Przyszłość mediów katolickich w Ameryce w XXI wieku

Nadszedł czas, by katolicy na całym świecie upomnieli się o swoje prawo do publicznego, wolnego i nieskrępowanego zabierania głosu i odmówili przyzwolenia na bycie zastraszanym – aż do stania się niewolnikami mediów – przez świecki fundamentalizm.

W niniejszym wystąpieniu przedstawię argumenty na rzecz dwóch zasadniczych tez. Po pierwsze, twierdzę, że pomyślna przyszłość mediów katolickich w Ameryce XXI wieku w dużej mierze zależy od zrozumienia i porzucenia niespójnych oświeceniowych poglądów na temat nauki, filozofii, natury ludzkiej, wolności, szczęścia i kapitalizmu, które właściwie zdominowały w XX wieku amerykańską kulturę oraz drukowane i elektroniczne media.
Po drugie, przezwyciężenie tych „defektów” w amerykańskich mediach będzie wymagało globalnego wysiłku ze strony katolickich mediów, instytucji edukacyjnych, fundacji, wydawnictw, organizacji filozoficznych, naukowych i kulturalnych, a także ze strony Stolicy Apostolskiej. Wysiłek ten jest konieczny, by przywrócić właściwe rozumienie natury ludzkiej, wolności, filozofii, nauki, kapitalizmu, szczęścia i polityki oraz by wprowadzić je do Kościoła jako całości, w tym do kultury katolików amerykańskich.

Oświecony porządek rzeczy

Przez kilka wieków na Zachodzie, a zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, próbowaliśmy skonstruować nowy utopijny porządek świata oparty na naiwnym przekonaniu, że odkrywszy w fizyce mechanistycznej klucz do prawdziwej nauki, posiedliśmy zarazem klucz do zbudowania nieba na ziemi. Ponieważ żywiliśmy to przekonanie przez wiek XVIII i XIX, zbudowaliśmy instytucje kultury i nowe media, które umacniały pogląd, że cała ludzka wiedza może zostać zredukowana do użyteczności, że aby być postępowym, nowoczesnym szczęśliwym, nie potrzebujemy poświęcać się dłużej intelektualnym poszukiwaniom teoretycznym, takim jak filozofia czy teologia, czy też abstrakcyjnym i niepraktycznym zajęciom, takim jak metafizyka czy religia. Gdy staliśmy się już „oświeceni” i „postępowi”, przekroczyliśmy te zacofane sposoby myślenia i zdaliśmy sobie sprawę, że zasadniczo cała nauka jest ukierunkowana na wynalazki: na rozwijanie techniki i pomnażanie bogactwa.
Intelektualnie kultura amerykańska była – i ciągle jest – zdominowana przez protestancką nieufność do rozumu teoretycznego i sceptycyzm wobec takiego rozumu, który docieka natury rzeczy i spekuluje o źródłach wszystkiego. W swych intelektualnych principiach kultura amerykańska, podobnie jak kultura brytyjska, pokłada zaufanie w tym, co Amerykanie nazywają „rozumem praktycznym”. „Draśnijmy” intelektualnie kogokolwiek z Amerykanów, a znajdziemy teoretycznego sceptyka, zsekularyzowanego protestanta: kogoś, kto pokłada ufność w nauce, tj. mechanistycznej fizyce i technice, ale w pozostałych obszarach jest w dużym stopniu sceptyczny. W oświeceniowej kulturze protestanckiej, a dokładniej mówiąc w „oświeceniowej kulturze socjalistycznej”, rozum praktyczny nie jest rozumem. Jest to czysta ludzka dobra wola, działająca w łączności z niewinną ludzką wyobraźnią i Boską Opatrznością – to pokładanie ufności w Bogu, który poprzez indywidualne objawienie prowadzi ludzką wolę i wyobraźnię. Oprócz teoretycznego sceptycyzmu kultura amerykańska jest – i wydaje się, że zawsze była – zdominowana przez poczucie tego, co Amerykanie zwykli nazywać „protestancką winą”, czyli poczuciem winy za odniesienie ekonomicznego sukcesu. Nie wszyscy Amerykanie są tym poczuciem owładnięci, nawet nie wszyscy Amerykanie-protestanci. Wielu protestantów żywo przeciwko temu protestuje, ale jest to postawa szeroko rozpowszechniona w amerykańskiej popkulturze i wydaje się mieć swe korzenie w manicheizmie.
Wśród Amerykanów zasadniczo dominują intelektualnie dwie opozycyjne postawy kulturowe, które katolickie media muszą dokładnie pojąć, aby móc się rozwijać w XXI wieku. Pierwsza z nich to oświeceniowe poczucie wezwania, powołania czy też utopijne marzenie, by wykorzystać prawdziwą naukę do uwolnienia zacofanego świata z jego zacofania. Druga natomiast to niewygodna manichejska postawa wobec indywidualnego i narodowego sukcesu ekonomicznego jako czegoś, co jest rezultatem chciwości i samolubstwa.
W pierwszej połowie XX wieku Amerykanie przewodzili światu, gdy chodzi o rozwój środków społecznego przekazu, stacji radiowych i telewizyjnych, przemysłu filmowego i instytucji edukacyjnych, i czynili to, by wspierać nasz utopijny pogląd na temat szczęścia i cudowności nauki. Idąc śladami naszych przodków z brytyjskiego oświecenia, przekonaliśmy samych siebie, że mętność, niekompetencja i błędy naszych zmysłów oraz zdeprawowanie spekulatywnego rozumu (a takie są zmysły i rozum, jeśli zostaną pozostawione same sobie) wymagają, byśmy kontrolowali je technicznie tak, aby mogły kontaktować nasz intelekt z rzeczywistością i czynić nas „naukowo i prawdziwie” wolnymi.
Stworzenie nowego oświeconego porządku rzeczy wymagało wykorzystania każdej dostępnej techniki – by zniszczyć i wyjść poza to, co zostało ze starego, zacofanego porządku świata i a zbudować wszystko od nowa. Ponieważ jednak nie posiadaliśmy ani filozofii, ani metafizyki, by przekonać ludzi do akceptacji tego, co czyniliśmy dla przemienienia wszystkiego wokół nas, musieliśmy wykreować masowe mity oraz masowe środki przekazu dla promowania tych mitów na całym świecie z ewangelicznym zapałem. W ramach takiego światowego porządku nie było potrzeby, by istniały media katolickie.

