Żyliśmy pełnią życia wolnych Polaków
Z ostatnim prezydentem II RP Ryszardem Kaczorowskim rozmawia Małgorzata Rutkowska
Pan Prezydent uosabia nie tylko majestat Rzeczypospolitej, ale jest niemal rówieśnikiem odrodzonej w 1918 r. Polski. Jakie ideały przyświecały pierwszemu pokoleniu Polaków, które nie znało kajdan niewoli?
– Urodziłem się 26 listopada 1919 r., jestem więc o rok młodszy od naszej niepodległości. Mogliśmy żyć w wolnym kraju, korzystać z wolności – o zaborach słyszeliśmy już tylko od naszych rodziców i dziadków. Mieliśmy tę przewagę nad nimi, że uczyliśmy się w polskich szkołach, chodziliśmy do polskich instytucji i żyliśmy pełnią życia wolnych Polaków. Zasadniczym elementem w naszym wychowaniu były wartości, które nam przekazywano – przede wszystkim miłość Boga i Ojczyzny. Zgodnie z tymi zasadami próbowaliśmy wchodzić w życie, pomagała nam w tym poza rodziną polska szkoła, polskie organizacje – kościelne i młodzieżowe. W moim przypadku również harcerstwo. Od dnia, kiedy złożyłem przyrzeczenie, zawsze uważałem, że obowiązuje mnie prawo harcerskie, którego się wtedy nauczyłem.
W przestrzeni publicznej II RP wybitnie wychowawczy charakter miała obecność ostatnich powstańców styczniowych. Spotkania z nimi zapadały młodzieży głęboko w pamięć. Pan Prezydent zetknął się z taką żywą historią?
– W moim rodzinnym mieście, w Białymstoku, poznałem jednego powstańca. Nazywał się Mamert Wandalli, dożył późnego wieku, pochowany jest w Warszawie na Powązkach. Pewnego dnia, bawiąc się z kolegami, dowiedzieliśmy się, że przechodzi właśnie przez rynek Kościuszki. Pobiegliśmy, żeby go zobaczyć, bo dla nas była to najpiękniejsza legenda – żołnierz Powstania Styczniowego. Siwobrody Wandalli zatrzymał się przy nas i powiedział: „Rośnijcie zdrowi. Polska będzie was jeszcze potrzebowała”. Wywarł na nas wielkie wrażenie. Powstańcy chodzili w czamarach kroju wojskowego, w rogatywkach, wszystko w kolorze granatowym, dystynkcje mieli takie jak armia.
Jak przebiegały przed wojną obchody rocznicy odzyskania niepodległości?
– Od kiedy pamiętam, zawsze tego dnia w kościele farnym w naszym mieście odprawiała się uroczysta Msza Święta, a potem odbywała się defilada. Uczestniczyło w niej nie tylko wojsko, ale również organizacje społeczne – straż ogniowa, harcerstwo. Gromadzili się na rynku przed kościołem, który nie mógł wszystkich pomieścić; na Podniesienie wojsko prezentowało broń. Czekaliśmy zwłaszcza na przemarsz oddziałów wojskowych, które napawały nas dumą, że mamy taką piękną armię. Oczywiście największym wzięciem cieszyli się ułani, bo żołnierz na koniu patrzył na cały świat z góry.
Pan na pewno też marzył o lancy i koniu?
– Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym wejść w życie bez odbycia służby wojskowej. Tak samo zresztą myśleli wszyscy moi koledzy. Nie zdarzyło mi się spotkać nikogo w moim najbliższym otoczeniu, kto by się uchylał od tego obowiązku. Ten, kogo nie przyjęli do wojska, czuł się naprawdę nieszczęśliwy.
Z czego Pana pokolenie było najbardziej dumne przed wojną, z jakich osiągnięć państwa i Narodu?
– Najpierw cieszyliśmy się z tego, że mamy polską szkołę, potem – że budujemy Gdynię, że mamy polskie wojsko, polskie instytucje. Cieszyliśmy się z każdej dobrej rzeczy, która przytrafiła się Polsce. Oczywiście, uważaliśmy się współodpowiedzialni za to, co się dzieje wokół nas. Dyskutując na tematy polityczne, zawsze widzieliśmy siebie w służbie Polsce, na jakikolwiek posterunek trafimy w życiu.
