Mężczyźni do szkół

Z Robertem Mazelanikiem, dyrektorem Szkoły Podstawowej "Azymut"
Stowarzyszenia "Sternik" – międzynarodowego projektu edukacyjnego skupiającego
grupę szkół rodzinnych realizujących model edukacji spersonalizowanej, rozmawia
Bogusław Rąpała

Co legło u podstaw założenia Stowarzyszenia Wspierania Edukacji i Rodziny
"Sternik", które prowadzi własne placówki oświatowe w Polsce?

– "Sternik" zrodził się z potrzeby rodziców, którzy chcieli zapewnić swoim
dzieciom dobre wychowanie w cnotach i naukę na wysokim poziomie. Grupa rodzin
uznała, że należy wziąć sprawy w swoje ręce i uruchomić również w Polsce szkoły
rodzinne. Na całym świecie funkcjonuje kilkaset takich szkół założonych przez
rodziców z inspiracji św. Josemarii Escrivy, założyciela Opus Dei. Przypominał
on często, że to w rękach rodziców leży przyszłość ich dzieci i dlatego mają
prawo powoływać szkoły, które będą przedłużeniem rodziny. Stąd podstawowa
zasada, która panuje w "Sterniku", że kluczową rolę w kształceniu dziecka pełnią
mama i tata. Tu chciałbym wyjaśnić, że "kształcenie" rozumiane jest szeroko, nie
tylko jako nauczanie – dydaktyka, ale również jako formowanie młodego człowieka.

Na czym polega edukacja spersonalizowana w szkołach "Sternika"?
– W skrócie: edukacja spersonalizowana to całościowy i spójny system kształcenia
osoby ludzkiej w cnotach. Całościowe podejście zakłada świadome działanie w celu
kształtowania ciała, umysłu, woli, uczuć i duszy. Metodą stosowaną w "Sterniku"
jest przykład osobisty. Stąd tak ważna rola rodziny, a szczególnie mamy i taty.
Nauczyciele, będący zarazem przyjaciółmi rodziców, przedłużają dobry wpływ
wychowawczy rodziców w szkole. Metoda przykładu osobistego jest – naszym zdaniem
– najskuteczniejsza.

Jakie korzyści wynikają z tzw. edukacji zróżnicowanej, czyli nauczania
oddzielnie chłopców i oddzielnie dziewczynek? Na czym polegają najistotniejsze
różnice?

– Edukacja spersonalizowana zakłada daleko idące zróżnicowanie w podejściu do
rodziny i ucznia. Każda rodzina jest inna i każde dziecko jest inne, najlepiej o
tym wiedzą jego mama i tata. Uwzględniając prawdziwe potrzeby (a nie kaprysy),
ograniczenia i talenty dziecka, możemy optymalnie poprowadzić jego ścieżkę
kształcenia. Wzrastająca świadomość psychologów, biologów, lekarzy i nauczycieli
co do różnic kognitywnych pomiędzy płciami przekłada się na wzrastającą na
świecie popularność edukacji zróżnicowanej ze względu na płeć. Coraz więcej
szkół, szczególnie w krajach najbardziej rozwiniętych, wprowadza różnicowanie
programów i metod, a nierzadko całych szkół dla chłopców i dziewcząt. Co
ciekawe, edukacja zróżnicowana jest promowana nie tylko przez organizacje
rodzicielskie, ale również przez środowiska feministyczne jako zapewniająca
lepsze warunki rozwoju niż szkoły mieszane. Większości z nas nie dziwią
oddzielne lekcje wychowania fizycznego. Prowadzone szczególnie intensywnie od
kilkunastu lat badania potwierdzają skuteczność oddzielnej – a przez to lepiej
dostosowanej do potrzeb ucznia – nauki matematyki, informatyki czy języków.
Paradoksalnie badania promowane przez środowiska domagające się równouprawnienia
dla kobiet doprowadziły do zwrócenia uwagi na fakt globalnej porażki edukacyjnej
chłopców, których wyniki edukacyjne znacznie odbiegają od wyników dziewcząt i
kobiet.
W Polsce ten problem zauważa Diagnoza Społeczna 2009 profesorów Janusza
Czapińskiego i Tomasza Panka, podająca alarmujące dane o ucieczce mężczyzn z
uniwersytetów.

