Tu wszyscy słuchają Radia Maryja

Na południe od Grodna wśród rozległych kołchozowych pól, lasków i
bagien ciągnących się wzdłuż Świsłoczy napotkać można cały szereg skromnych, ale
zadbanych miejscowości, w których nadal słychać śpiewnie wymawiany język
polski.
Wiele domów od frontu naznaczonych jest krzyżem, a nad okolicą górują
kościelne wieże. Mimo trwającej ponad pół wieku programowej ateizacji główna
ulica w Makarowcach nosi nazwę Jana Pawła II, a na reprezentacyjnym placu w
pobliskich Poczobutach dominuje okazała figura Matki Bożej.

Okolice i wioski
Parafia Makarowce liczy ponad 1100
wiernych z kilkunastu pobliskich miejscowości, w których Polacy stanowią dwie
trzecie wszystkich mieszkańców.
– Tu mamy takie zacisze, w którym zachowała
się jeszcze polskość – mówi ks. Paweł Białonos, proboszcz parafii w Makarowcach.
Sam pochodzi spod Lidy, a więc z północnej części Białorusi, gdzie również
mieszka wielu Polaków.
– Tam też, podobnie jak na Grodzieńszczyźnie, ciągnie
się pasmo polskie od Nowego Dworu przez Zawłoć, Raduń, Woronowo, Oszmianę,
Smorgonie, Ostrowiec, a po stronie litewskiej Ejszyszki, Soleczniki,
Druskienniki – wymienia jednym tchem.
Choć urzędowo wszystkie miejscowości
przynależące do parafii Makarowce to dierewnie, a więc wsie, to już w rozmowach
z ludźmi trzeba zważać na słowa. W Poczobutach bowiem, Ignatowiczach,
Rzepowiczach, Petelczycach i Proniewiczach mieszka szlachta, a tam gdzie
szlachta, tam jest okolica, nie wioska.
– Wieś to wieś, a okolica to okolica
– tłumaczy ks. Paweł. – Powiedzenie „wieś Poczobuty” mogłoby się tu spotkać ze
zdecydowanym protestem – dodaje.
Okolice to historyczne siedziby szlachty
zaściankowej, których nazwy łatwo odnaleźć w niezwykle rozpowszechnionych tu
nazwiskach, jak choćby Sarosieków, Ignatowiczów, Poczobutów, Ejsmontów czy
Hlebowiczów. W dawnych czasach nie do pomyślenia były małżeństwa mieszane między
szlachtą z okolic a mieszkańcami chłopskich wiosek.
– Teraz to się już
zatarło, ale jeszcze 20-25 lat temu dochodziło do wielkich tragedii z tego
powodu, czegoś na kształt historii Jana i Cecylii z „Nad Niemnem” Elizy
Orzeszkowej, naszej wielkiej piewczyni Grodzieńszczyzny – wskazuje ks. Paweł
Białonos.
Podział na okolice i wsie oraz na Polaków i Białorusinów nie
powodował jednak ani w przeszłości, ani obecnie większych konfliktów.

Niedaleko nas leży wioska białoruska Kudrycze – wskazuje pani Maria Sarosiek z
Ignatowicz. – Żyjemy po sąsiedzku bardzo zgodnie, oni przychodzą do nas na
pogrzeby, czasami pomodlić się, gdy odprawiana jest Msza św. przy krzyżu.