Media i wolny rynek

W XX wieku na Zachodzie media amerykańskie były więc świadkiem rozwoju naukowych mitów i utopijnego marzenia amerykańskiego progresywizmu; zaś Amerykanie przyglądali się mediom w Europie, które tworzyły naukowe mity i utopijne marzenia marksizmu, faszyzmu i nazizmu. Podczas gdy w wielu miejscach w Europie scentralizowane media rządowe zasadniczo promowały oświeceniowe marzenia utopijnego życia, w Stanach Zjednoczonych w dużej mierze rozwijały się dzięki dolarom płynącym z reklam i dzięki rozwojowi wielkiego biznesu.
Choć depresja gospodarcza w latach trzydziestych XX wieku zachwiała zaufanie Amerykanów do wielkiego biznesu oraz spowodowała, że wielkich przedsiębiorców przedstawiano jako chciwych i samolubnych, wielki biznes odegrał kluczową rolę w rozwoju przemysłu rozrywkowego, który pomógł Amerykanom pokonać depresję emocjonalną spowodowaną kryzysem gospodarczym, oraz w rozwoju kompleksu militarno-przemysłowego, który pomógł zakończyć depresję gospodarczą. Choć więc Wielki Kryzys osłabił ufność Amerykanów pokładaną w wielkim biznesie, większość z nich nigdy nie straciła wiary w kapitalizm.
W tym samym czasie rozwój dwudziestowiecznych mediów w Stanach Zjednoczonych wydawał się mieć zasadniczo charakter demokratyczny. Do pewnego stopnia jest to prawda. Amerykańscy politycy mieli znacznie mniejszą bezpośrednią kontrolę nad rozwojem mediów w Stanach Zjednoczonych w XX wieku niż politycy w Europie. Amerykańscy politycy – by ich wybrano i by zdołali utrzymać się na stanowisku – byli silnie uzależnieni od wsparcia wielkiego biznesu; a wielki i mały biznes zależał od polityków, którzy byli w stanie pomóc w przeprowadzeniu prawnych regulacji umożliwiających pozostanie w biznesie. Zirytuj nieodpowiedniego polityka, chłopaka od mobbingu czy bankiera inwestycyjnego w Stanach Zjednoczonych XX wieku, a dział reklam w twojej gazecie czy twój biznes długo nie przetrwa!
Przez cały wiek XX media w Stanach Zjednoczonych były napędzane kapitalizmem, a amerykański kapitalizm rzekomo zależał – i ciągle zależy – od wolnego rynku. A wobec tego w jakimś stopniu rozwój i zwiększanie się liczby środków społecznego przekazu w Stanach Zjednoczonych w XX wieku zależały od istnienia wolnego rynku.
I to także jest jedynie częściowo prawdziwe. Niekiedy wolny rynek w USA nie jest tak wolny, jakby się wydawało. Nie mówię tego jako wróg wolnego rynku czy adwokat nowoczesnego socjalizmu. Uważam, że nowoczesny socjalizm, który nazywam „socjalizmem oświeceniowym”, jest istotowo zniekształcony, zakorzeniony w sceptycyzmie i zsekularyzowanej fundamentalistycznej postawie wobec ludzkiego poznania. Jeśli dobrze go rozumiem, pokłada on ufność w czymś, co nazywa się „nauką” na mocy ślepej wiary, a co redukuje do technicznej manipulacji fizycznym kosmosem: do fizyki mechanistycznej. Uważa on, że poza fizyką mechanistyczną cała ludzka wiedza jest opinią, aktem wiary, który oświeceniowi socjaliści skłonni są utożsamiać ze szczerym społecznym poczuciem – takim jak wybawienie planety od globalnego ocieplenia.
Ufam wolnemu rynkowi i uważam, że jest on kluczem do promowania pomysłów, których rezultatem jest dobrobyt ekonomiczny. Problem, który dostrzegam w kapitalizmie wolnorynkowym, nie ma nic wspólnego z kapitalizmem. Ma za to wiele wspólnego z faktem, że wolne rynki bynajmniej nie są wolne. „Kapitalizm” rozumiem jako synonim „zdrowej gospodarki”; polega on na sprawiedliwej, uczciwej, wzajemnie korzystnej wymianie własności, dóbr i usług, które ludzie prawowicie posiadają i świadczą. Obok innych rzeczy zależy on od swobodnej wymiany, pomysłowości i respektowania prawa do własności prywatnej.
Wolny rynek zależy jednakże od uczciwych sądów, sprawiedliwych działań prawnych i uczciwego systemu bankowego. Jednakże w Stanach Zjednoczonych sądy i banki stają się coraz bardziej skorumpowane. Były takie przez większość XX wieku i takie pozostały.
Głównym problemem towarzyszącym brakowi wolnych rynków jest to, że rynki te mają skłonność do produkowania „socjalizmu dla bogatych” i rzekomo wolnych mediów, które tak właściwie nie są wolne. Wolne rynki opierają się na zależnej od okoliczności wolności oraz równości szans. Muszą umożliwiać osobom posiadającym kwalifikacje wejście w ekonomiczny wyścig i pozwalać uczciwie konkurować. Nawet prawdziwie wolne rynki mają tendencje do „produkowania” nierówności wyników owego wyścigu i konkurencji, tj. koncentrację bogactwa w rękach kilku – socjalizm dla bogatych. Gdy ta tendencja się nasila, jednostki i główne korporacje mogą stawać się tak bogate, że „produkują” nierówność, która niszczy wolność i równość szans.
Dlatego też, by można było prowadzić uczciwą działalność ekonomiczną, uczciwe wolne rynki muszą strzec się przed skorumpowanymi praktykami biznesowymi i monopolami, które zagrażają wolności i równości szans i tworzą socjalizm dla bogatych. W nieuczciwych, fałszywych wolnych rynkach socjalizm dla bogatych (oligarchia, plutokracja) jest nieunikniony.

