Samotne zwycięstwo

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Doświadczenie wojny
1920 r. pokazało, że wypróbowanych przyjaciół w nadmiarze nie mieliśmy.
„Osiemnasta decydująca bitwa w dziejach świata” została zwycięsko
stoczona przez Polskę przy biernej widowni. Tym większa waga tej
wiktorii.

Wojna z bolszewikami 1920 roku była pierwszą
zwycięską wojną Polski z Rosją od 1634 roku (od czasu wojny smoleńskiej
Władysława IV). Wojną – dodajmy – stoczoną samodzielnie, tylko i
wyłącznie siłami państwa polskiego, które od niespełna dwóch lat
dźwigało się z ponadwiekowej niewoli rozbiorów. Rzecz jasna, wielkość
tego osiągnięcia powiększa stawka, o którą walczono w sierpniu 1920 roku
na przedpolach Warszawy – skomunizowanie lub nie całej Europy. Już po
klęsce Armii Czerwonej, w październiku 1920 roku, Lenin stwierdzał:
„Gdyby Polska stała się sowiecka, gdyby robotnicy Warszawy otrzymali z
Rosji pomoc, jakiej oczekiwali i pragnęli, traktat wersalski zostałby
przekreślony, a cały zbudowany przez zwycięzców system międzynarodowy –
zniweczony”.

Alianci: „polski imperializm”

Cały
problem polegał jednak na tym, że „zwycięzcy”, o których mówił Lenin,
czyli zachodni alianci, nie mieli żadnych intencji, by w chwili
zagrożenia bytu Polski, gdy w lipcu 1920 roku bolszewicka ofensywa
osiągnęła swoje apogeum, nieść skuteczną pomoc państwu, które walczyło
nie tylko o przetrwanie swoje, ale całego Zachodu. Przeważały obojętność
i niechęć. W tej ostatniej celował zwłaszcza brytyjski premier David
Lloyd George, niekryjący swojej niechęci do Polski i Polaków już od
czasów paryskiej konferencji pokojowej. Gdy Armia Czerwona sunęła latem
1920 roku na Warszawę, szef brytyjskiego rządu nie szczędził Polsce słów
potępienia za „awanturę Piłsudskiego” oraz „polski imperializm”
przejawiający się w chęci odzyskania przez Polskę obszarów (a właściwie
ich części) utraconych przez nią na rzecz Rosji w wyniku rozbiorów.
To
właśnie Lloyd George był głównym architektem tzw. porozumień w Spa z
lipca 1920 roku. 10 lipca 1920 roku podczas odbywającej się w tym
belgijskim kurorcie alianckiej konferencji polski rząd (wówczas pod
prezesurą Władysława Grabskiego) został zmuszony – pod naciskiem
brytyjskim, przy bierności Francuzów i Amerykanów („likwidujących” już
wówczas swoje sprawy w Europie) – do przyjęcia skrajnie niekorzystnych
warunków zgody zachodnich mocarstw na podjęcie się mediacji w toczącym
się konflikcie polsko-bolszewickim.
W Spa Polska została zmuszona do
zrzeczenia się na rzecz Czechosłowacji polskiej części Śląska
Cieszyńskiego, zajętego zbrojnie przez Pragę w styczniu 1919 roku.
Dodatkowo zaś musiała przyjąć ciężkie warunki alianckiej mediacji, tzn.
wycofanie wojsk za tzw. linię Curzona. Chociaż w tej ostatniej sprawie
nie było dostatecznej jasności, skoro na konferencji w Spa postanowiono
na przykład, że w Galicji wojska polskie i bolszewickie powinny pozostać
na linii zajmowanej w dniu podjęcia przez Brytyjczyków (w imieniu
wszystkich aliantów) misji rozjemczej. A w połowie lipca 1920 roku linią
rozdzielającą obie armie na tym obszarze była rzeka Zbrucz. Tym samym
więc – według tych postanowień – Lwów i cała Galicja Wschodnia miały
pozostać po stronie polskiej. Jednak w depeszy wysłanej do Moskwy,
krótko po wspomnianej konferencji, przez szefa brytyjskiej dyplomacji
lorda Curzona linię rozgraniczenia przesunięto w ten sposób, że Lwów ze
Wschodnią Małopolską zostawał po stronie bolszewickiej.
Lenin był tak
pewny zwycięstwa, że z miejsca odrzucił nawet tak korzystne warunki
zachodniej mediacji. Bolszewicki dyktator nie życzył sobie
„imperialistycznej ingerencji” w stosunki polsko-rosyjskie. Straszenie
taką ingerencją było tylko zabiegiem propagandowym, bowiem zachodni
alianci nie mieli zamiarów przysyłania do Polski efektywnej pomocy
wojskowej, na przykład w postaci transportów uzbrojenia, amunicji czy
aprowizacji. Cały wojskowy wysiłek aliantów w lipcu i sierpniu 1920 roku
ograniczył się do wysłania do Polski międzysojuszniczej misji
rekonesansowej, na której czele stali generałowie Maxime Weygand
(Francja) oraz Henry Radcliffe (Wielka Brytania).
Już po odniesionym
przez Polaków zwycięstwie misja rekonesansowa przerodziła się –
zwłaszcza za sprawą prasy francuskiej – w misję, której Polska
zawdzięczała swoje ocalenie. Oto bowiem duża część francuskiej prasy na
poważnie twierdziła, że autorem zwycięstwa w bitwie pod Warszawą był nie
kto inny, jak francuski generał Weygand, który miał opracować plan
skutecznego kontrataku na wojska bolszewickie. Nie pomogły zaprzeczenia
samego Weyganda, który publicznie niejednokrotnie podkreślał, że
zwycięstwo jest tylko i wyłącznie polskie. Dla wielu zachodnich
komentatorów jednak zwycięstwo mogło być tylko Zachodu, ewentualna
porażka – tylko i wyłącznie Polski.