Polaków coraz mniej
Polacy na Grodzieńszczyźnie
przyznają, że region ten stopniowo traci w miarę jednolity narodowościowo
charakter. Przez dziesiątki lat ludnościowa polityka państwa sowieckiego
zmierzała do tego, aby maksymalnie wymieszać różne narodowości, które stawały
się dzięki temu słabsze w konfrontacji z totalitarną władzą. Najpierw przez
zbrodnicze deportacje, a potem za pomocą nakazów pracy, które np. absolwentów
wyższych uczelni kierowały gdzieś w odległe zakątki ZSRS, usiłowano Polaków
przesiedlać w głąb kraju, aby na zamieszkiwane przez nich rejony napływały inne
narodowości. Dziś widać konsekwencje tych działań. Na Grodzieńszczyźnie
zamieszkało wielu Białorusinów, przeważnie prawosławnych, ze wschodnich rejonów
kraju. Miejscowi Polacy określają ich krótko: nawałocz. Jednych sprowadziły tu
związki małżeńskie, innych praca i opinia bogatej okolicy. Pochodzi ona jeszcze
z czasów sowieckich, kiedy mieszkańcy tych stron zasłynęli w całym Sojuzie z
uprawy ogórków, które sprzedawali nawet do Murmańska. Potrafili dzięki temu
nawet w siermiężnym komunizmie osiągać stosunkowo wysokie dochody. Ale boom
ogórkowy to już niestety przeszłość.
Innym problemem, dotykającym zresztą nie
tylko Grodzieńszczyznę, jest nieubłagany proces wyludniania się terenów
wiejskich. Wyraźnie dostrzega to zjawisko ks. Paweł Białonos na podstawie swojej
ośmioletniej pracy w Makarowcach.
– Kiedyś, aby obejść po kolędzie taką
Wiszniówkę, potrzebowałem dwóch dni. Teraz uporam się z tym do obiadu. W
Ignatowiczach zamiast dwóch dni potrzebuję jednego. W Poczobutach to samo. Tylko
Makarowce muszę podzielić, bo jednego dnia nie dam rady – zaznacza.
Z
obserwacji księdza wynika, że młodzi ludzie wyruszający po wykształcenie do
miasta już na wieś nie wracają z powodu braku perspektyw. – Ze stu jak wróci
pięciu, to będzie dobrze – wskazuje ksiądz.

Kołchozowe realia
Jak wspominają miejscowi Polacy, gdzieś
tak do początku lat 50. na Grodzieńszczyźnie dominowała jeszcze gospodarka
indywidualna. Stopniowo jednak największych gospodarzy bolszewicy wywieźli na
Sybir, niektórzy sami się ekspatriowali do Polski. Ziemię znacjonalizowano i
nastał czas kołchozów, który trwa nieprzerwanie do dziś. Choć teoretycznie można
obecnie kupić grunt i gospodarować na swoim, to jednak prawie nikt się na to nie
porywa, gdyż i podatki są wtedy bardzo wysokie, i nie ma czym ziemi uprawiać, a
co najgorsze, ludzie w czasach komunizmu oduczyli się pracy na swoim. Dlatego do
dziś jedynym większym pracodawcą na terenie parafii w Makarowcach jest kołchoz,
który oferuje pracę i mieszkanie każdemu chętnemu, ale proponowane zarobki są
tak marne, a praca tak ciężka, że niewielu młodych ludzi decyduje się na to
zajęcie.
Pan Kazimierz Jatkowski, przewodniczący rady parafialnej przy
kościele w Makarowcach, który mieszka w Poczobutach od 20 lat, a pochodzi z
pobliskiej parafii Wielkie Ejsmonty, ledwo wiąże koniec z końcem, pracując na
dwóch etatach. Jest wartownikiem i kierowcą w kołchozowej straży pożarnej.
Dzięki temu zarabia miesięcznie 700 tys. rubli białoruskich, co stanowi
równowartość ok. 700 polskich złotych. Normalne zarobki na jednym etacie nie
przekraczają połowy tej sumy.
Pan Kazimierz uprawia również przydomową
działkę, zwaną tu ogrodem, o powierzchni 30 arów. – Taka tu norma, zresztą
więcej nie miałbym czasu obrobić – wyjaśnia.

