniu zawartych umów oraz skandalicznym niedotrzymywaniu zobowiązań i sojuszy. Pojawianie się antypolskich wystąpień, tekstów oraz programów to kontynuacja i przejawy tego samego nastawienia, które w zamierzony sposób od dawna obraca się przeciwko Polsce i Polakom.


Ale to nie jedyna przyczyna tego stanu rzeczy?


– Druga perspektywa, w jakiej trzeba postrzegać owe zjawisko, to zupełna bezkarność tych, którzy poczynają sobie w antypolski sposób. Nie możemy liczyć na to, że inni będą bronić naszych interesów albo troszczyć się o nasz wizerunek, ale też nie możemy bezczynnie patrzeć na to, że istnieją środowiska, w których antypolska retoryka i wrogość wobec nas są na porządku dziennym. Tymczasem w kontekście ostatnich transformacji politycznych i społecznych nie wypracowaliśmy żadnych mechanizmów, które pozwoliłyby na to, by tym, którzy nam szkodzą i nas krzywdzą, choćby utrudnić wjazd do Polski czy swobodne przemieszczanie się po naszej Ojczyźnie. Istnieją państwa, wcale nie egzotyczne i totalitarne, lecz powszechnie traktowane jako demokratyczne, do których wjazd każdego obywatela z zewnątrz jest starannie kontrolowany; zdarzają się – i to wcale nierzadko – przypadki odmowy wizy, nawet jeżeli ruch jest na pozór bezwizowy, czy odmowy wjazdu komuś, czyje zamiary są oceniane jako niejasne lub odbierane jako szkalowanie. Tymczasem po Polsce podróżują bez żadnych trudności najrozmaitsze osoby, które mają w oczywisty sposób antypolskie intencje i interesy, podsycają antypolskie nastawienie i kreują wrogi wizerunek Polski, jaki w sobie noszą, ozdabiając go refleksami tego, co mogą w Polsce zobaczyć i usłyszeć.

Po trzecie, brzemienny w dramatyczne konsekwencje jest niemal zupełny brak spójnej polityki historycznej, która odzwierciedla polski punkt widzenia i polski interes narodowy. W ogóle słowo „naród” zeszło po 1989 r. na plan dalszy i w wielu kręgach politycznych brzmi dziwnie, a nawet bywa wyśmiewane i wykpiwane. Ponadto osoby i instytucje powołane, by chronić i rozwijać polską tożsamość oraz reprezentować polską rację stanu, robią to w sposób niechętny czy ułomny, a zdarza się – można cytować liczne przykłady – że przechodzą na stronę wrogich nam kręgów, które z Polski i Polaków otwarcie kpią i szydzą. Działając za pieniądze podatnika (ulubiony zwrot w pewnych środowiskach), obracają swoją działalność przeciw tym, którzy na nich łożą. Trzeba zatem znacznie uważniej przyglądać się działalności Ministerstwa Spraw Zagranicznych i polskich placówek kulturalnych, które w najbardziej newralgicznych punktach, jak Rzym, Paryż i Berlin, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych, nie zawsze działają dostatecznie wyraziście na rzecz polskiej racji stanu, promowania polskiej kultury, pokazywania polskiej historii i obecnej rzeczywistości taką, jaka ona jest naprawdę. Do tego dochodzi pewne uwarunkowanie wewnątrzpolskie. Znajomość historii oraz poczucie dumy narodowej coraz bardziej zanikają. Bez przerwy jesteśmy zachęcani, by patrzeć wyłącznie w przyszłość, bez oglądania się w przeszłość. Ale taka strategia nie ma sensu, ona tylko osłabia poczucie narodowej tożsamości, spójności i godności. Nasza wewnętrzna słabość przeplata się więc z tendencjami antypolskimi, które idą z zewnątrz, a czasami również od wewnątrz, a wtedy zagrożenie jest jeszcze większe.