„Pełnić służbę Bogu i Polsce…” – to słowa z przyrzeczenia harcerskiego…
– Przez całe życie, od 1931 roku, byłem członkiem tego ruchu. Pełniłem różne funkcje, przed wojną jako drużynowy, a potem przyboczny w drużynie skautów. Wojna to wszystko przerwała. W czasie kampanii wrześniowej z harcerzami szukaliśmy oddziału, który by nas przyjął – chcieliśmy się bić. Niestety, kampania trwała krótko i dla nas nie było miejsca. Wróciliśmy do naszych domów i od razu zdaliśmy sobie sprawę z tego, że to nie jest stan, w którym będziemy trwać wiecznie, że musimy zadbać o to, żeby naszych okupantów jak najszybciej wypędzić z Polski.
W ten sposób harcerstwo stało się szkołą patriotyzmu dla Pana i całego pokolenia?
– Dla całego pokolenia? Chyba tak, ma pani rację, bo większość osób, które potem spotykałem na różnych stanowiskach, w różnych zawodach, z wielkim sentymentem wspominało obozy harcerskie, biwaki, zbiórki. Myślę, że to było pokolenie, które doskonale potrafiło wykorzystać czas przygody z harcerstwem, starając się żyć według wpajanych nam zasad spod znaku krzyża z lilijką. Gdy się czyta życiorysy z czasów wojny, widać, jak wielu harcerzy inicjowało powstawanie zbrojnych oddziałów, brało udział w różnych akcjach. Legenda Szarych Szeregów na zawsze przejdzie do historii Polski. Tak wielu młodych ludzi mogło wtedy pokazać, jaki mają stosunek do służby, udowodnić swoją miłość do Polski.
Z harcerstwem związana jest też małżonka Pana Prezydenta Karolina Kaczorowska, córki Jadwiga i Alicja, oraz wnuki…
– Żona jako dziecko została wywieziona z rodzicami na Sybir, potem znalazła się w obozie dla dzieci tułaczych w Afryce, jak wszyscy młodzi ludzie poza Polską szukała miejsca, gdzie można spędzić czas w towarzystwie rówieśników. I tak trafiła do harcerstwa. A jeżeli chodzi o córki i wnuki, to myślę, że po prostu działał przykład ojca i dziadka. Obie córki są harcmistrzyniami, wnuki jeszcze do tego nie doszły, ale bardzo się starają.
Co Pan zawdzięcza harcerstwu, jaki miało wpływ na Pana życie?
– Zaprawa obozowa, umiejętność odnalezienia się w trudnych warunkach, wśród niewygód – te umiejętności bardzo się przydały, kiedy trafiłem do łagrów sowieckich, gdzie warunki były gorzej niż prymitywne, a trzeba było przeżyć. Później, w służbie wojskowej, było podobnie. Niezależnie od ideałów, w których wzrastaliśmy, życie nas nie rozpieszczało. Myślę, że nie tylko ja, ale i inne osoby skazane na obozy koncentracyjne i łagry łatwiej przez nie przechodziły, mając za sobą takie przygotowanie.
Po aresztowaniu przez NKWD 17 lipca 1940 r. – za udział w konspiracji niepodległościowej w tajnym Hufcu Polskim – trafił Pan do więzienia w Białymstoku, potem w Mińsku. Sowiecki „sąd” wymierzył najwyższą karę. Czekając na jej wykonanie, spędził Pan 100 dni w celi śmierci. O tym czasie i późniejszym pobycie w łagrze mówi Pan „szkoła życia”.