Młode Polki zdominowały krajowe uczelnie?
– Studiuje aż 70 proc. kobiet i tylko 55 proc. mężczyzn. Na największych
polskich uniwersytetach – Warszawskim, Jagiellońskim i Wrocławskim – kobiety
stanowią aż 66 proc. wszystkich studentów. Uwzględnienie różnic pomiędzy
chłopcami i dziewczynkami zaczyna być szczególnie istotne od 7. roku życia.
Umożliwia to zapewnienie chłopcom większej dawki ruchu, większych pomieszczeń,
urządzeń ruchomych, a nawet silniejszego oświetlenia i klas chłodniejszych o
mniej więcej 3 st. C. Dziewczynki z kolei mogą cieszyć się spokojniejszą i
bardziej kameralną atmosferą, dłuższym czasem na rozmowy i domowym wystrojem
pomieszczeń szkolnych. Jednorodne grupy pozwalają również na przełamywanie
szkolnych stereotypów płci, szczególnie w sztuce i sporcie. Chłopcy nie wstydzą
się uczyć poezji, języków obcych, śpiewać i grać na instrumentach, a dziewczynki
podejmują wyzwania sportowe i naukowe w przedmiotach ścisłych.

W zawodzie nauczyciela pracuje dużo więcej kobiet niż mężczyzn. Jeśli
połączymy to z faktem, że w naszym społeczeństwie od lat obserwujemy kryzys
ojcostwa, to jakie niekorzystne konsekwencje może to mieć dla rozwoju dzieci, a
szczególnie dla chłopców?

– Ostatnie badania, które potwierdzają zdroworozsądkowe podejście, wykazują, że
lepiej jest, kiedy lekcje dla chłopców prowadzą w większości nauczyciele
mężczyźni, a dla dziewczynek kobiety. Wynika to z prostego faktu, że najlepszą
metodą pedagogiczną jest, jak już wspomniałem, przykład osobisty. Szczególnie
ważny jest dla chłopców, ponieważ z reguły ojcowie spędzają mniej czasu ze
swoimi synami niż matki. Chłopcy potrzebują męskich wzorców postępowania. W
znakomitej większości rodzin, z którymi współpracujemy, tata jest zaangażowany w
prowadzenie domu i podejmuje wychowanie swoich dzieci. Ale w kulturze, która nas
obecnie zalewa, bywa różnie. Mężczyzna jako dobry mąż, czuły i troskliwy ojciec
jest deprecjonowany. Promuje się model bawiącego się singla albo korporacyjnego
"klona", dla którego dom to bardziej hotel z dobrze wyposażonym centrum odnowy
biologicznej i wyłącznie miejsce regeneracji sił do pracy albo odpoczynku po
imprezie. Dlatego w naszych szkołach staramy się dbać o równy poziom
zatrudnienia mężczyzn i kobiet. Ale nie jest to łatwe.

Chłopiec bez odpowiedniego wzorca, wychowujący się w otoczeniu prawie samych
kobiet, czasem zaczyna zachowywać się jak macho, bo wydaje mu się, że tak
powinien postępować prawdziwy mężczyzna…

– Rzeczywiście może tak być. Brak dobrego wychowania w pełnej rodzinie,
wychowania w cnotach może powodować, że tacy chłopcy jako dorośli mężczyźni
dalej chcą się głównie bawić i boją się odpowiedzialności, np. w małżeństwie.
Ucieczka od zobowiązania na całe życie albo rozwód czy porzucenie swojej rodziny
często wynikają z braku dojrzałości i tchórzostwa będących wynikiem zaniedbań
wychowawczych. Innym sposobem może być ucieczka w pracę. Jako mężowie i ojcowie
łatwo możemy sobie wmówić, że przecież utrzymuję rodzinę i "muszę się rozwijać",
a domem i dziećmi zajmuje się żona. Jak w znanym dowcipie: O godz. 20.30 kolega
mówi do kolegi: "Ja już chyba pójdę do domu, bo dzieci pewnie już wykąpane".
Drugi odpowiada: "A ja posiedzę jeszcze pół godziny, to może żona jeszcze psa
wyprowadzi". Niestety, ten dowcip opisuje nierzadką rzeczywistość. Takie
zachowania to często wynik pomijania kształcenia woli w procesie wychowania.
Może to powodować zagubienie w dorosłym życiu.

