Dr Przemysław Żurawski vel Grajewski

Obwód kaliningradzki bez mitów

Najnowszym wydarzeniem związanym z miejscem obwodu kaliningradzkiego w polskiej polityce zagranicznej jest wejście w życie 27 lipca br. porozumienia o małym ruchu granicznym. Zostało ono podpisane 14 grudnia 2011 r. przez ministra spraw zagranicznych RP Radosława Sikorskiego i jego rosyjskiego odpowiednika Siergieja Ławrowa. Na jego mocy wprowadzono ruch bezwizowy pomiędzy ową rosyjską eksklawą a pogranicznymi powiatami i miastami polskimi.

 

Na Pomorzu umową zostały objęte Sopot, Gdańsk i Gdynia oraz powiaty: malborski, pucki, nowodworski oraz gdański, a w województwie warmińsko-mazurskim Elbląg i Olsztyn oraz powiaty: giżycki, mrągowski, elbląski, kętrzyński, olsztyński, braniewski, gołdapski, lidzbarski, olecki, bartoszycki i węgorzewski. Stało się tak, mimo że jeszcze w czerwcu 2011 r. w Soczi ówczesny premier FR Władimir Putin skrytykował pomysł wprowadzenia uprzywilejowanej strefy ruchu transgranicznego pomiędzy obwodem a Polską. Rosja ostatecznie jednak przyjęła ten projekt. Porozumienie zostało ratyfikowane przez Sejm RP 16 marca, a przez Dumę 25 maja br. Rosyjskie wahania wynikały zapewne ze względów strategicznych. Moskwa od lat domaga się ruchu bezwizowego z Unią Europejską.

 

Głównymi oponentami takiego rozwiązania są jednak bogate państwa docelowe nielegalnej imigracji (Niemcy, Austria, kraje skandynawskie). Wyborcy w tych krajach nie darowaliby swoim politykom tak wielkiego osłabienia kontroli granic zewnętrznych strefy Schengen, jakim byłoby ich zupełne otwarcie na całą Rosję z jej biednym społeczeństwem i źle strzeżonymi granicami w Azji Środkowej. Podpisanie umowy polsko-rosyjskiej pogarsza sytuację negocjacyjną Kremla w relacjach z Brukselą. Unia okazuje w ten sposób za pośrednictwem Polski i na jej ryzyko swą dobrą wolę i proces dalszego otwierania się na Rosję może zawiesić do czasu stosownej rekompensaty ze strony Moskwy – tzn. uszczelnienia granic w Azji i nawiązania rzetelnej współpracy w ściganiu przestępczości transgranicznej, co w warunkach skorumpowanego państwa rosyjskiego szybko nie nastąpi. Wstrzymuje zatem de facto cały proces na wiele lat. Otwarcie granic Polski na swobodę podróżowania Rosjan z obwodu kaliningradzkiego jest pomysłem, delikatnie mówiąc, kontrowersyjnym. Jego krytycy powszechnie wskazują na łatwość sfałszowania stosownej dokumentacji wewnątrzrosyjskiej, a zatem na możliwość uczynienia z owego wyłomu w systemie strzeżenia granic wschodnich RP i UE bramy dla transgranicznej działalności przestępczej rosyjskiej mafii.

 