– Tak, to wielki uniwersytet, razem z więzieniem, w którym spotkałem bardzo wielu ciekawych ludzi. Trafiłem tam razem z trzema kolegami i to nas trzymało. Nasza cela śmierci stopniowo zapełniła się do 40 osób. Ludzi posądzonych o szpiegostwo rozstrzeliwali najczęściej po 72 godzinach. Nie wiem, na jakiej zasadzie orzekali, że ktoś był szpiegiem. Inni przebywali dosyć długo. Były jakieś próby zmiany naszego wyroku, np. nasz obrońca z urzędu zaproponował, żebyśmy napisali list z prośbą do Stalina o łaskę. Oczywiście odmówiliśmy. Wtedy zasugerowano, byśmy wnieśli o kasację wyroku do najwyższego sądu sowieckiego. Na to mogliśmy się zgodzić. Trzem z nas zmieniono wyrok śmierci na 10 lat łagrów. Jeden został niestety rozstrzelany.
W maju 1941 r. trafił więc Pan do ciężkiego łagru w Magadanie, do kopalni złota Duskanja – w miejscowym języku oznaczało to Dolinę Śmierci. To chyba mówi wszystko o tym miejscu?
– Pod względem geograficznym to był bardzo ciekawy kraj. Zima zaczynała się we wrześniu, a kończyła na początku maja. Krótka wiosna, jeszcze krótsze lato, ciężki klimat i trudne warunki bytowania. Nasza praca polegała na kopaniu ziemi i przewożeniu jej na miejsce, gdzie była przepłukiwana w celu oddzielenia kruszcu. Nie bardzo skomplikowana operacja, ale trudna i ciężka, a dla osób, które wcześniej nigdy nie pracowały fizycznie, wręcz zabójcza. Wykopanie czterech metrów sześciennych ziemi stanowiło zabójczą normę. Trzeba pamiętać, że można było kopać tylko do 30 cm, potem już był lód, nawet w najgorętszym lecie. Codziennie wstawaliśmy o godz. 4.00 rano, wychodziliśmy do pracy i wracaliśmy bardzo późno. Nikt nie miał zegarka, czas określany był orientacyjnie.
Co pozwoliło w tych warunkach przetrwać?
– Nigdy człowiek nie może stracić nadziei. Sam instynkt zachowawczy podpowiada, żeby ratować się przed śmiercią, przed chorobami. Bez wiary w lepsze jutro bardzo trudno było przetrwać łagrowe warunki. Wszystko wskazywało na to, że nie powinniśmy mieć nadziei, ale Opatrzność inaczej zarządziła.
A czego uczył ten „uniwersytet życia”?
– Przede wszystkim samodzielności i wytrwania wbrew przeciwnościom. W łagrach wyrabiała się też zupełnie inna forma koleżeństwa niż na wolności. W tamtym systemie jakiekolwiek organizowanie się ludzi było niemożliwe, każdą najmniejszą próbę natychmiast tłumiono. Można było mieć jednego, dwoje zaufanych ludzi, nie więcej. Potem słyszałem, że w niektórych łagrach podejmowano nawet strajki. W naszych czasach to było niemożliwe, bo za niepodjęcie pracy groziła kara śmierci wykonywana na miejscu.
Łagrowa gehenna trwała dość krótko…
– Całe szczęście, bo przy tak wyczerpującej pracy i niedostatecznym pożywieniu więzień bardzo szybko tracił siły. Kolega z celi, Zygmunt Śmigielski, z którym byłem w łagrze, zachorował na galopujące suchoty. Gdy się z nim żegnałem, opuszczając obóz, nie miał żadnej nadziei, że wyjdzie z niego.
Wtedy właśnie przyszła wiadomość o tzw. amnestii dla Polaków?
– To nie było tak, że myśmy się czegoś dowiedzieli, bo nas o niczym nie informowano. Po prostu jednego dnia zakomunikowano, iż mogę nie iść do pracy, ale dlaczego, nikt nie powiedział. Zaczęliśmy się domyślać, bo jakieś informacje przenikały przez nowo przybyłych więźniów, ze strzępów rozmów między strażnikami można było się zorientować, że coś się dzieje. 2 września 1941 r. rozeszła się wiadomość, że zostaniemy zwolnieni. Najpierw zwieziono nas, kilka tysięcy Polaków, do obozu przejściowego pod Magadanem, ale większość szybko odesłano z powrotem do łagrów, bo okazało się, że nie ma kto pracować w kopalniach. Należałem do małej grupy ok. 250 osób, która została na miejscu, nie wiem dlaczego. Potem jeszcze niektórych zwolniono z łagrów. Statek „Dżurma”, którym wyjechaliśmy z portu Magadan 12 października, prawdopodobnie był ostatni przed zamarznięciem portu. Przywieźli nas na stację do Władywostoku i tam po raz pierwszy mieliśmy pełną swobodę. Mogliśmy wybrać miejsce, do którego chcieliśmy pojechać.