Musimy postawić sprawę jasno: wszyscy obywatele polscy, wszyscy, którzy mieszkają na terenie naszego kraju i posiadają polski paszport, powinni traktować Polskę jak swoją Ojczyznę. Podstawową zasadą każdego, kto się tutaj urodził, czy tutaj żyje, powinna być lojalność – lojalność względem własnej Ojczyzny. Zbyt często spotykamy się z postawami, gdy bez żadnej żenady są składane deklaracje typu: „opuszczam ten kraj”, „wyjeżdżam z tego kraju”. Słowo „ojczyzna” zostało zastąpione przez „ten kraj”, a w tym określeniu pobrzmiewa mnóstwo niechęci i pogardy, dystansu emocjonalnego, psychologicznego i duchowego wobec wszystkiego, kim jesteśmy i co się u nas dzieje. Skutki tego są naprawdę opłakane. Jeszcze gorzej, gdy takie nastawienie jest przenoszone do szkół i gdy w takim duchu są wychowywane dzieci i młodzież, a to, niestety, też się zdarza.


Bardziej musimy więc zachęcać odpowiednie władze, by podejmowały działania w obronie dobrego imienia Polski?


– Władzy nie powinniśmy zachęcać, my musimy od niej tego wymagać, bo samo zachęcanie niczego nie gwarantuje ani do niczego nie prowadzi. Problem w tym, że na naszych oczach gwałtownie postępuje erozja władzy. W ostatnich latach nasiliła się absolutna bezkarność sprawujących władzę, brak jakiejkolwiek odpowiedzialności, nawet tzw. politycznej, nie mówiąc o perspektywie etycznej czy moralnej, która jest zupełnie nieobecna w życiu publicznym. W tym miejscu na myśl przychodzą prorocy Starego Testamentu. Ileż w księgach biblijnych mamy odniesień do ówczesnej rzeczywistości Izraela, ileż surowych napomnień i potępień pod adresem tych, którzy źle sprawują władzę, którzy pełni są pychy, chciwości, obłudy, egoizmu i fałszu, którzy karmią się ludzką krzywdą, wydają niesprawiedliwe wyroki i tuczą się na biedzie innych. Ten profetyczny wymiar wiary w Boga Jedynego powinien być również obecny w naszej religijności i naszej wierze! W Starym Testamencie roi się od potępiania zgubnych sojuszy politycznych, złudnego oglądania się na sąsiadów, dalekich czy bliskich. Gdybyśmy cały ten potencjał prorockiego obrachunku z rzeczywistością usunęli z Biblii, co by w niej pozostało? Natomiast dzisiaj uparcie powtarza się nam, często za naszym milczącym przyzwoleniem, że Kościół powinien trzymać się z dala od polityki, że religia i polityka nie mają ze sobą nic wspólnego, co jest oczywiście karygodną nieprawdą. Życie publiczne, społeczne i polityczne winny być tak samo przedmiotem oceny moralnej i religijnej jak każda inna dziedzina życia. Właśnie dlatego pilnie potrzeba dzisiaj profetycznego dynamizmu, jaki cechował bohaterów wiary Starego Testamentu oraz jaki cechował Jezusa i był obecny w Kościele apostolskim. Współczesne życie religijne jest poważnie okrojone i okaleczone, spychane w tzw. sferę prywatności, na skutek czego coraz bardziej brakuje gruntownej, rzetelnej i odważnej religijnej oceny tego, co się wokół nas i w nas dzieje. Lecz należy postawić tę sprawę jasno: przeciwstawienie się wszechobecnej i dysponującej olbrzymimi środkami propagandzie, która tak dogłębnie ogłupia ludzi, wymaga odwagi i bardzo wiele kosztuje. Łatwiej, to znaczy wygodniej, jest milczeć, co jeszcze bardziej nakręca spiralę ideologizacji i propagandy.


Mamy więc doczynienia z chowaniem głowy w piasek, chociażby przez MSZ, które rozkłada ręce wobec fali oczerniających Polskę zagranicznych publikacji. A nawet gorzej: nieobiektywni, nieżyczliwi nam obcy historycy otrzymują doktoraty honoris causa polskich uczelni! Czy jesteśmy też świadkami erozji życia naukowego?