Doświadczenia sprzed uszczelnienia granicy (które nastąpiło w latach 1997-2007 i było procesem związanym z wchodzeniem Polski do Schengen) nie są zachęcające. Jej zamknięcie skutkowało zaś trzy-, czterokrotnym spadkiem liczby przestępstw popełnianych w Polsce przez obywateli rosyjskich, która to wielkość w 2011 r. osiągnęła minimum i wynosiła 133. Zagrożenie, że ten pozytywny trend zostanie teraz odwrócony, jest więc poważne. To jednak nie groźba wzrostu przestępczości, choć ważna, powinna określać spojrzenie na tę sprawę z punktu widzenia interesów Rzeczypospolitej. Umowa polsko-rosyjska w omawianej kwestii zwiększa presję Moskwy na Litwę i Łotwę (które do owego porozumienia nie przystąpiły) jako na kraje tranzytowe dla ruchu między obwodem kaliningradzkim a Rosją właściwą pogłębia rozejście się solidarnych do 2010 r. wobec Rosji polityk zagranicznych Warszawy i Wilna (Litwini już skrytykowali to porozumienie), a przede wszystkim czyni z paszportu rosyjskiego atrakcyjniejszy dokument podróżowania po Unii Europejskiej niż paszport ukraiński, białoruski, mołdawski i gruziński. Polska dotąd trzymała się zasady, iż warunki przekraczania granicy RP dla obywateli rosyjskich nie mogą być lepsze niż te, które obowiązują Ukraińców. Wiele mówiono także o konieczności „izolacji dyktatora (tzn. Łukaszenki) i jego nomenklatury i otwarcia się na zwykłych Białorusinów”. Zwracano także uwagę na destabilizującą rolę akcji paszportyzacyjnej prowadzonej przez Rosję w Abchazji i Osetii Południowej, gdzie masowe nadawanie obywatelstwa Federacji Rosyjskiej było przygotowaniem do moskiewskiej agresji na Gruzję. Otwarcie się na obwód kaliningradzki jest wbrew tym wszystkim zasadom. Mieszkańcom Lwowa, Grodna czy Brześcia trudniej będzie teraz przyjechać do Polski niż mieszkańcom Królewca. Nie tylko prezydent Litwy Dalia Grybauskaite, ale i liczni Ukraińcy, Białorusini i Gruzini mogą dojść do wniosku, że Polsce pod rządami Tuska i Sikorskiego bliżej jest do Rosji niż do nich.

 

Historia obwodu
Podbity przez ZSRS w 1945 r. i włączony na mocy postanowień konferencji poczdamskiej w skład Rosyjskiej FSRR północny fragment dawnych Prus Wschodnich (ok. 15,1 tys. km) stał się po rozpadzie Związku Sowieckiego rosyjską eksklawą terytorialną oddzieloną od trzonu Federacji terytorium Polski, Białorusi, Litwy i Łotwy. W roku 2010 liczył on 941,5 tys. ludności, z czego ok. 423 tys. mieszkało w Królewcu zwanym przez Rosjan Kaliningradem. Nazwa ta nadana miastu przez Sowietów zawiera w sobie hołd oddany Michaiłowi Kalininowi – przewodniczącemu Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego Rad, a w latach 1938-1946 przewodniczącemu prezydium Rady Najwyższej ZSRS. Był on jedną z sześciu osób, których podpis znajduje się na rozkazie o rozstrzelaniu oficerów polskich ze Starobielska, Ostaszkowa i Kozielska. Fakt, iż miasto to nadal nosi imię owego zbrodniarza, wiele mówi o dzisiejszej Rosji. Natomiast z powodu opisanych powyżej okoliczności dotyczących jego sowieckiego patrona na polecenie ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego nazwa Królewiec jest jedyną oficjalnie używaną przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP. Królewiec często występuje w polskich mediach w mitycznej formie i to zarówno w charakterze militarnego straszaka, jak i „bałtyckiego Hongkongu” otwierającego szansę na owocną współpracę gospodarczą. Nie jest ani jednym, ani drugim. O ile jednak pierwszym stać się może, o tyle na realizację drugiego scenariusza szanse są raczej znikome.