Jak inni Polacy chciał się Pan dostać do tworzonej przez generała Władysława Andersa armii?
– Najpierw trzeba było dowiedzieć się, gdzie ta armia jest, odnaleźć ją. Wsiadłem do pociągu, który miał jechać do Moskwy 9 dni, ale po miesiącu byłem dopiero w połowie drogi. Trwała wojna i pierwszeństwo przejazdu miały wojskowe składy. Ponieważ do Moskwy nie wolno nam było jechać, dotarliśmy do Omska. Tam, szukając miejsca pobytu polskiego wojska, dowiedzieliśmy się, że musimy jechać na południe. Podróż odbywała się zupełnie w ciemno, liczyliśmy na szczęśliwy traf.
Ostatecznie kiedy udało się Panu dotrzeć do armii?
– 27 marca 1942 roku. Przedtem jeszcze zatrzymano nas w Kirgistanie, w jakimś bardzo biednym kołchozie. Warunki życia były tak samo ciężkie jak w łagrze, tyle tylko, że nie byliśmy pod strażą. Po ponad pięciu miesiącach wędrówki trafiłem wreszcie do polskiego obozu wojskowego w Margiełan. Trzeba było jeszcze przebyć dwa tygodnie kwarantanny i dopiero wtedy mogłem rozpocząć służbę w kompanii łączności 9. Dywizji Piechoty. Właśnie rozpoczynała się pierwsza ewakuacja do Persji. Po wyjściu z kwarantanny od razu trafiłem na jeden z pierwszych pociągów, który jechał do Krasnowodzka, a potem statkiem popłynęliśmy do Persji.
To nie był jeszcze powrót do Polski, ale do wolnego świata…
– To był powrót do zupełnie innego świata! Wtedy już byłem żołnierzem, ktoś inny martwił się o nas. Dowodziłem plutonem telefonicznym. Tak jak w każdym normalnym państwie działają urzędy pocztowe, tak wojsko ma swoje ośrodki, gdzie są centrale telefoniczne, radiostacje, skąd wychodzą gońcy z meldunkami. W czasie tej służby przypadło mi przekazanie informacji o zdobyciu Monte Cassino przez Polaków.
Pamięta Pan ten dzień?
– Nawet bardzo dobrze. Bitwa trwała dosyć długo, od 11 do 18 maja 1944 roku. 18 maja rano byłem już na szczycie w klasztorze. Widziałem pierwszych jeńców niemieckich, Polacy traktowali ich dobrze. Radość ze zwycięstwa przyćmiewała tylko myśl o poniesionych ofiarach – zginęło tylu przyjaciół, kolegów.
Do swoich najbliższych przyjaciół zaliczał Pan Prezydent ks. Zdzisława Peszkowskiego…
– Poznałem go w Iraku, kiedy organizował się 2. Korpus Polski. Zdzisław Peszkowski był w 1. Pułku Ułanów Krechowieckich, w którym służył też mój brat, i właśnie u niego się spotkaliśmy. Od tej pory datuje się nasza przyjaźń. Trwała przez wiele lat, z przerwą na wyjazd Zdzisława do seminarium duchownego do USA. Z mego mieszkania wyjechał do Orchard Lake, odprowadziłem go na ten wyjazd.
Decyzję o pozostaniu w Anglii podjął Pan Prezydent zaraz po zakończeniu wojny czy już wcześniej?
