Poezja w cieniu Smoleńska

Poezja polska wiernie towarzyszyła Narodowi, szczególnie wtedy, gdy ważyły
się jego losy, gdy przeżywaliśmy chwile dramatyczne, decydujące o naszym
istnieniu. Bardziej nam towarzyszyła nawet w chwilach smutku niż radości, gdy
ponosiliśmy klęski, a nie zwycięstwa. Nasza poezja bywała wtedy Tyrteuszem
zagrzewającym do walki i oporu, ale i Antygoną składającą hołd poległym,
troszczącą się o godne ich upamiętnienie w narodowej pamięci. Jednak i w
chwilach rozpaczy pocieszała żywych, budziła ich nadzieję, uświadamiała sens
wspólnie doświadczanego losu oraz ponoszonych dla Narodu ofiar.

O tej cesze, a nawet powinności naszej poezji trochę zapomnieliśmy w III RP.
My, czytelnicy, ale chyba też sami poeci. Bo miał nastąpić koniec historii i w
nowym, wspaniałym świecie ponowoczesności i wspólnej Europy pisarzom pozostawało
zająć się prywatnymi obowiązkami, pisać zabawne wiersze o wierszach, o
papierosach, gnijących wisienkach, wódce, w sumie… o niczym. Nazwano to nawet
ładnie i trafnie – banalizmem.

Polska Antygona

10 kwietnia 2010 roku dramat smoleński zburzył ten idylliczny nastrój. Był
wstrząsem dla Polaków. Musiał być też wstrząsem dla polskich poetów. Ich reakcja
na to, co wydarzyło się tamtego dnia w Smoleńsku, była czymś naturalnym w
świetle naszej tradycji literackiej, ale też zaskakującym w kontekście tego, co
dominowało w literaturze III RP. Nasza poezja, chciałoby się powiedzieć: na
szczęście, towarzyszyła tym wydarzeniom. Była ich świadkiem, komentatoremi
uczestnikiem. Była znów niczym Antygona grzebiąca swoich umarłych, ale też
pomagała nam przezwyciężyć rozpacz, ból i zrozumieć tajemnicę tego, co stało się
10 kwietnia.

Wiersze pojawiły się niemal natychmiast – drukowały je gazety, ogłaszano je w
internecie, potem umieszczano w tomikach. Niektóre od razu zyskały rozgłos,
największy chyba wiersz "Do Jarosława Kaczyńskiego" Jarosława Marka Rymkiewicza.
Jednak często cytowano też odę "Na śmierć Prezydenta Kaczyńskiego" Marcina
Wolskiego, "Tren" Szymona Babuchowskiego czy "In hora mortis" Wojciecha Wencla.
Ten ostatni liryk wszedł potem do bardzo popularnego, świetnego tomu "De
profundis", wyróżnionego też Nagrodą im. Józefa Mackiewicza. Książka Wencla w
całości zresztą powstała pod wrażeniem dramatu smoleńskiego. Podobnie jak zbiór
Romana Misiewicza "dobre-nowiny.pl", który jednak nie miał takiego szczęścia jak
Wencel – odrzucony przez ponad 20 wydawców, został ostatecznie opublikowany w
Kanadzie. A przecież to książka znakomita i wstrząsająca – jako zapis
katastrofy, świadectwo bólu i lęku, gest sprzeciwu, a wreszcie jako precyzyjny
poetycki zapis budowany ze strzępów, odłamków każących myśleć o strzępach,
odłamkach ciał i rzeczy, które zobaczyliśmy po 10 kwietnia…

Do tej listy utworów znanych i głośnych dodać można wiele innych, równie
ciekawych: Leszka Długosza, Krzysztofa Koehlera, Kazimierza Nowosielskiego czy
Przemysława Dakowicza.

Jak też wynika z umieszczanych pod tymi i innymi utworami sygnatur, wiele z
nich powstało już 10 kwietnia, inne w czasie kolejnych dni narodowej żałoby, a
potem jeszcze pod wpływem szoku, jakim było usunięcie krzyża z Krakowskiego
Przedmieścia.

Trauma pokoleń

Trudno dzisiaj oczywiście policzyć, jak wiele wierszy powstało w cieniu
Smoleńska, jak wielu poetów poświęciło temu dramatowi swoją uwagę. Na pewno jest
tych utworów wiele, a będzie jeszcze więcej, bo pojawią się w wydawanych w
najbliższych latach książkach poetyckich. Nie wszystkie zapewne mają podobną
wartość, ale wszystkie na pewno są ważnym dokumentem dziejowego przełomu. Sporo
wśród nich wierszy udanych, czasem znakomitych, i już dzisiaj można by ułożyć z
nich obszerną antologię poezji smoleńskiej.

Co ciekawe – znalazłyby się w niej wiersze poetów wielu pokoleń. Pokolenie
wojenne reprezentowałby Leszek Elektorowicz, rówieśnik Herberta; rocznik 30. XX
wieku Jacek Trznadel i Rymkiewicz, autorów Nowej Fali Aleksander Rybczyński i
Krzysztof Karasek. Najwięcej byłoby tu jednak poetów urodzonych w latach 60. i
70. Tych pierwszych reprezentowaliby na przykład Koehler i Misiewicz, drugich
Wencel, Babuchowski czy Dakowicz. Być może jest tak, że te dwa pokolenia
najmocniej doświadczyły smoleńskiej traumy.