„To nie Prusy mają armię, to armia ma Prusy”
Duch tego stwierdzenia wciąż unosi się nad północną częścią dawnego matecznika Prus. Obwód kaliningradzki w okresie sowieckim był bowiem najbardziej zmilitaryzowaną częścią ZSRR i dziedzictwo to nadal kształtuje jego charakter. Mimo poważnych redukcji sił przeprowadzonych w drugiej połowie ostatniej dekady XX wieku obszar ten pozostaje najbardziej zmilitaryzowanym terytorium w Europie. Apogeum koncentracji rosyjskich sił zbrojnych w regionie przypadało jednak na pierwszą połowę lat 90. ubiegłego stulecia. To wówczas znalazły się w nim oddziały wycofywane z Europy Środkowej oraz z Nadbałtyckiego Okręgu Wojskowego likwidowanego wskutek odzyskania niepodległości przez Litwę, Łotwę i Estonię (obwód kaliningradzki pozostał jedyną jego częścią nadal podległą Moskwie). Stan rzeczywisty zbrojeń rosyjskich na tym obszarze jest trudny do oszacowania i wśród ekspertów krążą na ten temat silnie rozbieżne dane. Uległ on istotnej redukcji w porównaniu z sytuacją sprzed kilkunastu lat i obecnie wynosi zapewne od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy wyposażonych jednak w stosunkowo liczny sprzęt bojowy (od 800 do 1300 czołgów, zbliżoną ilość bojowych wozów opancerzonych, ok. 200 samolotów, 50 śmigłowców i po kilkaset dział i wyrzutni rakietowych różnych typów, w tym zdolnych do przenoszenia głowic jądrowych małej mocy). Rosyjska Flota Bałtycka, której obwód kaliningradzki jest główną bazą, uchodzi za najnowocześniejszą w całej marynarce wojennej Rosji i w połowie ubiegłej dekady liczyła ok. 100 jednostek. Jakiekolwiek zmiany zaszłyby od tego czasu, zgrupowanie rosyjskich wojsk w regionie Królewca pozostaje liczącą się siłą wojskową, szczególnie w odniesieniu do niewielkich sił zbrojnych Litwy i mocno okrojonej armii polskiej, liczącej ok. 30-40 tys. żołnierzy. Nic zatem dziwnego, że obwód kaliningradzki często występuje w publicystyce państw bałtyckich i Polski jako źródło ewentualnego zagrożenia wojskowego. Jest to opinia uzasadniona z militarno-technicznego punktu widzenia, ale na razie przesadzona z punktu widzenia realiów politycznych. Te jednak oczywiście mogą ulec zmianie, i to raczej na gorsze.

Zbrojenia i manewry
W początkach czerwca bieżącego roku członkowie parlamentarnych komisji ds. międzynarodowych Litwy, Łotwy i Estonii w trakcie konsultacji w litewskim kurorcie Nida wydali wspólną deklarację, w której wyrazili zaniepokojenie postępującym procesem militaryzacji, a de facto nuklearyzacji obwodu kaliningradzkiego. Ich szczególne obawy wywołała perspektywa instalacji pocisków typu SS-26 Stone (Iskander) zdolnych do przenoszenia ładunków jądrowych. Rosja wielokrotnie groziła Polsce rozmieszczeniem tej broni w swojej nadbałtyckiej enklawie w przypadku instalacji w naszym kraju elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Projekt ten, jak wiadomo, został jednak pogrzebany wspólnym wysiłkiem rządu PO – PSL i administracji Baracka Obamy (obietnica powrotu do koncepcji tarczy w roku 2018 – tzn. rok po zakończeniu ewentualnej drugiej kadencji prezydenckiej obecnego lokatora Białego Domu, nie może być traktowana poważnie). Mimo to Moskwa najwyraźniej realizuje swój zamiar dotyczący nuklearyzacji obwodu. W wydanym w maju br. raporcie Federacji Amerykańskich Naukowców autorstwa Hansa M. Kristensena, poświęconym niestrategicznej broni jądrowej, jako bazę rosyjskich pocisków nuklearnych wskazuje się Czkałowsk, położony 17 km na północny zachód od Królewca, gdzie dzięki zdjęciom satelitarnym wykryto istotne modyfikacje infrastruktury istniejącej tam rosyjskiej bazy wojskowej. Chłodno patrząc na tę sytuację, należy traktować ją jako nieprzyjazny wobec Polski i państw bałtyckich gest polityczny. Środki przenoszenia broni jądrowej w postaci wyrzutni SS-21 Scarab (Toczka) znajdują się bowiem w obwodzie kaliningradzkim już od dawna.

 