„Pożyteczni idioci” – na Zachodzie i wśród sąsiadów

Bolszewicka
propaganda odrzucająca „imperialistyczną ingerencję” w sprawy stosunków
polsko-rosyjskich, które z pewnością ułożą się na drodze współpracy i
wzajemnego zrozumienia (o to miał zadbać zainstalowany w Białymstoku
przez Armię Czerwoną Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski na czele z
Feliksem Dzierżyńskim), była obliczona również na potrzeby tzw.
pożytecznych idiotów (słowa Lenina) w zachodnich społeczeństwach. A
takich nie brakowało.
Na przełomie lipca i sierpnia 1920 roku
brytyjskie związki zawodowe (w tym związek dokerów pracujących w
portach) zagroziły strajkiem w razie wysłania przez rząd pomocy
wojskowej dla Polski. Podobne stanowisko zajęli robotnicy niemieccy w
Gdańsku. W tym przypadku w grę wchodziło nie tylko posłuszne wykonywanie
zaleceń Międzynarodówki Komunistycznej, która już w maju 1920 roku
wzywała wszystkich robotników, by występowali przeciw wspomaganiu
„polskich imperialistów”. Do tego stanowiska dołączyła się pod koniec
lipca 1920 roku II Międzynarodówka Socjalistyczna. Trzeba przypomnieć,
że niemiecka socjaldemokracja całkowicie zgadzała się z niemieckimi
„partiami burżuazyjnymi” (konserwatystami, liberałami i nacjonalistami
rozmaitych odcieni), które potępiały terytorialne postanowienia traktatu
wersalskiego, a zwłaszcza oddanie Polsce Wielkopolski i Pomorza
Gdańskiego uparcie nazywanego – także w prasie socjaldemokratycznej –
„korytarzem”. Charakterystyczne, że w tym samym czasie Stalin nazywał
Polskę „przepierzeniem” oddzielającym czerwoną Rosję od Zachodu.
Wersalu
nie akceptowali również niemieccy komuniści, którzy w „polskich
aneksjach” (jak nazywano powrót do Polski ziem oderwanych przez Prusy w
rozbiorach) dostrzegali jedną z przeszkód na drodze do
wszechproletariackiej rewolucji. 20 lipca 1920 roku rząd niemiecki
oficjalnie ogłosił swoją neutralność w toczącym się konflikcie
polsko-rosyjskim, który wchodził właśnie w swoją decydującą fazę.
Neutralność – oznaczająca m.in. zamknięcie terytorium niemieckiego na
transporty materiałów wojennych z zachodu do Polski – była de facto
wspomaganiem strony bolszewickiej. Niemcy zresztą mieli w zanadrzu także
inną opcję „rozwiązania kwestii polskiej”. W lipcu i sierpniu toczyły
się poufne rozmowy między stroną bolszewicką a dowództwem niemieckiej
Reichswehry (gen. Hans von Seeckt) przewidujące współpracę obu armii w
razie ostatecznego upadku Polski. Jako linię rozgraniczenia wspominano
wówczas niemiecko-rosyjską linię graniczną z 1914 roku. Jak widać,
niemiecko-sowieckie rozgraniczanie „stref wpływów” miało dłuższą
historię aniżeli pakt Ribbentrop – Mołotow.
Polska nie mogła również
liczyć na pomoc od południa. 7 sierpnia 1920 roku rząd Czechosłowacji
ogłosił swoją neutralność w obliczu ofensywy bolszewickiej na Warszawę,
ze skutkiem podobnym, jaki miała dla polskiego wysiłku zbrojnego
neutralność niemiecka. Praga zresztą już wcześniej – mimo nacisków
francuskiej dyplomacji, cofała transporty z uzbrojeniem i amunicją,
które szły do Polski. Prezydent Czechosłowacji Tomasz Masaryk mówił
otwarcie: „Los Polski jest przesądzony”. Wtórowała mu większość prasy
czeskiej. Nawet Belgia postarała się, by nie wysyłać do Polski nie tylko
materiałów wojennych, ale i żywności. Taką decyzję podjął 17 czerwca
1920 roku rząd w Brukseli.