Szkoły rodzinne, w których Pan pracuje, mają zapobiegać takim sytuacjom?
– Tata powinien być realnie obecny w domu. Nie może uciekać z domu i zostawiać
żony samej z dziećmi i ich problemami. Nigdzie nie jest powiedziane, że
prowadzenie domu i wychowanie dzieci to obowiązek żony, a mąż ma jej pomagać.
Sytuacją normalną, może nie powszechną, jest wspólne prowadzenie domu i
wychowanie dzieci. To trudne i wymaga odwagi, szczególnie od ojców nastoletnich
dzieci. Ważne jest, żeby dorastający syn mógł się zwierzać swojemu ojcu, a nie
koledze z podwórka lub komuś anonimowemu w sieci. Wielu ojców przed tym ucieka,
ponieważ boi się śmieszności albo porażki. Dlatego celem szkół rodzinnych jest
pomoc rodzicom w byciu przyjaciółmi swoich dzieci. Szkoła ma być przedłużeniem
domu rodzinnego, bo to rodzina jest najskuteczniejszym środowiskiem najwyższej
jakości kształcenia, zarówno wychowania, jak i nauczania. Rodzice są dla szkoły
najważniejsi, dlatego że są najważniejsi dla swoich dzieci. Szkoła jest w
głównej mierze pomocą dla rodziców, a nie odwrotnie.

Czy zdarzają się przypadki, że do prowadzonych przez Państwa szkół trafiają
uczniowie wychowywani tylko przez jednego z rodziców?

– Rzadko, ale tak. W takich przypadkach trzeba się rzeczywiście napracować i
nagłówkować, jak zastąpić brakującego ojca. Przeważnie szuka się osoby w
rodzinie, która może zapewnić faktyczne wsparcie dla mamy, ale są to sytuacje
trudne, bo wymagają dużej dojrzałości od samych dzieci, rodzica i kogoś, kto go
wspomaga.

Mówi Pan, że są to trudne sytuacje, ale przecież nie brakuje matek, które są
aktywne zawodowo, dobrze sobie radzą i uważają, że mężczyzna nie jest im do
niczego potrzebny…

– To niestety model zdobywający popularność. Takiemu poglądowi przeczą jednak
dane. Na niedawno zakończonym XVII Kongresie Rodzinnym International Federation
for Family Development w Walencji, w którym uczestniczyło prawie tysiąc
przedstawicieli organizacji rodzinnych (z Polski byli tam przedstawiciele
Akademii Familijnej), prof. W. Bradford Wilcox przedstawił najświeższe globalne
dane obrazujące skuteczność wychowawczą rodziny. Porównał losy życiowe dzieci
wychowanych w normalnych i niepełnych rodzinach. Wnioski są miażdżące: dzieci z
drugiej grupy znacznie częściej popadają w konflikt z prawem, zapadają na
depresje lub popełniają samobójstwo. Te porażające dane wyraźnie pokazują, że
jeśli rozbijamy rodzinę, czego konsekwencją jest wzrost liczby dzieci
wychowanych bez jednego rodzica, to rujnujemy im życie. Takie dzieci mają bardzo
często poważne problemy z prawidłowym funkcjonowaniem w społeczeństwie i
mniejsze szanse na szczęśliwe życie. Musimy pamiętać, że podstawowym prawem
dziecka jest prawo do wychowania w rodzinie, prawo do posiadania mamy i taty.

Feminizacja zawodu nauczyciela jest faktem oczywistym. Czy są jakieś
statystyki, które pokazują liczbę pracujących w zawodzie nauczyciela kobiet i
mężczyzn?