Dodanie nowych zmienia zatem nieco parametry techniczne wyrzutni, ale nie istotę problemu. Broń jądrowa nie służy zresztą do prowadzenia wojen. Jej funkcją jest odstraszanie i demonstracja woli politycznej jej posiadacza. Teren, na którym jest rozmieszczana, jest w ten sposób „znaczony” jako obszar, który będzie broniony z pełną determinacją, nikt bowiem nie wątpi, że państwo dysponujące bronią jądrową nie dopuści do jej przejęcia przez agresora. Ponieważ jednak na obwód kaliningradzki nikt nie zamierza napadać i sztabowcy rosyjscy o tym wiedzą, rozmieszczanie w nim broni jądrowej ma inne znaczenie. Jest ono instrumentem psychologicznego oddziaływania na opinię publiczną państw sąsiednich. Podobną rolę odgrywały organizowane we wrześniu 2009 r. na obszarze od Murmańska do Brześcia, w tym w Leningradzkim Okręgu Wojskowym (symptomatyczny to fakt dla zrozumienia klimatu moralnego panującego w Siłach Zbrojnych FR, iż mimo zmiany nazwy Leningradu na Sankt Petersburg, Leningradzki Okręg Wojskowy zachował nazwę z czasów sowieckich), w obwodzie kaliningradzkim, na Białorusi i u wejścia do Zatoki Gdańskiej manewry wojskowe „Zapad 2009” i „Ładoga”, w trakcie których ok. 30 tys. żołnierzy rosyjskich i białoruskich ćwiczyło tłumienie polskiego powstania na Grodzieńszczyźnie oraz odparcie ataku na Gazociąg Północny. Symulowano wówczas rosyjski atak jądrowy i konwencjonalny na Polskę oraz zajęcie państw bałtyckich z Finlandią włącznie. W przypadku tego ostatniego państwa była to pierwsza rosyjska demonstracja zbrojna pod jego adresem od kilkudziesięciu lat. Fakt przeprowadzenia owych manewrów w 70. rocznicę sowieckiej inwazji na Polskę, okupacji państw bałtyckich i ataku na Finlandię podkreślał polityczno-symboliczny wymiar operacji.

„Bójcie się nas i ustępujcie nam, bo jesteście sami”
Kroki te (rozmieszczenie rakiet i manewry) nie mają w obecnej sytuacji międzynarodowej praktycznego znaczenia militarnego, są natomiast elementem rosyjskiej strategii politycznej podkreślania drugorzędnego statusu bezpieczeństwa nowych członków NATO w regionie Morza Bałtyckiego. Dokonywana tą metodą rosyjska demonstracja wojskowa jest adresowana przede wszystkim do Polski, Litwy, Łotwy i Estonii i ma wykazać rządom i opinii publicznej tych państw, że ich interesy nie liczą się w strategicznej grze prowadzonej przez wielkie mocarstwa i Moskwa może bezkarnie je lekceważyć przy biernej postawie Sojuszu Północnoatlantyckiego, który na tego typu kroki albo nie reaguje wcale, albo odpowiada na nie jedynie retorycznie, kontynuując „strategiczny dialog z Rosją”. Podważa to wiarygodność NATO wśród społeczeństw wymienionych krajów i ma je uczynić podatniejszymi na polityczną presję Kremla. Innymi słowy, rosyjskie zbrojenia w obwodzie kaliningradzkim powinny nas niepokoić, ale na razie z uwagi na ich polityczne, a nie wojskowe znaczenie. Zadaniem rządu RP i mediów polskich jest zaś uodpornienie polskiej opinii publicznej na tego typu nacisk, podnoszenie sprawy na forum NATO i UE i współpraca w zakresie realizacji wszystkich tych zadań z Wilnem, Rygą i Tallinem oraz państwami skandynawskimi. W odniesieniu do Szwecji istotnie podjęto tego typu współdziałanie w lutym 2010 r. w postaci wspólnego artykułu ministra Sikorskiego i jego szwedzkiego odpowiednika Carla Bilda w „New York Times”, w którym wezwali oni Rosję do wycofania broni jądrowej z sąsiedztwa Unii Europejskiej – tzn. z obwodu kaliningradzkiego i z półwyspu Kola. Stało się natomiast niedobrze, że na wspomnianym tegorocznym czerwcowym spotkaniu parlamentarzystów państw bałtyckich w Nidzie zabrakło Polaków i wyrazu solidarności Rzeczypospolitej z naszymi północno-wschodnimi sąsiadami.

