Miłość do Boga a czystość

Czego bardziej pragnąć na progu Adwentu, jak nie rozwoju własnej i cudzej miłości do Boga? Zarówno w kraju, jak i za granicą obserwujemy (za sprawą informacji podawanych przez BBC) ogromne zainteresowanie książką, która w swoim zamierzeniu ma służyć taką pomocą. Zaadresowana została do małżonków „miłujących Boga”, ale obiecuje im zdobycie wiedzy, którą jakoby nie dysponują, na co wskazuje tytuł: „Seks, jakiego nie znacie”. Czyżby jednak możliwe było praktykowanie miłości do Boga bez zasadniczej znajomości sensu ludzkiej seksualności?

Ten szczególny tytuł książki przesądza zatem, że jej adresaci realizują miłość względem Boga w sposób jeszcze niepełnowartościowy, a wręcz nawet błędny. Cóż to bowiem za miłość bez prawdy? Cóż to za małżeńska miłość do Boga bez prawdy na temat ludzkiej seksualności? Warunkiem koniecznym tej miłości jest przecież dojrzałość sfery seksualnej, dojrzałość jej rozpoznania i wierność temu rozpoznaniu, czyli koniec końców – cnota czystości. Już Platon zwracał uwagę w „Prawach”, że miłość erotyczna (na bazie odmienności płciowej) obejmuje nade wszystko pragnienie dla siebie i dla drugiej osoby tego dobra, którym jest czystość. Czy możliwe byłoby miłowanie Boga, gdyby nie było oparte na pełnowartościowej cnocie czystości, a zatem i na znajomości sensu sfery seksualnej? Jakże zatem mówić „małżonkom miłującym Boga” o „seksie, jakiego nie znają”? Skoro „miłują”, to znają, a jeśli nie znają, to jeszcze nie miłują!
Wprawdzie wszystkie ludzkie miłości podlegają rozwojowi (w tym także miłość do Boga), to jednak nie ma mowy o dojrzałej miłości do Boga bez już ugruntowanej cnoty czystości. Nieraz zdajemy się o tym zapominać, np. modląc się o „powołania do czystości”, a mając na myśli tylko powołanie do dziewictwa. Zakłada się jednak w ten sposób, że małżeństwo nie jest formą takiego powołania, ale jakimś zalegalizowanym stanem seksualnej słabości i braku panowania nad sobą. Tymczasem posiadanie cnoty czystości obowiązuje w tym samym stopniu osoby wybierające zarówno małżeństwo, jak i dziewictwo. Małżeństwo temu celowi służy – w ten sposób służąc miłości Boga jako Dawcy życia i Źródła miłości – o ile tylko oparte zostanie na rudymentarnym rozpoznaniu godności ludzkiej płciowości. Dojrzała cnota czystości przeciwstawia się nie tylko brakowi panowania nad sobą (uleganiu pożądliwości seksualnej) i egoizmowi w sferze seksualnej, lecz także „podskórnej”, drążącej podświadomość nieczystości. Wyraża się ona w ukrytej pogardzie dla ludzkiej płciowości lub w niewrażliwości będącej skutkiem paraliżu władz zmysłowych zdjętych lękiem wobec prokreacji. Lęk ten generowany jest konsumpcyjnymi postawami osób spragnionych „urządzenia się”, wycieczek czy też tracących wiele czasu w towarzystwach wzajemnej adoracji. Na gruncie zarówno jednej, jak i drugiej postaci nieczystości trzeba sobie uzmysłowić, że Boga się jeszcze niestety nie miłuje. Dopiero takie wyznanie umożliwia wydobycie z siebie tego pragnienia miłowania Boga.
