[Nasz Dziennik] Prof. M. Ryba o Koalicji Obywatelskiej: To nie jest żaden nowy początek – to desperacka próba tchnięcia życia w projekt, który od dawna się wypalił
W sobotę odbyła się konwencja Platformy Obywatelskiej, podczas której doszło do połącznia PO, Nowoczesnej i Inicjatywy Polskiej. Przyświecać im będzie jeden sztandar: Koalicji Obywatelskiej. „Nawet nazwa nie jest nowa, logo też zostało to samo. To nie jest żaden nowy początek – to desperacka próba tchnięcia życia w projekt, który od dawna się wypalił. Przecież Radosław Sikorski czy Rafał Trzaskowski nie mają dziś realnej siły, żeby pociągnąć ten obóz. Jest tylko Tusk, który wciąż próbuje przekonać swoich ludzi, że wystarczy jeszcze trochę się zewrzeć, zacisnąć zęby, a może się uda. Tylko że za tym nie stoi nic nowego” – mówił prof. Mieczysław Ryba, historyk Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, komentator polityczny, w rozmowie z dziennikarzem „Naszego Dziennika”.
W Katowicach Prawo i Sprawiedliwość zorganizowało trzydniową konferencję programową „Myśląc Polska”. To wydarzenie przypominało te sprzed lat, gdy kształtowała się strategia partii. To początek kampanii wyborczej?
Można powiedzieć, że to pewien etap, a zarazem wyraźny sygnał do rozpoczęcia ofensywy – zarówno programowej, jak i wizerunkowej. Prawo i Sprawiedliwość wie, że po dwóch latach rządów koalicji Donalda Tuska nadchodzi czas rozliczeń i przygotowań do kolejnych wyborów. Te następne dwa lata będą kluczowe – zdecydują, czy partia Jarosława Kaczyńskiego zdoła odzyskać pełnię władzy. A jej ambicje są jasne: chce rządzić samodzielnie, bez koalicjantów i kompromisów. Żeby to osiągnąć, musi przedstawić Polakom coś więcej niż tylko krytykę przeciwników. Potrzebna jest oferta: mocna, wyrazista i emocjonalnie przekonująca. Właśnie w Katowicach mogliśmy zobaczyć pierwszy szkic tej narracji.
Czy na samej słabości rządu Donalda Tuska da się wygrać wybory?
Absolutnie nie. Polityka to nie gra w czekanie, aż przeciwnik się potknie. Po tej stronie sceny, gdzie stoi PiS, jest dziś kilku rywali, którzy również mają ambicje, by zagospodarować elektorat prawicy. Konfederacja Krzysztofa Bosaka i Sławomira Mentzena to już nie jest polityczna ciekawostka – to realna siła, która wejdzie do następnego Sejmu i może namieszać. Jest też Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna, która coraz śmielej przebija się do opinii publicznej. PiS musi więc nie tylko bronić swojej pozycji lidera, ale też udowodnić, że wciąż jest najbardziej wiarygodną partią po prawej stronie sceny politycznej. I – co kluczowe – potrafi walczyć o samodzielną większość, nie zamykając sobie drogi do ewentualnych koalicji. To naprawdę trudna sztuka: rywalizować ostro, ale bez palenia mostów. A do tego potrzebny jest program silny, mądry – taki, który da Polsce nadzieję i w przyszłości będzie w stanie łączyć, a nie dzielić.
Panie Profesorze, skoro PiS zapowiada, że chce rządzić samodzielnie, to w jakim kierunku powinien skręcić jego program? Czy powinien być pisany głównie pod młodych, biorąc pod uwagę wyniki ostatnich wyborów prezydenckich?
Prawo i Sprawiedliwość nie może popełnić błędu z przeszłości i znów zapomnieć o młodych. To była jedna z jego największych słabości – przez lata partia miała świetne programy prorodzinne, ale nie nadążała za zmianami pokoleniowymi. Dziś młody wyborca to nie ten sam młody człowiek, który głosował w 2015 r. Młodzi są bardziej wymagający, a przy tym nieufni wobec politycznego języka patosu. Trzeba do nich trafić w inny sposób – konkretny, wiarygodny i nowoczesny. Jeśli PiS chce odzyskać ich uwagę, musi pokazać, że nie jest partią z poprzedniej epoki, tylko ugrupowaniem, które rozumie realne problemy: mieszkanie, praca, stabilność, poczucie sensu życia w Polsce. Musi pozwolić im uwierzyć, że warto zakładać rodziny w Polsce. Dopiero wtedy młodzi mogą uznać, że to nie partia obciachu, lecz formacja, która faktycznie potrafi poprawić ich codzienność.