Królewiec nie będzie „bałtyckim Hongkongiem”
Fakt, że obwód kaliningradzki jest najdalej wysuniętą na zachód częścią Federacji Rosyjskiej, jest źródłem wielu „mitów pozytywnych”. W oparciu o niego tworzone są bowiem puste w swej istocie sformułowania retoryczne, pozbawione rzeczywistej treści, które jednak wpuszczone do obiegu medialnego i do debaty politycznej zaciemniają obraz rzeczywistości. Do tej kategorii należą sformułowania o „pilotażowej” roli obwodu kaliningradzkiego w relacjach UE – Rosja, obwodzie jako „pomoście” dla kontaktów z Federacją Rosyjską, „głównym obszarze tranzytowym” dla handlu z owym państwem lub „uprzywilejowaną strefą wolnocłową” dającą szansę na szybki rozwój gospodarczy i robienie dobrych interesów przez inwestorów zagranicznych. Ta ostatnia teza posłużyła nawet w końcu lat 90. do ukucia hasła o perspektywie powstania „bałtyckiego Hongkongu” – tzn. specyficznego obwodu Federacji Rosyjskiej (niczym Hongkong w komunistycznych Chinach), który ma szanse na szczególnie dynamiczny rozwój gospodarczy. Realia przeczą owej retoryce. Obwód kaliningradzki leży na uboczu szlaków tranzytowych z Europy do Rosji i ma słabą infrastrukturę komunikacyjną (porty, drogi kołowe i żelazne, lotniska). Silna centralizacja państwa rosyjskiego, szczególnie zaś w odniesieniu do kontaktów z zagranicą, powoduje, iż władze regionalne mają bardzo ograniczony wpływ na naturę i skalę kontaktów zewnętrznych. Symbolem tego może być fakt, iż na obchody 750-lecia założenia miasta w 2005 r. na polecenie Putina zaproszono jedynie ówczesnego prezydenta Francji Jacques´a Chiraca, kanclerza Niemiec Gerharda Schroedera i premiera Hiszpanii José Luisa Zapatero (dla którego miała to być nagroda za porzucenie obozu amerykańskiego po zamachach na madryckie metro z 11 marca 2004 r.), nie zaproszono zaś ani prezydenta Polski, ani Litwy – sąsiadów obwodu, i uczyniono to wbrew woli władz owego regionu. Specjalna strefa gospodarcza (pod różnymi nazwami i w różnej skali ulg i przywilejów celno-podatkowych) tworzona była w obwodzie dwukrotnie i dodatkowo trzeci raz silnie modyfikowano jej zasady.

 

Prawnie w roku 1991, a faktycznie w 1992, powołano Wolną Strefę Ekonomiczną zniesioną na rozkaz Moskwy w 1995 roku. W kolejnym roku, 1996, lobbing władz lokalnych Królewca doprowadził do zmiany tej decyzji i powołania Specjalnej Strefy Ekonomicznej. W marcu 2001 r. musiano jednak uznać ponownie fiasko tej inicjatywy, której zasady prawne gwałcone były zresztą przez sam rząd rosyjski. Na przełomie roku 2005 i 2006 na mocy decyzji Dumy Państwowej Rosji doszło więc do trzeciej już z rzędu modyfikacji przepisów rządzących gospodarką regionu z punktu widzenia jej kontaktów z zagranicą. 23 grudnia 2005 r. przyjęto ustawę wprowadzającą nowe regulacje „uwzględniające geopolityczne położenie obwodu”. Weszła ona w życie 1 kwietnia 2006 r. i ma obowiązywać przez 25 lat, ale prawa nabyte na mocy ustawy z 1996 r. pozostają w mocy w okresie przejściowym do 2016 roku. Trudno odgadnąć, czy wprowadzone prawo rzeczywiście wykaże się deklarowaną przez jego twórców trwałością. Dotychczasowe doświadczenie na to nie wskazuje. Częste zmiany statusu podyktowane meandrami polityki Moskwy nie sprzyjają stabilizacji warunków prowadzenia biznesu w obwodzie kaliningradzkim i raczej zniechęcają, niż zachęcają przedsiębiorców zagranicznych, preferując duże firmy, zdolne do podjęcia ryzyka inwestycyjnego. Gros firm polskich to małe i średnie przedsiębiorstwa. Ich atutem jest świadomość realiów, a nie potęga finansowa. Pozaekonomiczne ryzyko biznesowe pozostaje więc problemem, z którym muszą się borykać wszyscy inwestorzy. Geopolityczne znaczenie regionu nie jest zatem związane ani z jego potencjałem ekonomicznym, ani z jego rzekomym położeniem tranzytowym jako mityczną „bramą do Rosji”, gdyż takową nie jest – położony na uboczu i pozbawiony infrastruktury komunikacyjnej.