Co łączy wszystkie te wiersze? Oczywiście tonacja żałobna, elegijna, która
jednak czasem też łączy się z sarkazmem, gniewem i szyderstwem. Elegijność
pojawia się tam, gdzie mowa o poległych, sarkazm i gniew wtedy, gdy wspomina się
tych, którzy atakowali śp. prezydenta i nie potrafili, a raczej nie chcieli, go
zrozumieć. Lech Kaczyński jest oczywiście najczęstszym bohaterem wierszy
smoleńskich, ale znajdziemy wśród nich utwory poświęcone innym ofiarom, na
przykład piękny hołd Annie Walentynowicz złożyli Wencel ("Pani Cogito") oraz
Mirosław Woźniak ("Anna Solidarność"), a Krzysztof Karasek napisał wzruszający
"Szkic elegii na śmierć Stanisławowi Mikke".

Widać też, iż próbując odtworzyć, a zarazem uwiecznić to, co wydarzyło się 10
kwietnia 2010 roku, nasi poeci wracają do pewnych kluczowych elementów dramatu,
a ich uwagę przykuwają zwłaszcza motywy mgły, błota, krwi czy guzików, które
urastają do rangi symboli cierpienia i samotności ginących, kruchości naszego
ciała, ale też zagadkowego charakteru samego wydarzenia i otaczającego go od
początku kłamstwa. "Szukam linków do prawdy" – wyzna Misiewicz, Elektorowicz
nazwie "smoleńskie pole" "miejscem knowań zawiłych". O "wiedzy podziemnej" ofiar
znających "twarz strasznego mordercy" napisze Jacek Trznadel w
"Stratosferycznych", nazywając zabitych "spalonymi śmiertelną bronią",
strąconymi Ikarami. Metafora Ikarów wraca w kilku innych wierszach smoleńskich,
do antyku nawiązuje też Karasek, pisząc o prezydenckim samolocie, iż "krążył jak
cierpienie nad grobem Leonidasów".

Katyń 2010

Najczęściej jednak przywoływana w tych wierszach jest zbrodnia katyńska, a
wraz z nią inne miejsca związane z polskimi ofiarami polityki sowieckiej i/lub
rosyjskiej. Sam tytuł wiersza Marty Bertowskiej "Katyń 2010", metafora "czarna
skrzynka czarna łubianka" z wiersza Tadeusza Zachary "10 kwietnia", motyw
"nieludzkiej ziemi" z "Golgoty" Wolskiego, rym "Las katyński/Lech Kaczyński" z
"Katynia" Marka Czuku czy wizyjne "Carskie wrota" Wencla są charakterystycznymi
przykładami intuicji, iż Smoleńsk jest kontynuacją pewnego historycznego i
politycznego ciągu wydarzeń sięgających nawet końca XVIII wieku, a na pewno
wpisujących się w dzieje sowieckiego totalizmu.

Z paralelą Smoleńsk – Katyń wiążą się próby już nie tyle rekonstrukcji, ile
interpretacji dramatu smoleńskiego, odnalezienia ich duchowego sensu. Stąd też
pojawia się tutaj dawno niesłyszana w naszej poezji problematyka historyczna i
historiozoficzna, słychać tu też pogłosy mesjanizmu usiłującego zrozumieć
tragedię 10 kwietnia w kontekście religijnym. W wierszu"Prezydent Lech Kaczyński
wkracza do nieba" Rybczyńskiego ofiary Smoleńska witane są przez oddziały
powstańców, podchorążych Wysockiego, a na koniec przez samego Chrystusa.

Smoleńsk wzbudził też inne skojarzenia historyczne. Marcin Wolski napisał na
przykład gorzki pastisz liryku Juliana Tuwima "Na śmierć prezydenta", który
powstał pod wpływem wstrząsu, jakim dla Skamandryty było zabójstwo Gabriela
Narutowicza. Przywołując wiersz Tuwima, Wolski aktualizuje go i zestawia obie
zbrodnie, potępia też jej duchowych sprawców, i to paradoksalnie, bo przecież
"łajdacy" niszczący Lecha Kaczyńskiego, jak wiemy, czują się dzisiaj
spadkobiercami Narutowicza. Rymkiewicz wraca jeszcze dalej, bo do Jakuba
Jasińskiego i Adama Mickiewicza, aktualizując metaforę dwu Polsk, z których
jedna "chce się podobać na świecie", drugą "wiozą na lawecie", a potem dodając,
że: "To, co nas podzieliło – to się już nie sklei".

Opozycja "my – oni´´ często zresztą wraca w wierszach smoleńskich. Ale też
pogrzeb Lecha Kaczyńskiego staje się okazją nie tylko do manifestacji żalu za
prezydentem i jego współpracownikami, ale także gestem solidarności ze wspólnotą
narodową. Tak jest chociażby w niezwykłej "Odpowiedzi" Koehlera, afirmującej
polskość taką, jaka zjawiła się, by oddać hołd prezydentowi, w całej swojej
przyziemności, cielesności, polskość paloną, miażdżoną, zabijaną, czasem
brzydką, a przecież wspaniałą i nieśmiertelną. "Pamiętam widzę słyszę jestem" –
deklaruje Koehler w jednym z najpiękniejszych wierszy smoleńskich.

Roman Misiewicz opublikował jakiś czas temu niezwykły tekst, w którym
dramatycznie wyznawał, iż po Smoleńsku liryczne opisywanie świata straciło dla
niego sens. Jednak jego tom, podobnie jak wiele spośród omawianych tu wierszy,
dowodzi, że poezja zrodzona w cieniu Smoleńska jest nie tylko możliwa, ale także
potrzebna. Jest ważna: jako gest świadectwa, pamięci i sprzeciwu. Warto też mieć
nadzieję, że wartości i tematy, jakie wniosła ona ostatnio do polskiej poezji,
takie jak powaga, patos, patriotyzm, historiozoficzność, pozostaną w niej na
dłużej.

 

Prof. Maciej Urbanowski
krytyk literacki Uniwersytet Jagielloński

drukuj