Nowy początek

Wzięcie pod uwagę kwestii związanych z kapitalizmem wolnorynkowym i środkami społecznego przekazu, wielkości sum koniecznych do ich tworzenia i prowadzenia w USA w XX wieku oraz kluczowych poglądów na naukę, biznes i szczęście, które zdominowały kulturę tego czasu, pomaga wyjaśnić, dlaczego Kościół katolicki nie rozwinął mediów w tym okresie. Przez dużą część XX wieku większość katolików amerykańskich uwierzyło w mit tzw. amerykańskiego snu (american dream). Tak jak większość Amerykanów, także większość katolików ufała amerykańskim przywódcom biznesowym, politykom i amerykańskiemu systemowi prawnemu. Gros katolików było zadowolonych ze swojego losu.
Większość mediów katolickich w Stanach Zjednoczonych, które powstały w XX wieku, to gazety diecezjalne i parę lokalnych programów radiowych. Dopiero w ostatnich kilku dekadach katolicy w USA spróbowali stworzyć media telewizyjne. Najbardziej chlubnym wyjątkiem w ramach tego zjawiska była katolicka osobowość telewizyjna – ks. abp Fulton J. Sheen.
Jak sądzę, nie przez przypadek ks. abp Sheen zaczął mieć wpływ na Stany Zjednoczone po II wojnie światowej. Wojna ta stała się początkiem nowego świata, w którym i Amerykanie, i inne nacje zaczęli coraz bardziej zdawać sobie sprawę, że technika, którą pomogła stworzyć nowoczesna fizyka, wymknęła się spod racjonalnej kontroli i w coraz większym stopniu zagraża życiu człowieka i wolności jednostki. Nowoczesna nauka, która miała być przyjacielem osobistej wolności, w coraz większym stopniu stała się jej wrogiem, i tak była postrzegana. Oddzieliwszy mądrość od nauki w wiekach XVIII i XIX, od połowy XX Amerykanie nie posiadali już ludzkiej mądrości, do której mogliby się zwrócić, aby zrozumieć choćby własne problemy, nie wspominając już o ich rozwiązywaniu. Bez takiej mądrości współczesna nauka zaczęła postrzegać człowieka jako element fizycznej przyrody i nic więcej, element, który należy kontrolować za pomocą techniki, aby stał się nowoczesny, postępowy i prawdziwie wolny. I Amerykanie w coraz większym stopniu przestawali wierzyć, że nauka zredukowana do bogactwa postępu technicznego jest przyjacielem wolności jednostki.
Medialny wpływ ks. abp. Sheena zaczął oddziaływać krótko po tym, jak rektor Uniwersytetu Chicago Robert M. Hutchins oraz Mortimer J. Adler zdali sobie sprawę, że edukacja, która redukuje naukę do mechanistycznej fizyki, czyni naukę wrogiem osobistej wolności człowieka. Starali się więc wzmocnić szacunek dla wolności osobistej człowieka w amerykańskiej edukacji przez powrót do czytania Wielkich Ksiąg; a katoliccy intelektualiści, tacy jak Jacques Maritain czy Étienne Gilson argumentowali, że tylko reintegracja ludzkiej mądrości i nauki może uchronić przyszłe pokolenia od zniewolenia politycznego, a Zachód – od samozagłady.