Kto pierwszy zdąży ze swoją elektrownią jądrową?
Obok względów wojskowych o znaczeniu obwodu kaliningradzkiego rozstrzygnąć może najnowsza inicjatywa Moskwy – budowa Bałtyckiej Elektrowni Jądrowej (Bałtycka AES) pod Niemanem (Ragnetą). Decyzja o jej powstaniu została ogłoszona w specjalnym rozporządzeniu rządu rosyjskiego z 25 sierpnia 2009 roku. Termin oddania pierwszego bloku wyznaczono na rok 2016, a drugiego na 2018. Rosja stara się o uzyskanie unijnego certyfikatu bezpieczeństwa dla elektrowni w Niemanie, co niewątpliwie jest częścią strategii propagandowej osłony tej inwestycji wobec europejskiej opinii publicznej wciąż pamiętającej katastrofę w Czarnobylu i nieufnej wobec rosyjskich technologii nuklearnych. Ma to szczególne znaczenie w relacjach z Niemcami w związku z ich rezygnacją z energetyki jądrowej, zapowiedzianą po tragedii w japońskiej Fukuszimie. Według planów rosyjskich, nadwyżkę energii z Bałtyckiej AES można by po modernizacji linii przesyłowych eksportować na Litwę, a przez NordBalt także do Szwecji. Sam obwód kaliningradzki zaopatrywany jest bowiem w energię elektryczną z elektrowni gazowej (jej współudziałowcem jest państwowy Rosatom, który będzie zapewne także właścicielem 51 proc. akcji Bałtyckiej AES) i nie potrzebuje opisywanej inwestycji, która wobec tego faktu ma znaczenie eksportowe – tzn. ma być instrumentem rosyjskiej ekspansji na rynku energetycznym w basenie Morza Bałtyckiego. W perspektywie zbudowania linii przesyłowej z Litwy do Finlandii ewentualny rynek zbytu na energię z owej elektrowni poszerzyłby się o wszystkie państwa położone na jej trasie, obejmując, obok obu wymienionych, także Łotwę i Estonię. Budowa łącznika między siecią litewską i polską lub bezpośredniej linii do naszego kraju włączyłaby także Rzeczpospolitą do grona odbiorców energii wytwarzanej w obwodzie kaliningradzkim, zwiększając jej uzależnienie od Rosji. W Moskwie rozpatruje się także projekt położenia podwodnego kabla, biegnącego wzdłuż Nord Stream do Niemiec. Plany budowy elektrowni jądrowych – jednej w obwodzie kaliningradzkim i drugiej na Grodzieńszczyźnie – mają służyć podtrzymaniu rosyjskiej dominującej pozycji jako głównego dostarczyciela energii i surowców energetycznych w regionie i jako takie są projektem konkurencyjnym tak wobec planowanej polskiej elektrowni jądrowej, jak i wobec inwestycji estońsko-łotewsko-litewskiej w podobną instalację w Visaginie, w której (jeszcze jako Ignalino 2) do 2010 r. aktywnie uczestniczyła także Polska. Rozbicie solidarności polsko-bałtyckiej w tym zakresie naturalnie leży w żywotnym interesie Rosji. Nasycenie rynku w regionie nadbałtyckim energią elektryczną z elektrowni rosyjskich i białoruskich podważałoby sens planowanych inwestycji estońsko-łotewsko-litewskich i polskich. Projekty rosyjskie mają także na celu ubiegnięcie włączenia państw bałtyckich do unijnego systemu ENTSO-E (European Network of Transmission System Operators for Electricity) i utrzymanie ich w kontrolowanym przez Moskwę tzw. pierścieniu energetycznym BRELL (Białoruś, Rosja, Estonia, Łotwa, Litwa), a zatem w postsowieckiej przestrzeni energetycznej. Rosja podejmuje zatem w tej sprawie kampanię propagandową na forum Rady Państw Morza Bałtyckiego. Celem tej akcji jest odrzucenie litewskich obiekcji wobec inwestycji w elektrownię pod Niemanem oraz przyciągnięcie funduszy z innych państw regionu, potencjalnie zainteresowanych importem energii z Bałtyckiej AES. Moskwa zamierza jednak zachować pakiet kontrolny, nie zezwalając obcym inwestorom na przekroczenie progu własności 49 proc. akcji. W grze o usytuowanie elektrowni jądrowej w regionie nadbałtyckim pojawia się także wątek korupcyjny. Finansowana z budżetu UE likwidacja starej litewskiej siłowni w Ignalinie przedłuża się, za co odpowiada dawna niemiecka spółka Nukem, przejęta następnie przez kapitał rosyjski.