Jedynie bratankowie

Wrogie
Polsce stanowisko Czechosłowacji było o tyle istotne, że Praga mogła
skutecznie blokować transporty z wojenną pomocą dla Polski idące nie
tylko z Zachodu, ale i z Południa. Jedynym państwem, które od początku
konfliktu polsko-bolszewickiego zdecydowanie opowiedziało się po stronie
polskiej, były Węgry. Propolskie stanowisko Budapesztu nie tylko
wynikało z tradycyjnej sympatii dla „bratanków”, ale przede wszystkim z
faktu, że w 1919 roku Węgrzy mogli na własnej skórze odczuć
komunistyczną rewolucję Beli Kuhna. Wiedza o tym, czym naprawdę jest
„rząd robotniczo-chłopski”, skłoniła Madziarów do wysyłania transportów
broni i amunicji do Polski walczącej z bolszewickim zalewem. Nad Dunajem
nie brakowało nawet ochotników wyrażających gotowość do walki z
bolszewią z bronią w ręku u boku Wojska Polskiego.
Polskę od Węgier
oddzielała jednak Słowacja tworząca integralną część neutralnego
przecież państwa czechosłowackiego. W tej sytuacji gros transportów z
Węgier szło przez Rumunię, która również nie ogłosiła zabójczej dla
Polski neutralności. Jednak to państwo miało słabo rozbudowaną sieć
kolejową, a ponadto wspólna granica polsko-rumuńska, w miarę posuwania
się ofensywy bolszewickiej za rzekę Zbrucz, stała się iluzoryczna.
Prawdziwych
przyjaciół poznaje się w biedzie. Doświadczenie lata 1920 r. pokazało,
że wypróbowanych przyjaciół w nadmiarze nie mieliśmy (by użyć tutaj
eufemizmu). Zamiast tego otrzymywaliśmy mediacje, misje rekonesansowe i
deklaracje neutralności zamykające ostatnie kanały z pomocą dla Polski.
„Osiemnasta decydująca bitwa w dziejach świata” została zwycięsko
stoczona przez Polskę przy biernej widowni. Tym większa waga tej
wiktorii.

Prof. Grzegorz Kucharczyk

Docent dr hab.
Grzegorz Kucharczyk – kierownik Pracowni Historii Niemiec i Stosunków
Polsko-Niemieckich Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk. Autor
m.in. książek: „Czerwone karty Kościoła”, „Pierwszy holocaust XX wieku”,
„Kielnią i cyrklem. Laicyzacja Francji w latach 1870-1914”.

drukuj