W latach sześćdziesiątych XX w. amerykańska młodzież zaczęła sobie zdawać sprawę z tego, co Adler, Hutchins, Maritain, Gilson i ks. abp Sheen twierdzili dekady wcześniej, a Gabriel Marcel ostatnio zaczął bronić: że źle rozumiana nauka oświeceniowa i ideologiczna kultura, którą zrodziła, stały się wrogami wolności osobistej człowieka. Jednakże będąc pozbawiona zaplecza edukacyjnego, by zrozumieć swoją sytuację i przeciwdziałać negatywnym skutkom, które dla wolności człowieka przyniosła oświeceniowa redukcja nauki do technicznej kontroli nad naturą, młodzież lat sześćdziesiątych XX wieku uległa oświeceniowemu substytutowi prawdziwej wolności: propagandzie medialnej, wyzwoleniu seksualnemu i narkotykom. Jednocześnie młodzi ludzie przestali ufać amerykańskim instytucjom politycznym i zaczęli uważać wszelki biznes, który miał na celu osobisty zysk ekonomiczny, za egoizm i przejaw chciwości.
Nieświadomie wciąż przyjmowali oświeceniowe socjalistyczne poglądy na wolność i naukę, wciąż akceptowali równoważność pojęcia prawdziwej nauki z pojęciem technicznej kontroli nad przyrodą i twierdzili, że nauka i wolność osobista są wrogami. Stąd też uwierzyli twierdzeniu, że jedynym rodzajem prawdziwej wolności jest wolność socjalistyczna, gdy już nie jesteśmy manipulowani przez technikę, która promuje wielki zysk płynący z wielkiego czy małego biznesu i wspiera pogląd, że celem nauki jest uczynienie nas bogatymi. Zamiast tego musimy być manipulowani przez technikę, która propaguje nasze całkowite wyzwolenie z przeszłości, z tradycji, która promuje utopijny mit, że jesteśmy całkowicie bezinteresownymi twórcami nowego porządku światowego. Potrzebujemy, aby wyzwolono nas przez „oświeconą”, a nie przez nieoświeconą technikę. Nieoświecona technika głosi pogląd, że nadrzędnym celem techniki jest uczynienie nas bogatymi. Oświecona technika promuje społeczne poczucie solidarności klasowej, tolerancji, jedności świadomości społecznej, bycia jednością z planetą i kosmosem: to, co mój przyjaciel Tom Michaud nazywa „ekopoganizmem” oraz „wyżowym (tak jak w wyżu demograficznym) utopizmem” oświeceniowych sofistów, jak Al Gore.
Zbliżając się do końca XX wieku, rozwój techniczny w mediach Zachodu następował w sposób, którego żaden twórca oświecenia czy radykał amerykański lat 60. XX wieku nie mógł przewidzieć. Podczas gdy zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę wywołało nieufność do techniki, internetowa rewolucja zaczęła odbudowywać zaufanie do techniki, szczególnie wśród młodszego pokolenia. To samo utożsamianie nauki i techniki, które w miarę zbliżania się końca II wojny światowej wywołało wśród Amerykanów i Europejczyków brak zaufania do techniki jako wroga osobistej wolności człowieka, zaczęło wyzwalać miliony ludzi z marksistowskiego ucisku.