Kościół w Makarowcach dawniej…
Choć świątynia pod
wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego w Makarowcach nigdy nie została
zamknięta, to jednak przez lata władzy sowieckiej Polacy i miejscowy Kościół
wystawieni byli na prawdziwą próbę charakteru.
– Walczyli z polskością i
Kościołem, ale nie tak, żeby mordować czy wsadzać do więzień – mówi pani Alfreda
Ignatowicz z miejscowości Poczobuty. – Nie, oni jak tylko mogli, starali się
utrudniać nam życie religijne, żebyśmy sami rzucili wiarę – wyjaśnia.
Zdaniem
pani Alfredy, w powiecie brzostowickim, do którego terytorialnie należy parafia
w Makarowcach, ateizacja była silniejsza niż na przykład w Grodnie i innych
dużych miastach, gdzie dzieci w niedzielę mogły w zasadzie bez przeszkód chodzić
do kościoła.
– U nas zwłaszcza młodzież odciągali od Kościoła, jak tylko
mogli – wspomina. – Szczególnie uwzięli się na pierwszy dzień Świąt
Wielkanocnych. Tego dnia szkoła co roku organizowała różne obowiązkowe występy,
mecze, spotkania, aby dzieci nie szły do kościoła z rodzicami – wspomina. –
Stali na drodze i po prostu odbierali rodzicom dzieci. Aby dostać się na Mszę
św., dzieci musiały przemykać się opłotkami.
Powszechną praktyką w
komunistycznej szkole było zmuszanie dzieci do zaparcia się wiary w Boga, co
było warunkiem przyjęcia do komsomołu. Pani Alfreda poradziła swojej córce
Alinie, aby w takiej sytuacji postąpiła zgodnie ze swoim sumieniem.
– Wróciła
do domu ze spuszczoną głową i powiedziała, że tylko jej i jeszcze jednej
koleżanki nie przyjęto do komsomołu, bo nie chciały powiedzieć, że nie wierzą w
Boga – opowiada.
– Tak samo mój syn. Poszedł do wojska, a tam go pytają: „Jak
to, wszyscy należą do komsomołu, a ty jeden nie?”. Odpowiedział, że wierzy w
Pana Boga… Dlatego go nie przyjęli.
Zabroniona była również wspólna
modlitwa różańcowa w prywatnych domach. – Kiedyś wlepili nam za to mandat –
wspomina pani Alfreda.
– Złożyliśmy się po parę rubli i dalej się
spotykaliśmy.
Jednym ze sposobów walki komunistów z Kościołem było nękanie
podatkami. Pani Marii Sarosiek opowiadał o tym nieżyjący już teść Czesław
Sarosiek, uczestnik kampanii wrześniowej i żołnierz Armii Krajowej, wieloletni
sowiecki więzień, który w radzie parafialnej w Makarowcach przez wiele lat
pełnił funkcję skarbnika.
– Ze zgromadzonych na tacę pieniędzy rada
parafialna wypłacała miesięczną pensję dla księdza, organisty i sprzątaczek, a
potem sporządzała sprawozdania finansowe posyłane do władz – mówi pani Maria. –
Co roku w parafii pojawiała się kontrola skarbowa sprawdzająca rachunki. Żeby
uniknąć podatków, trzeba się było nieźle nagimnastykować…
Choć Makarowce
zelektryfikowano w 1961 r., to do kościoła prąd podciągnięto dopiero po 1973
roku. Przed parafią stanął wówczas problem, w jaki sposób zakupić żyrandole do
świątyni w sytuacji, gdy władze zabroniły zorganizowania zbiórki pieniędzy na
ten cel. Znaleziono wyjście: kupione za składkowe pieniądze żyrandole trafiły do
kościoła jako prezenty.