Jakie są Pana pierwsze wnioski po katowickiej konferencji?
Już dziś można z dużą pewnością stwierdzić, że wiemy, na jakim polu partie prawicowe będą się obracać. Stawką stanie się wiarygodność w relacjach z Unią Europejską. To nie temat zastępczy, tylko rdzeń politycznej gry o przyszłość Polski. Konflikty na linii Bruksela – Warszawa, Bruksela – Rzym czy Bruksela – Budapeszt będą tylko narastać, ponieważ coraz wyraźniej widać, że unijna biurokracja przesiąknięta ideologią realizuje projekt, który w praktyce oznacza podporządkowanie interesów mniejszych krajów głównie interesom niemieckim. Widać to szczególnie po działaniach w sprawie umowy z Mercosurem.
A co z działaniami po stronie koalicji Donalda Tuska?
Premier wie, że dziś nie może pozwolić sobie na żadną poważną rozmowę o programie, bo w tym obszarze nie ma już żadnej wiarygodności. Cokolwiek by zapowiedział, brzmiałoby to groteskowo po tym, jak sam przyznał, że zrealizuje zaledwie 30 proc. swoich obietnic. Wyobraźmy sobie, że ogłasza kolejne „100 konkretów” albo choćby połowę z nich – śmiech byłby powszechny. A właściwie nawet nie – po prostu nikt nie zwróciłby na to uwagi. Dlatego Tusk będzie grał nie programem, tylko emocjami. Chce się zapisać w historii jako ten, który zjednoczył cały obóz postokrągłostołowy, a to wymaga utworzenia szerokiej, anty-PiS-owej wspólnoty, opartej nie na ideach, lecz na strachu i resentymentach. I dlatego właśnie w kampanii usłyszymy nie o gospodarce, edukacji czy zdrowiu, ale o wojnie, zagrożeniu faszyzmem i „zbliżeniu z Rosją”. Wie pan dlaczego?
Bo przestraszonymi ludźmi manipuluje się najłatwiej.
Tusk będzie miał po swojej stronie większość mediów, które wzmocnią ten przekaz, tworząc iluzję, że to on jest jedynym gwarantem bezpieczeństwa. Problem w tym, że za tym nie stoi żaden realny plan dla Polski. Jarosław Kaczyński przy wszystkich swoich błędach ma jednak coś, czego Tuskowi od dawna brakuje – dowody skuteczności. W czasie swoich rządów pokazał, że potrafi realizować nawet te projekty, które wydawały się niemożliwe. Dlatego PiS może dziś mówić o programie, o konkretach, o Polsce budowanej według własnej koncepcji, a nie według tego, co nakażą Bruksela czy Berlin. Tusk natomiast pozostaje zakładnikiem narracji, w której jedyną treścią jest strach.
Odbyła się również konwencja Platformy Obywatelskiej, podczas której doszło do połącznia PO, Nowoczesnej i Inicjatywy Polskiej. Przyświecać im będzie jeden sztandar: Koalicji Obywatelskiej. Bez przełomu?
Nawet nazwa nie jest nowa, logo też zostało to samo. To nie jest żaden nowy początek – to desperacka próba tchnięcia życia w projekt, który od dawna się wypalił. Przecież Radosław Sikorski czy Rafał Trzaskowski nie mają dziś realnej siły, żeby pociągnąć ten obóz. Jest tylko Tusk, który wciąż próbuje przekonać swoich ludzi, że wystarczy jeszcze trochę się zewrzeć, zacisnąć zęby, a może się uda. Tylko że za tym nie stoi nic nowego. Ostatnie sondaże, które pokazują lekki wzrost Koalicji Obywatelskiej, to wynik czystej kalkulacji: doklejamy Szymona Hołownię, dorzucamy resztki PSL, wciągamy Inicjatywę Polską i może jakoś skleimy większość. Ale to polityka sklejania, nie budowania czegoś nowego. Tusk nie ma innego pomysłu – ani na ludzi, ani na kraj. A Polska, którą dziś rządzi, jest coraz bardziej zmęczona, coraz bardziej rozczarowana i coraz mniej wierzy w opowieść o „demokratycznym odrodzeniu”.
Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk/„Nasz Dziennik”