Czas na katolickie media

Scentralizowana kontrola nad środkami społecznego przekazu zaczęła się rozpadać. Masowa komunikacja stała się zdecentralizowana, ekonomicznie dostępna i zaczęła zagrażać socjalistycznej kontroli nad mediami. Komunikacja masowa nie mogła już być zmonopolizowana przez politycznych biurokratów czy bankierów. Jej istnienie przestało być zależne od pieniędzy z reklam czy kontrolowanego socjalistycznie wielkiego biznesu. W ten sposób internet umożliwił stworzenie globalnych mediów katolickich, zdolnych położyć wreszcie kres tezom głoszonym przez oświeceniowy socjalizm i wprowadzić właściwe rozumienie natury ludzkiej, szczęścia, filozofii, mądrości, wolności, nauki i ekonomii. Nadszedł czas na nowe rozumienie relacji między nauką a naturą ludzką. Aby skorzystać z tej sprzyjającej okoliczności, aby uchwycić ten dzień w XXI wieku, potrzebowaliśmy – jak to widzieli Adler, Maritain, Gilson, ks. abp Sheen i Marcel – i ciągle potrzebujemy gruntownej reformy edukacji katolickiej, powrotu do naszych filozoficznych i teologicznych klasyków i do naszego dziedzictwa.
Dekady temu w przemówieniu na sesji Narodów Zjednoczonych Jacques Maritain powiedział, że chcąc ochronić i zachować godność nauki i skierować wykorzystywanie nowoczesnej techniki na dobro świata, a nie na jego zniszczenie, musimy przywrócić właściwe rozumienie osoby ludzkiej i wszczepić to rozumienie – wraz z dyscyplinami, które je wspierają – w nauki fizykalne. Musimy ponownie włączyć w nauki fizykalne i kulturę prawdy z naszego klasycznego, etycznego, metafizycznego i religijnego dziedzictwa.
Maritain miał rację. Rację miał również Papież Benedykt XVI w encyklice „Caritas in veritate” w rozdziale 1 paragrafie 19, gdy cytując Papieża Pawła VI, powiedział nam, że pośród innych rzeczy, wizja rozwoju, postępu jako powołania człowieka wymaga dzisiaj „ludzi zdolnych do wnikliwej refleksji, poszukujących nowego humanizmu, dzięki któremu człowiek współczesny mógłby odnaleźć samego siebie”.
Czas na globalne odrodzenie katolickiej edukacji, na nowy globalny humanizm katolicki nadszedł już dawno temu. Takie odrodzenie edukacyjne wymaga ogólnoświatowych mediów katolickich. Monopolistyczna, scentralizowana socjalistyczna kontrola środków społecznego przekazu, która zdominowała XX wiek, obecnie się załamuje. Nowoczesne techniki są decentralizujące, pluralizujące i zmniejszające koszt różnych sposobów komunikowania się na skalę masową.
Dlatego przyszłość mediów katolickich jest świetlana, ale tylko do takiego stopnia, do jakiego jesteśmy w stanie wytrzymać histeryczne, fundamentalistyczne, globalne ataki, które pochodzą od fanatyków socjalistycznego oświecenia, a które skierowane są przeciwko naturalnym prawom katolików, świeckich i kleru: przeciwko prawu do wolnej wypowiedzi politycznej, do bycia członkiem społeczności politycznej w ogóle, by stać się głosem publicznym na skalę światową oraz wprowadzić do katolickich mediów odnowioną i ożywioną filozoficzną, teologiczną i naukową katolicką mądrość. Bez tego rozwój mediów katolickich nie będzie prawdziwie katolicki i nie dotknie głównych problemów obecnych mediów amerykańskich: błędu w ich przesłaniu co do natury ludzkiej, ludzkiego szczęścia, filozofii i nauki.