– Zdawaliśmy sobie sprawę z sytuacji, jaka zaistniała, że Polska nie będzie krajem wolnym. Każdy jednak sam musiał odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zostaje na emigracji. Znalazłszy się na ziemi angielskiej, zastanawialiśmy się, co dalej robić. Każdy z nas musiał przecież zapewnić sobie jakiś zawód, żeby się utrzymać. Było nam bardzo trudno, byliśmy przecież ubogimi tułaczami. A jednak niezależnie od sytuacji próbowaliśmy organizować młodzież, która razem z wojskiem zjawiła się na Wyspach Brytyjskich, wspierać rodziny, które przyjechały z obozów w Afryce, w Indiach. Jako cel postawiliśmy sobie, żeby wychowywać młodzież polską, z rodzin polskich, na Polaków poza granicami. Życie polskie kwitło na różnych poziomach naszego życia emigracyjnego.
Mimo podjęcia pracy zawodowej udzielał się Pan Prezydent społecznie. Troska o Ojczyznę nie pozwalała zamknąć się wyłącznie w kręgu spraw prywatnych?
– Przez cały czas, niezależnie od tego, że byłem członkiem ZHP, należałem też do Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, które zrzeszało byłych żołnierzy polskich, do Rady Instytutu Akcji Katolickiej, Polskiej Macierzy Szkolnej. Potem powołano mnie do Rady Narodowej, która zastępowała na emigracji parlament. Zostałem ministrem ds. krajowych, wtedy prawie codziennie miałem jakieś spotkania z ludźmi, którzy przyjeżdżali z Polski, załatwialiśmy sprawę wysyłki do kraju niezbędnych materiałów. W 1988 r. prezydent Kazimierz Sabbat mianował mnie swoim konstytucyjnym następcą.
Udawało się Panu pogodzić tak liczne obowiązki?
– Musiałem, bo nie było innego wyjścia. Na szczęście miałem oparcie w rodzinie, która rozumiała to, co robię, i wspierała mnie albo się przyłączała. Żona była z zawodu nauczycielką, ja też pracowałem, więc nasze życie od strony finansowej było zabezpieczone. Jakoś dawaliśmy sobie radę, tym bardziej że nasza działalność wymagała pewnych środków materialnych, bo wszystkie funkcje, które pełniliśmy, były honorowe.
Dzieci wychowali Państwo w duchu polskim?
– Nie tylko córki, ale i wnuki. Trudno, żeby było inaczej w takiej rodzinie.
W domu rozmowy odbywają się po polsku? Wnuki też znają ten język?
– Oczywiście, inaczej by się z nami nie mogli porozumiewać. W innym języku z nimi nie rozmawiamy. Większość rodzin, które znamy, utrzymała polskość.
Dopiero w 1990 r. mógł Pan przyjechać do Polski…
– Przyjęliśmy zasadę, że jak ktoś jest emigrantem politycznym, niepodległościowym, nie może przyjechać do kraju, do którego trzeba mieć wizy. A poza tym wiadomo, że władze komunistyczne takich osób nie pozostawiały w spokoju. Najlepszy dowód to ukazujące się teraz różnego rodzaju publikacje dotyczące tego okresu. Wiadomo, jak próbowali tych przyjeżdżających wykorzystywać do różnych celów. Do Polski przyjechałem dopiero 22 grudnia 1990 r., po wyborze pierwszego prezydenta w wolnych wyborach. Po ponad pół wieku stanąłem na polskiej ziemi.
Przekazał Pan wtedy insygnia władzy II RP, podkreślając fakt utrzymania ciągłości ustrojowej przez rząd na uchodźstwie.
– To, że mieliśmy słuszność, potwierdziła wypowiedź Ojca Świętego, którego witałem w Białymstoku podczas jego pielgrzymki do Polski w 1991 roku. Jan Paweł II powiedział do mnie: „Proszę podziękować rządowi polskiemu za to, że przechował suwerenność Polski”. To była dla nas największą pochwałą, jaką mogliśmy usłyszeć.
W takim razie uważa się Pan za ostatniego prezydenta II RP czy za ostatniego prezydenta na uchodźstwie?
– Czuję się ostatnim prezydentem II Rzeczypospolitej.
Dziękuję za rozmowę.