 

Obniżanie wiarygodności Litwy marnotrawiącej fundusze unijne przeznaczone na ten cel i niedotrzymującej obietnic leży w interesie Kremla, gdyż ogranicza zdolność Litwinów do starania się o unijne wsparcie finansowe innych inicjatyw energetycznych Wilna, co oczywiście pozostawia wolne pole projektom rosyjskim. Pozostająca w tle tej sprawy biznesowa współpraca niemiecko-rosyjska także warta jest odnotowania. 24 października 2011 r. agencje informacyjne doniosły o śmierci dyrektora generalnego litewskiej spółki Wisagińska Elektrownia Atomowa Szarunasa Vasiliauskasa, który w tajemniczych okolicznościach wypadł za burtę swojego jachtu i utonął w Zalewie Wiślanym w pobliżu Nidy na Mierzei Kurońskiej.

„Słowo honoru czekisty” zamiast kanału w Skowronkach
Osobnym zagadnieniem dotyczącym interesów Rzeczypospolitej w regionie obwodu kaliningradzkiego jest spór polsko-rosyjski o dostępność dla żeglugi międzynarodowej szlaku wodnego Bałtyk – Cieśnina Piławska – Zalew Wiślany – Elbląg. Drożność tej trasy decyduje o istnieniu bądź nie walorów Elbląga jako portu pełnomorskiego. W tym charakterze stanowiłby on konkurencję dla portów rosyjskich w Bałtijsku i Królewcu. Problemem jest też wstrzymywanie komunikacji pomiędzy portami polskimi a rosyjskimi poprzez zakaz ruchu jednostek polskich w rosyjskiej części Zalewu, co najsilniej uderza w aktywność ekonomiczną portu elbląskiego. Rosja do 2009 r. podtrzymywała ów spór, czasem go łagodząc, a czasem podsycając, zarówno z uwagi na swoje interesy gospodarcze, jak i przede wszystkim wykorzystując go jako instrument demonstrowania swojej politycznej woli ocieplenia lub ochłodzenia stosunków z Polską. W latach 2006-2009 szlak ten był zamknięty przez stronę rosyjską. Jego otwarcie nastąpiło w dwóch etapach. Najpierw warunki żeglugi statków państw trzecich płynących przez Cieśninę Piławską do i z polskich portów nad Zalewem Wiślanym zostały uregulowane w rozporządzeniu nr 533 rządu Federacji Rosyjskiej z dnia 15 lipca 2009 roku. Szlak ten otwarto wówczas dla statków pod banderą państw Unii Europejskiej (warto przy tym zwrócić uwagę na fakt, iż spora część statków europejskich właścicieli zarejestrowana jest pod tzw. tanimi banderami egzotycznych krajów, a ich rejs musi być anonsowany na 15 dni przed terminem, co w praktyce eliminuje żeglugę nieregularną, czyli właśnie jednostki państw trzecich).

 

Potem, od 1 września 2009 r. na mocy umowy polsko-rosyjskiej podpisanej w Sopocie przy okazji uroczystości związanych z 70. rocznicą wybuchu II wojny światowej, trasa ta została udostępniona także dla jednostek polskich. Było to zapewne związane z polskimi planami budowy kanału przez Mierzeję Wiślaną. Inwestycja ta miała rozpocząć się w 2009 r., lecz w wyniku wspomnianego porozumienia została na mocy decyzji polskiego Ministerstwa Infrastruktury odłożona do 2017 r., co należy uznać za sukces Rosji. Polska zamiast stworzyć materialne gwarancje niezależności żeglugi do swoich portów na Zalewie Wiślanym, zadowoliła się łatwo podważalnymi gwarancjami prawnymi. Manewr Kremla doprowadził ponadto do wstrzymania realizacji polskiego rozwiązania infrastrukturalnego, zniechęcił potencjalnych inwestorów i wytworzył sytuację sprzyjającą rozproszeniu zebranych dotąd na ten cel środków. W umowie znalazł się także zapis ułatwiający wstrzymanie ruchu przez jedną ze stron, co we wcześniej obowiązującej, choć ustawicznie łamanej przez Rosję regulacji z 1946 r. było możliwe tylko na wypadek wojny. Cechą charakterystyczną rosyjskiej strategii w kwestii żeglugi na Zalewie Wiślanym pozostaje zatem unikanie ostatecznego rozwiązania problemu, po to, by móc uczynić zeń narzędzie nacisków politycznych na Polskę w razie zaistnienia takiej potrzeby.

drukuj