Pomimo powtarzającej się histerycznej, fanatycznej oświeceniowej „mowy nienawiści” przeciwko prawom katolików (włączając w to duchowieństwo katolickie) do wolności słowa potrzebujemy więcej, a nie mniej, odważnych duchownych katolickich – takich jak ojciec dr Tadeusz Rydzyk – którzy zechcą stawić czoło tym próbom zastraszania i zaangażują się we wszczepianie filozoficznej, teologicznej i naukowej katolickiej mądrości w globalne media katolickie. Bycie katolikiem czy katolickim księdzem nie pociąga za sobą utraty naturalnego prawa do wolności wypowiedzi.
Dni, kiedy katolicy musieli siedzieć w tyle autobusu oświeceniowych socjalistycznych mediów, dni niewoli mediów katolickich dobiegły końca. Tak jak niewolnictwo nie może tolerować wolności słowa, tak wolność słowa nie może tolerować niewolnictwa. Nadszedł czas, by katolicy na całym świecie upomnieli się o swoje prawo do publicznego, wolnego i nieskrępowanego zabierania głosu i odmówili przyzwolenia na bycie zastraszanym – aż do stania się niewolnikami mediów – przez świecki fundamentalizm.
Ktoś mógłby jednak zapytać, jak mamy dokonać takiego „wszczepiania” idei w ekonomicznie trudnym czasie jawiącym się na amerykańskim horyzoncie. W tym właśnie czasie, gdy możliwości techniczne pozwalają na większą niż kiedykolwiek obecność globalnych mediów katolickich w wieku, który jej jak nigdy dotąd potrzebuje, warunki ekonomiczne sprawiają, że perspektywa ich rozwoju wygląda przygnębiająco.
Odpowiedź na to pytanie brzmi: potrzeba czegoś więcej niż katolickie media. Potrzebny jest wspólny międzynarodowy wysiłek katolickich, filozoficznych, naukowych i edukacyjnych instytucji, w tym katolickich fundacji, mediów, wydawnictw i Stolicy Apostolskiej.
Ponadto, ponieważ wiele katolickich szkół i innych katolickich instytucji kulturalnych zaczyna się chwiać z powodu kłopotów ekonomicznych, edukacja przez internet i katolickie kształcenie w domu mogą służyć jako szalupa ratunkowa, aby zachować i rozwinąć na skalę globalną natchnienie kultury katolickością, czego wymaga rozwój mediów katolickich w XXI wieku.
Ponieważ tak właśnie jest, z niecierpliwością oczekuję wspólnego działania z moimi kolegami z Polski, do których należy np. prof. Piotr Jaroszyński, z pracownikami naukowymi i studentami Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, z rektorem – ks. Krzysztofem Bielińskim i ojcem dr. Tadeuszem Rydzykiem, na rzecz wspierania międzynarodowej współpracy w zakresie kultury i mediów. Zapraszam uczestników tego spotkania ze wszystkich krajów i tych wszystkich, którzy na całym świecie słuchają tego wystąpienia, do włączenia się w ten globalny ruch na rzecz wyzwolenia mediów katolickich.

Prof. Peter A. Redpath, St. John”s University New York, USA

tłum. Rafał Lizut


Fragmenty wykładu wygłoszonego podczas II Międzynarodowego Kongresu „Media katolickie na świecie i w Polsce – szanse i zagrożenia”, który odbył się w dniach 21-22 listopada br. w WSKSiM w Toruniu.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.

drukuj