…i dziś
– Ciekawe, że dziś wielu tych zajadłych
komunistów, którzy najbardziej zwalczali Kościół, spotkać można na niedzielnym
nabożeństwie – zastanawia się pani Maria Sarosiek. – Jeden z nich również za
czasów sowieckich był stałym bywalcem niedzielnych Mszy św., ale nie z powodu
wiary, tylko służbowo, aby kontrolować, co ksiądz powie w kazaniu.
Również
pani Alfreda Ignatowicz z rezerwą podchodzi do konwersji starych
komunistów.
– Teraz nastały takie czasy, że ten, który najbardziej łapał
dzieci idące na Msze św., stoi z nami w kościele
– mówi pani Alfreda. –
Wiadomo, nasza wiara nakazuje: „odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy
naszym winowajcom”, a i ksiądz przykazuje, żeby nie wytykać takich palcami.
Było, jak było, ale ja swoje wiem, że jakby mu podsypali grosza, to znów by się
odwrócił i nas prześladował.
Ksiądz Paweł Białonos jest proboszczem w
Makarowcach od 8 lat. Najpierw doprowadził do odzyskania przez parafię
murowanego domu parafialnego zabranego kiedyś przez komunistów.
– Kiedy
solidnie go podniszczyli, to łatwiej im przyszło go zwrócić, ale i tak starania
trwały dwa lata – mówi. – Rozpoczął je jeszcze mój poprzednik ks. Jarosław
Hrynaszkiewicz, obecny proboszcz w Broku nad Bugiem, były redaktor naszej
diecezjalnej gazety „Słowo Życia”. To jego władze Białorusi wyrzuciły jako
pierwszego z polskich księży na Grodzieńszczyźnie – dodaje.
W domu
parafialnym, wyremontowanym już dzięki składkom parafian i pomocy Fundacji
„Renovabis”, odbywa się katecheza. – Uczęszcza na nią regularnie 90 proc.
katolickich dzieci z parafii – podkreśla ksiądz.
Udało się również
doprowadzić gaz do domu parafialnego i budynków kościelnych, ogrodzić je
solidnym metalowym płotkiem. Teraz ks. Paweł Białonos remontuje XVIII-wieczny
drewniany kościół parafialny w Makarowcach.
– Mówią, że w Kościele wieczny
jest Pan Bóg i remont – śmieje się ks. Paweł. – Ale ludzie, jak widzą, że coś
się dzieje, to chętnie się włączają.
Jedną z osób aktywnie pracujących na
rzecz wspólnoty parafialnej w Makarowcach jest Kazimierz Jatkowski. Podkreśla,
że sytuacja katolików na Grodzieńszczyźnie zdecydowanie poprawiła się od czasów
sowieckich.
– Teraz już w zasadzie w kołchozie nie zmuszają ludzi do pracy w
święta, chyba że latem zdarzy się nawał prac – wskazuje. – Gdy poprosi się o
samochód do przywiezienia czegoś dla parafii albo do podwiezienia ludzi na
uroczystość religijną, to też nie ma problemów, zawsze dadzą – dodaje.

Zazwyczaj się mówi, że diabeł tkwi w szczegółach, ale wydaje się, że w naszej
sytuacji jest na odwrót – uważa ks. Paweł. – Gdy chodzi o drobne ludzkie sprawy,
to władza rzeczywiście zdaje się iść polskim katolikom na rękę. Ale gdy weźmiemy
pod uwagę pewne systemowe rozwiązania, to okazują się one jednak niekorzystne
dla Kościoła i Polaków – zaznacza.
Jako przykład ks. Paweł wskazuje
restrykcyjną politykę wizową stosowaną przez białoruskie władze wobec duchownych
obcokrajowców. Powoduje ona, że liczba księży z Polski stale maleje, a
miejscowych jest wciąż zbyt mało. To jest ta odgórna, często niewidoczna dla
prostych ludzi, szkodliwa polityka władz.
– Na mnie kiedyś władze naciskały,
że trzeba wprowadzać język białoruski do kościoła – mówi ks. Paweł. – Gdy
spytałem, po co, odrzekli, że „takoj zakon”. Odpowiedziałem, że na Białorusi
Kościół jest od państwa oddzielony i nie powinno ich obchodzić, w jakim języku
modlą się katolicy. Tylko że ja, jako obywatel Białorusi, mogę sobie na to
pozwolić, a obcokrajowiec tego nie powie, bo się będzie bał, że go zaraz
wyrzucą.