– Ona już dawno nastąpiła, a od kilkunastu lat zmieniła jedynie swój charakter i kierunki. Ci sami ludzie, którzy pisali historię w okresie PRL, wcale nie zaniechali tego w nowych warunkach. Pod tym względem nie było żadnego obrachunku z przeszłością ani z tymi, którzy przez dziesięciolecia wypaczali wizerunek naszych dziejów, nie tylko najnowszych. Raz jeszcze – nie widzę lepszego słowa – zupełna bezkarność sprawiła, że z tego, co złe, z konformizmu, z umiejętności układania się i naginania do doraźnych okoliczności, ze służalczości i łatwego zysku uczyniono cnotę. Jeszcze niedawno kilka prominentnych osób polskiego życia publicznego uparcie powtarzało, że „tylko krowa nie zmienia poglądów”. Dlatego ludzie rzetelni, prawi i szlachetni są spychani na margines, a odbywa się to za głośnym przyzwoleniem tzw. autorytetów. W wysokonakładowej gazecie publikowano co jakiś czas ich listę, od kilku lat zaniechano tego procederu, bo pewne „autorytety” się wyświechtały i skompromitowały. Jeżeli mają miejsce takie zjawiska, iż człowiek, który kreśli i propaguje czarny obraz Polski i Kościoła katolickiego, otrzymuje doktoraty honoris causa polskich uczelni, trzeba postawić pytanie, o co w tym wszystkim chodzi. Trzeba się przyjrzeć, kto był promotorem owych doktoratów, kto je recenzował, kto przedstawiał, jak brzmiała argumentacja, jak zafałszowywano wizerunek doktora honoris causa na użytek członków rad wydziału czy senatów poszczególnych uczelni. Wnikliwe zbadanie owych mechanizmów oraz przyjrzenie się im odkryje coś z prawdy o tym, co się w Polsce aktualnie dzieje. Myślę, że wcześniej czy później do tego dojdzie, dojść powinno. Nie trzeba przekonywać, że tego typu żądania i postulaty natychmiast natrafiają na ostracyzm, ponieważ ci, którzy przyzwyczaili się do wygodnego życia i czerpią z niego różnorakie zyski, niełatwo ustępują miejsca prawdzie. Pozostają też ciągle bardzo wpływowi, ale i ich czas przeminie.


Narzucanie tendencyjnej interpretacji historii ułatwia kiepska edukacja historyczna…


– Te sprawy zazębiają się ze sobą, bo słaba edukacja historyczna sprzyja temu, by forsować jednostronne i negatywne stereotypy, a z kolei ich forsowanie powoduje osłabianie poziomu edukacji. Istnieje tutaj sprzężenie zwrotne, które trudno przerwać. Słaba edukacja ma to do siebie, że rozmywa i osłabia tożsamość, najpierw dzieci, potem młodzieży, a w końcu dorosłych, na skutek czego zagubiony człowiek nie wie, kim jest. Skoro nie wie, kim jest, nie bardzo jest zainteresowany tym, żeby rozmawiać o sprawach, o których nie ma pojęcia.


Może więc powinna powstać odrębna instytucja, która monitorowałaby antypolonizm w świecie, ale i podejmowała działania na rzecz tworzenia pozytywnego obrazu naszej Ojczyzny. Są przecież kraje, które znakomicie wykorzystują historię jako narzędzie uprawiania polityki.


– Modelowym państwem, w którym troska o przeszłość, teraźniejszość i przyszłość idą ze sobą w parze, jest Izrael. Tam doskonale widać pożytki i korzyści oraz umiejętność uprawiania historii. Chodzi o to, by analogiczne mechanizmy i sposób podejścia, a więc w konsekwencji poważne traktowanie przeszłości, skutecznie przenosić na nasz grunt, odwzorowując polski i chrześcijański punkt widzenia. Ale tutaj zaczynają się problemy. Okazuje się, że to, co w Izraelu jest dobre i godne pochwały, u nas jest przedstawiane jako naganne i wyśmiewane. Okazuje się, że to, co tam jest cenne i przynosi znakomite rezultaty, u nas jest niedopuszczalne i nie można nawet o tym myśleć. Wyraźnie widać jakąś schizofrenię! Albo może chodzi o nacisk, żebyśmy nie umieli, nie potrafili czy nie chcieli umacniać własnej tożsamości. Dzisiaj, kiedy świat coraz bardziej się otwiera, każdy, kto pojedzie do Izraela, np. podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej, widzi, jak silne jest poczucie tożsamości i godności Izraelczyków. Można powiedzieć tak: gdybyśmy w tej trosce o przeszłość i tożsamość umieli ich naśladować, udałoby się nam osiągnąć znacznie więcej. Jednak również pod tym względem nie mamy sojuszników, nie mamy pomocy, nie mamy środków, a i sami nie posiadamy tej świadomości, którą dostrzegamy i podziwiamy u innych.


