(fot. R. Sobkowicz)

Pod nadzorem pogranicznika

Pobyt w hotelu, z zakazem wychodzenia i pod nadzorem rosyjskiego pogranicznika – tak przepisowy czas odpoczynku spędzili w Smoleńsku polscy piloci, którzy 7 kwietnia 2010 r. przylecieli z premierem na Siewiernyj bez rosyjskich wiz.

7 kwietnia, już na lotnisku, wyszło na jaw, że załogi polskich samolotów rządowych nie miały wiz rosyjskich. Jak zareagowali gospodarze? Najpierw w ogóle nie chcieli ich wypuścić z lotniska do hotelu. Był to kłopot także dla Mirosława Czarnoty, zastępcy attaché obrony, lotniczego, morskiego przy Ambasadzie RP w Moskwie. Bo to do jego obowiązków należała opieka nad pilotami oraz zapewnienie im odpoczynku.

Gdyby rzeczywiście Rosjanie kazali pilotom zostać w samolocie, ci nie mieliby szans odpocząć przewidzianej przepisami liczby godzin przed powrotem do kraju.

Polscy konsulowie podjęli szybką interwencję, aby Straż Graniczna wpuściła załogę przynajmniej do hotelu. Strona rosyjska zgodziła się na to, jednak obwarowała to warunkiem: załogi nie będą opuszczać hotelu. A tam już czekał pogranicznik, który skrupulatnie pilnował, żeby lotnicy przestrzegali zasad porozumienia.

Bez wiz i bez broni

Na Siewiernym Rosjanie zasadniczo na niewiele się zgadzali. Na przykład funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu z grupy przygotowawczej, którzy mieli zabezpieczać wizytę prezydenta Lecha Kaczyńskiego 10 kwietnia 2010 r. w Katyniu i Smoleńsku, nie mogli posiadać broni. Przyjechali samochodem z Polski i na miejscu byli 8 kwietnia. Część z nich dotarła już 5 kwietnia. Dlaczego nie wyposażono ich w broń? „Nie mieliśmy zgody na zabranie ze sobą broni palnej, nie zgodzili się Rosjanie i Białorusini” – powiedział jeden z nich śledczym. Inny oficer BOR przyznaje, że w Smoleńsku było 6 funkcjonariuszy bez broni palnej, bo „Rosjanie się nie zgodzili”. W broń (pistolety Glock) wyposażeni byli natomiast BOR-owcy, którzy lecieli bezpośrednio z prezydentem i pozostałymi członkami delegacji na uroczystości katyńskie.

W filharmonii, ale nie na Siewiernym

Funkcjonariusze BOR w dniach 23-26 marca 2010 r. dokonali rekonesansu miejsc, które mieli odwiedzić premier i prezydent. Odpowiedzialny za przygotowanie przedsięwzięcia ochronnego oficer BOR przyznawał w prokuraturze, że poczyniono wówczas najistotniejsze ustalenia z Federalną Służbą Ochrony. Jeden z członków grupy przygotowawczej zeznał, że FSO przekazała im trzy kartki formatu A4 m.in. ze schematami miejsc ważnych dla uroczystości. Objechano wówczas wszystkie miejsca, gdzie mieli być prezydent i premier… ale bez lotniska. Nie sprawdzano go również bezpośrednio przed 10 kwietnia. Z grupą rosyjską BOR spotkało się 9 kwietnia, jednak funkcjonariusze mówią wprost: „Nie byliśmy na lotnisku w Smoleńsku”. Grupa zabezpieczająca pojechała na cmentarz w Katyniu i w inne miejsca, jednak nie na Siewiernyj. – Na lotnisku nie było nikogo z nas, gdyż lotnisko miało charakter wojskowy i jest zabezpieczone w sposób umożliwiający nam skupienie się na zabezpieczeniu miejsc czasowego pobytu premiera i delegacji – relacjonowali zgodnie. Według ustaleń FSO, na lotnisku nie przewidziano obecności żadnego z funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu.

Kierowca ambasadora Gerard K., który był obecny na Siewiernym 7 kwietnia podczas przylotu premiera, 10 kwietnia dostał zadanie zwrócenia uwagi, „czy strona rosyjska podstawiła umówione w ustaleniach pojazdy”. – Gdyby się okazało, że coś jest nie tak, to miałem dzwonić do K. – Nie przydzielono mi innych zadań – zaznaczył.

Desperacka próba

Podczas rekonesansu doszło do jednej próby zobaczenia lotniska. Jej przeprowadzenia chciał Dariusz Górczyński, wówczas naczelnik Wydziału Federacji Rosyjskiej w Departamencie Wschodnim MSZ. Jednak Rosjanie informowali, że do tego wymagana jest zgoda ministerstwa obrony, a co najmniej Siergieja Kudriawcewa, który odpowiadał za kontakty zewnętrzne w administracji obwodu smoleńskiego. Gospodarze sprawiali przy tym wrażenie, że chodzi o błahostkę. – Przecież stronie polskiej znane jest to lotnisko – dziwili się.

Pracownicy Ambasady RP w Moskwie nie pamiętają, aby ktokolwiek występował do tej placówki z prośbą o umożliwienie wizyty na lotnisku. Nie sądzą wszakże, że taką zgodę byłoby łatwo uzyskać, bo Rosjanie skrajnie niechętnie rozmawiali na temat tego lotniska.

Strona polska była uwrażliwiana na okoliczność, że lotnisko, choć nieczynne, miało charakter wojskowy. Problemy, żeby wejść na ten teren, miał zresztą później także ambasador Jerzy Bahr. W grudniu 2010 r. zezwolenie podejścia ambasadora do wraku Tu-154M wymagało zgody Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej.

Jednak Górczyński i oficerowie BOR zdecydowali się podczas rekonesansu załatwić sprawę… nieformalnie. Po prostu wsiedli do samochodów i pojechali na lotnisko. Ale nie zostali na nie wpuszczeni przez ochronę.

To była taka próba samodzielna, spontaniczna – oceniali urzędnicy, przekonani, że te sprawy dotyczące lotniska załatwia polska placówka w Moskwie w uzgodnieniu z ataszatem. Ale o tę zgodę nikt nie występował. Zdziwienie, że strona rosyjska nie chciała dopuścić polskiej grupy na Siewiernyj, miał wyrazić także ambasador tytularny Tomasz Turowski.

drukuj