Niestety, w omawianej książce – cennej w cierpliwość dla ludzkiej słabości, którą autor zaleca także spowiednikom – nie daje się wystarczających wskazówek w celu rozpoznania, które czyny ze swojej istoty wykluczają realizację cnoty czystości, a zatem i miłości do Boga. Przyjmuje się bowiem różnicę – a zatem także różnicę wartości – pomiędzy praktykami seksualnymi nieróżniącymi się między sobą. Zdaniem autora książki, od antykoncepcji należy odróżnić – jakoby niebędące jeszcze poważnym moralnym złem – „zachowanie antykoncepcyjne”, które „polega na dążeniu do uzyskania satysfakcji seksualnej poza pełnym stosunkiem seksualnym przy wykorzystaniu możliwości, jakie daje ciało”, a które tylko „osłabia relację małżeńską, wprowadzając w nią pewną powierzchowność” czy też „wprowadza w kulturę chrześcijańską mniejsze lub większe zamieszanie”. Ten ostatni sposób postępowania określa się jako „praktykę „miękkiego” NPR” (Naturalnego Planowania Rodziny) i ma ono „jeszcze się mieścić w ramach stylu życia opartego na respektowaniu cyklu płodności i niepłodności kobiety”. Dopiero antykoncepcja miałaby być „całkowitym wyjściem poza drogę prowadzącą do dojrzałej miłości” (s. 139-140).
Tego rozróżnienia między „antykoncepcją” a „miękkim NPR” „miłujący Boga” małżonkowie z pewnością nie powinni praktykować, a zatem i znać w swoim życiu małżeńskim, jeśli tylko za rzecznika ich rozpoznań i wiedzy uznamy dzieło Karola Wojtyły/Jana Pawła II, który nigdy takim rozróżnieniem się nie posługiwał. Gdyby tak było, to z pewnością autor „Seksu, jakiego nie znacie” odesłałby czytelnika swojego tekstu do odpowiedniej strony „Miłości i odpowiedzialności”, czego tu jednak nie znajdujemy. Łatwo też pokazać, że wspomniane rozróżnienie nie ma żadnych podstaw w obiektywnej rzeczywistości.
Zaskakuje też małżonków „miłujących Boga” widoczne w omawianej książce odrywanie oceny moralnej od konkretnych ludzkich zachowań i przypisanie jej do ogólnej postawy. Autor bowiem przekonuje, że „silnie rozbudzające pieszczoty są nieuniknione w małżeństwie, które nie jest wspólnotą ludzi idealnych. Tylko ciągłe i systematyczne przekraczanie granic, mające znamiona wyboru opcji życiowej – regularnego unikania pełnego stosunku seksualnego, klasyfikuje się jako grzech” (s. 141-142). Tę koncepcję moralności już jednak znamy, jeśli tylko jesteśmy po lekturze encykliki „Veritatis splendor” Jana Pawła II tropiącego w tym dokumencie błędy niektórych nurtów współczesnej nam katolickiej teologii moralnej. Jednym z tych błędów obciążony jest pewien sposób rozumienia teorii „opcji fundamentalnej”, którego przykład wydaje się, że znajdujemy w przywołanej wypowiedzi z omawianej książki. Prostą drogą prowadzi się w ten sposób do subiektywizowania oceny moralnej, o czym świadczy teza, że „kochający się małżonkowie potrafią adekwatnie ocenić, czy ich intymność jest dla nich wzajemnym darem, czy wyrazem egoizmu. Zależnie od tej oceny będą wiedzieli, czy mogą przyjmować Komunię św., traktując ją jak umocnienie słabych na drodze do czystości” (s. 142). Tymczasem o tym, że niektóre działania są ze swojej istoty takim egoizmem, decyduje sama obiektywna treść tego działania (jakie pozytywne znaczenie dla miłości małżeńskiej może mieć bezpośrednie i poważne rozbudzanie pożądania seksualnego bez zamierzenia jego „dalszego ciągu”?) i pozostawienie tego rozpoznania samej świadomości małżonków prowadzi do poważnych kłopotów z rozpoznaniem stanu ich miłości względem Boga. Tego zaś za wszelką cenę należy unikać.


Marek Czachorowski
drukuj