Kłopoty z językiem polskim
Na pytanie, czy odprawia Msze
św. po białorusku, ks. Paweł odpowiada ze śmiechem: – A niechbym tylko
spróbował. A poważnie mówiąc, tu, w Makarowcach, nie ma takiej
potrzeby.
Ksiądz wskazuje, że faktycznie kilka lat temu Episkopat Białorusi
wprowadził zalecenie odprawiania jednej Mszy św. dziennie po białorusku, ale
jest to uzależnione od lokalnych potrzeb. Niestety, zdarzają się przypadki, iż
zbytnią gorliwością w wypełnianiu tego zalecenia wykazują się księża przybyli z
Polski. Czasami robią to z przekonania, jakby nie dostrzegając, że to właśnie
dzięki Polakom i ich kulturze przetrwała tu wiara katolicka i bez nich się nie
utrzyma. Innym powodem są odgórne naciski władz białoruskich, którym duchowni z
Polski w pewnej mierze muszą się podporządkować, bo w przeciwnym razie zostają
deportowani.
Ksiądz Paweł Białonos nie ma wątpliwości, że wprost trudno
przecenić rolę Kościoła w zachowaniu polskości wśród mieszkańców
Grodzieńszczyzny.
– W zasadzie po polsku mówimy tylko w kościele i czasami
między sobą – przyznaje Kazimierz Jatkowski. – W pracy w kołchozie rozmawiamy po
„prostemu”, czyli taką mieszanką polskiego, białoruskiego i
rosyjskiego.
Polacy na Grodzieńszczyźnie wskazują też na niewystarczający
poziom wykształcenia nauczycieli języka polskiego, a także na fatalną
organizację nauki polskiego w białoruskiej szkole. Na przykład w Makarowcach te
same lekcje polskiego przeznaczone są dla wszystkich uczniów ze szkoły i
uczestniczą w nich zarówno dzieci z pierwszych klas podstawówki, jak i młodzież
z klas maturalnych.
– Czego w tych warunkach można nauczyć, jaki program
dydaktyczny realizować, o jakiej historii, kulturze, tradycji można w takich
warunkach mówić, żeby dotarło to do wszystkich uczniów? – pyta retorycznie ks.
Paweł. – Formalnie język polski w szkole jest, ale faktycznie jakby go nie
było.

To Radio jest jak balsam
Radio Maryja za pośrednictwem
stacji przekaźnikowej w Białymstoku odbierane jest na Grodzieńszczyźnie na
falach 104,7 FM. Można je usłyszeć niemal we wszystkich polskich domach w pasie
granicznym. Aby docierało do jak największej liczby osób, w parafii Makarowce
kilka lat temu przeprowadzono akcję sprzedaży radioodbiorników.
– Poszło ich
ponad sto, i to właśnie ze względu na Radio Maryja – wspomina ks. Paweł. – Jedna
z kobiet przyznała mi się, że u niej Radio Maryja jest zawsze włączone, nawet
gdy jej nie ma w domu. Niektórzy mają po kilka odbiorników, żeby w każdym pokoju
mogli słuchać Radia.
– Cały czas u mnie gra – zapewnia pani Maria Sarosiek,
która codziennie rano uczestniczy w radiowym Różańcu i Mszy Świętej. – Piękne są
„Zamyślenia wielkopostne” ks. bp. Józefa Zawitkowskiego, śpiew Godzinek. Wszyscy
moi sąsiedzi słuchają – dodaje.
Również pani Alfreda Ignatowicz nie kryje
przywiązania do rozgłośni z Torunia.
– Teraz to już wszystko mamy, i
kościoły, i księży, i Radio Maryja – mówi z optymizmem. – Przekonałam się, że
jak się czegoś bardzo chce, to prędzej czy później się to osiągnie.
To
właśnie głównie dzięki pani Alfredzie w 2005 r. na placu w samym centrum
Poczobut stanęła okazała figura Matki Bożej.
Członkowie miejscowej Rodziny
Radia Maryja często dzwonią na antenę w celu włączenia się w prowadzenie
modlitwy różańcowej. Wtedy wśród miejscowości wymienianych przez słuchaczy, obok
wielkich metropolii, jak Chicago, Toronto, Londyn, można usłyszeć skromne
Makarowce.
O ogromnym znaczeniu Radia Maryja dla rozwoju duchowego swoich
parafian przekonany jest ks. Paweł Białonos.
– To Radio jest dla Polaków na
Białorusi jak balsam na rany. Zwłaszcza dla ludzi chorych i starszych – mówi
ksiądz proboszcz. – A w naszej parafii żyją już w większości starsi ludzie.
Dotarcie do kościoła przekracza możliwości wielu z nich, a dzięki Radiu Maryja
mają w domu a to Mszę św., a to Różaniec, a to Godzinki, Koronkę, jakąś
konferencję. Zresztą nie chodzi tylko o ludzi w podeszłym wieku. Po prostu Radio
Maryja Polaków na Białorusi formuje. Tam, gdzie Radio Maryja nie jest słuchane,
inne są spowiedzi. Ja to widzę w konfesjonale.

Adam Kruczek
Zdjęcia Marek
Borawski

drukuj