Potrzeba więc zaangażowania z różnych stron?


– Wszyscy, którzy odpowiadają za życie publiczne i społeczne, ponoszą ogromną odpowiedzialność, i to nie jakąś nieokreśloną, wobec niejasnej przyszłości i nie wiadomo kogo, ale konkretną odpowiedzialność dzisiaj. Dochodzi ona do głosu przede wszystkim wtedy, gdy działalność osób sprawujących władzę staje się przedmiotem odważnej oceny religijnej i moralnej. W Polsce brakuje dzisiaj odwagi, przez całe lata oduczono nas odważnego oceniania rzeczywistości, wyśmiewając, kpiąc, wytykając palcami. Pod pewnymi względami sytuacja jest nawet o wiele gorsza niż 20 czy 30 lat temu. Wtedy czasy nie sprzyjały uprawianiu rzetelnej historiografii, ale przynajmniej każdy o tym wiedział. Dzisiejsze czasy również jej nie sprzyjają, natomiast istnieje wrażenie, że wszystko jest w najlepszym porządku. I to właśnie jest chore!


Obcojęzyczne publikacje dotyczące historii Polski często niosą negatywny obraz Kościoła, pełen antykatolickich mitów i tandetnej propagandy. Jaka powinna być nasza odpowiedź?


– Kościół, czyli my wszyscy, którzy jako wyznawcy Jezusa Chrystusa go tworzymy, powinniśmy podnieść się z marazmu i zdać sobie sprawę, że to, co dotyczy Kościoła, dotyczy każdego z nas. Ataki na Kościół mają bardzo często jako podglebie wrogość wobec Jezusa Chrystusa. Przykładu dostarcza tegoroczny patron – św. Paweł. Na drodze pod Damaszkiem, jeszcze jako prześladowca Kościoła, usłyszał: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz? – Kto Ty jesteś, Panie? – Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz”. Coś podobnego ma miejsce również dzisiaj! Kościół katolicki zawsze był w Polsce nierozerwalnie związany z dziejami Narodu, o czym wszyscy ci, którzy nas atakują i nam szkodzą, doskonale wiedzą. Jeżeli by się udało oddzielić Kościół od naszego życia narodowego i społecznego, jeżeli udałoby się Kościół ośmieszyć i osłabić, co bardzo często się dzieje, także od środka, to wtedy łatwiej będzie uporać się z Narodem. Pamiętajmy, że kiedy z początkiem II wojny światowej uderzyli na nas Niemcy i Sowieci, zaczęli od duchownych oraz od nauczycieli i inteligencji, w przekonaniu, że z ludźmi prostymi szybko sobie poradzą. Chociaż czasy się zmieniły i obecne wyzwania nie są aż tak dramatyczne jak tamte, ta sama strategia nadal obowiązuje. Jednym ze specyficznie antypolskich i antykatolickich posunięć jest ponawiane osłabianie natury, roli i autorytetu Kościoła. To się odbywa nagminnie i jest zręcznie zaplanowane. Wobec tego zagrożenia Kościół ma tylko jeden sposób postępowania: odważnie głosić prawdę, nawet jeżeli jest ona niewygodna oraz nawet jeżeli jej głoszenie natrafia na dotkliwe przeszkody i powoduje represje.


Dziękuję za rozmowę.

Małgorzata Rutkowska

drukuj