– W ostatnim opracowaniu "Eurydice", poruszającym problem nierówności w wynikach
edukacyjnych płci, w tym m.in. porażki edukacyjnej chłopców, w rozdziale siódmym
znajdziemy aktualne dane dotyczące problemu feminizacji szkół. We wszystkich
krajach Unii Europejskiej w szkołach uczy mniej mężczyzn niż kobiet. W rozbiciu
na poszczególne etapy widzimy wzrastający odsetek mężczyzn. Na poziomie
podstawowym kobiety dominują zdecydowanie: od 98 proc. w Słowenii do 65 proc. w
Grecji, na poziomie gimnazjalnym od 86 proc. na Łotwie do 52 proc. w
Liechtensteinie, na poziomie licealnym dominacja nie jest już tak wyraźna i są
kraje z przeważającą liczbą mężczyzn. W Polsce deficyt mężczyzn w zawodzie
nauczyciela jest szczególnie widoczny. W szkołach podstawowych kobiety stanowią
84,3 proc. nauczycieli, w gimnazjach 74,1 proc., w liceach 66,5 procent. Szkoły
wyższe z kolei cierpią na nadreprezentację mężczyzn, choć tendencja jest
jednoznaczna i w ciągu kilku lat doprowadzi do wyrównania i wkrótce do dominacji
kobiet również na tym poziomie edukacji. W Polsce w tym roku pierwszy raz w
historii polskiej nauki więcej kobiet niż mężczyzn uzyskało tytuł doktora,
różnica dynamiki w uzyskiwaniu stopni naukowych przez kobiety oraz metaanalizy
nie pozostawiają wątpliwości co do przyszłości szkolnictwa wyższego w naszym
kraju.

Co zniechęca mężczyzn do zawodu nauczyciela?
– Jednym z problemów są opinie o zbyt niskich zarobkach. Nie do końca
uzasadnione. Rzeczywiście szczególnie słabo opłacani są nauczyciele stażyści,
natomiast nauczyciele z dłuższym stażem pracy zarabiają znacznie powyżej
średniej krajowej. Drugi powód jest natury biologicznej: prowadzenie małych
dzieci dużo łatwiej przychodzi kobietom, które z racji płci są bardziej
predestynowane do roli opiekuńczej. Do tego potrzebna jest cierpliwość.
Potwierdza to przykład Finlandii, gdzie zawód nauczyciela cieszy się dużym
prestiżem i jest jednym z najlepiej opłacanych, a mimo to mężczyźni stanowią
jedynie 23 proc. nauczycieli na poziomie podstawowym. Dodatkowo szkoła to dosyć
specyficzne środowisko. Atmosfera w pokoju nauczycielskim nie wszystkim
mężczyznom może odpowiadać.

Co można zrobić, żeby mężczyźni bardziej garnęli się do tego zawodu?
– Na pewno trzeba podnieść prestiż zawodowy nauczyciela. Nauczyciel to nie jest
tylko ktoś, kto ma się zająć naszymi dziećmi, bo my idziemy do pracy i nie mamy
dla nich czasu. W wielu krajach, które podjęły próby rozwiązana problemu
feminizacji szkoły, prowadzone są publiczne kampanie dedykowane. W Norwegii
prowadzony jest specjalny rządowy program rekrutacyjny dla mężczyzn. W Holandii,
aby przyciągnąć mężczyzn do szkół podstawowych, znacznie podniesiono zarobki i
atrakcyjność szkoleń zawodowych. W Szwecji zauważono brak modeli męskich w
szkołach i podjęto kampanie na uniwersytetach promujące zawód nauczyciela wśród
mężczyzn, podobnie na Litwie Women’s Progress Program zakłada pozytywną
dyskryminację mężczyzn w przyjęciach na uczelnie pedagogiczne. W Czechach
prowadzony jest program "Mużi do skolu". Dla mnie najciekawszą inicjatywą jest
irlandzki program MATE (Man as Teachers and Educators) podejmujący szeroko rolę
mężczyzny jako pedagoga i dostrzegający potrzebę równowagi pomiędzy życiem
zawodowym i rodzinnym.

Jeśli uda się przywrócić właściwą rolę ojca w społeczeństwie, to pewnie w
zawodzie nauczyciela będzie więcej mężczyzn. Można to tak połączyć?

– Oczywiście, że tak, bo jest to ściśle ze sobą powiązane. Jeśli mężczyźni będą
mieli odwagę i będą chcieli być ojcami, to wielu z nich odkryje także powołanie
do zawodu nauczycielskiego. Bo de facto bycie ojcem oznacza bycie pedagogiem,
zarówno nauczycielem, jak i wychowawcą.

Jakie mogą być dalekosiężne skutki takiego stanu rzeczy, gdy mężczyzn w
polskich szkołach będzie w dalszym ciągu ubywać?

– Nie wiem. Dobre chyba nie. Myślę, że lepiej, gdy zachowane są proporcje.
Dotyczy to zarówno szkoły, jak i rodziny. Mimo wszystko nie powinniśmy wpadać w
panikę. Optymizmem napawa fakt, że powoli następuje pewien renesans ojcostwa,
zaczyna się o nim myśleć i mówić.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj