fot. PAP/Mateusz Marek

[Nasz Dziennik] Dr K. Kawęcki o prezydenturze Andrzeja Dudy: To był czas intensywny, nieraz burzliwy, ale bez wątpienia przełomowy

Andrzej Duda był jednym z filarów polityki zagranicznej obozu Zjednoczonej Prawicy. Sam zresztą, kończąc drugą kadencję, nie miał wątpliwości, co uznać za swój największy sukces: bliskie, wręcz partnerskie relacje z Waszyngtonem, jakich – jego zdaniem – inne państwa regionu mogą Polsce jedynie zazdrościć. I rzeczywiście, obecność kilkunastu tysięcy żołnierzy NATO, w tym amerykańskich, na naszym terytorium to twardy fakt. Wizerunek Polski jako wiarygodnego sojusznika USA był zbudowany konsekwentnie, a prezydent Duda – niezależnie od osobistych sympatii – potrafił ten kurs utrzymać zarówno za administracji Trumpa, jak i Bidena – mówił dr Krzysztof Kawęcki, historyk, politolog, były wiceminister edukacji, w rozmowie z dziennikarzem „Naszego Dziennika”.

Rafał Stefaniuk: Kończy się druga kadencja Andrzeja Dudy i w środę dojdzie do zmiany w Pałacu Prezydenckim. Jak zapamiętamy tę dekadę?

Dr Krzysztof Kawęcki: To był czas intensywny, nieraz burzliwy – ale bez wątpienia przełomowy. W wymiarze krajowym dekada prezydentury Andrzeja Dudy przypadła na okres rządów Prawa i Sprawiedliwości, co utworzyło swoisty tandem władzy, który przez osiem lat kształtował rzeczywistość polityczną i społeczną Polski. Ten czas zapisał się także wyjątkowo ostrą polaryzacją – dominacją dwóch bloków: PiS i Platformy Obywatelskiej – co prowadziło do coraz głębszych podziałów, które niejednokrotnie miały charakter nie tylko polityczny, ale wręcz cywilizacyjny. W przestrzeni społecznej nie sposób nie wspomnieć o masowym napływie cudzoziemców, głównie z Ukrainy, ale nie tylko. Na poziomie międzynarodowym prezydentura Andrzeja Dudy przypadła na okres, w którym Unia Europejska coraz wyraźniej zaczęła forsować federalistyczny model zarządzania, co miało realny wpływ na ograniczanie kompetencji państw członkowskich – także Polski.

Można zaryzykować tezę, że bez zwycięstwa Andrzeja Dudy w 2015 roku nie byłoby całego projektu dobrej zmiany?

Bez wątpienia – i nie jest to żadna publicystyczna przesada, tylko fakt, który potwierdzają i wydarzenia, i liczby, i późniejszy rozwój sytuacji. Kampania Andrzeja Dudy w 2015 r. była nie tylko precyzyjnie zaplanowana, ale też poprowadzona z wyjątkową konsekwencją. Wbrew temu, co dziś może się wydawać oczywiste, na początku nikt nie dawał mu realnych szans – sondaże przed pierwszą turą były dla niego bezlitosne. A jednak udało się odwrócić narrację. To była mieszanka wielu elementów: determinacji sztabu, wyczucia momentu, sprawnej strategii komunikacyjnej, ale też – i to trzeba podkreślić – osobistych cech Andrzeja Dudy. Oczywiście równie kluczowa była społeczna mobilizacja i narastające zmęczenie elitami III RP. W tym sensie wygrana Andrzeja Dudy nie była tylko indywidualnym sukcesem – ona stała się zapalnikiem całego politycznego przełomu. To otworzyło Prawu i Sprawiedliwości drzwi do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych i rozpoczęcia realnych zmian.

Dwie kadencje Andrzeja Dudy to także dwie pełne kadencje rządów Prawa i Sprawiedliwości. Czy w takim układzie prezydent był w stanie prowadzić w miarę niezależną politykę?

Właśnie to zastrzeżenie „w miarę” jest tu kluczowe i bardzo trafne, bo rzeczywistość była znacznie bardziej zniuansowana, niż chciałaby to widzieć któraś ze stron sporu. Owszem, Andrzej Duda podejmował działania, które miały świadczyć o jego politycznej autonomii – najsłynniejszym przykładem są weta z 2017 r. dotyczące ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. I choć dziś wiele osób ocenia ten ruch różnie, to sam fakt, że się na niego zdecydował, był demonstracją odrębności wobec własnego obozu. Prezydent wyraźnie starał się budować wizerunek polityka niezależnego – nie tylko od PiS jako partii, ale też, co nie mniej istotne, od samego Jarosława Kaczyńskiego. W tym sensie jego prezydentura toczyła się w cieniu stałego balansowania – między lojalnością wobec zaplecza politycznego a chęcią wykreowania siebie jako samodzielnej figury państwowej. Chciał być postrzegany jako konserwatysta, zakorzeniony w tradycji, ale jednocześnie z własnym kompasem. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że na początku swojej drogi politycznej związany był z Unią Wolności – co, wbrew dzisiejszemu wizerunkowi, odcisnęło pewien ślad na jego późniejszych decyzjach. Nie był politykiem jednowymiarowym – i to, paradoksalnie – czyni jego prezydenturę bardziej interesującą, a miejscami także bardziej nieprzewidywalną.

Czas prezydentury Andrzeja Dudy przypadł na dwa potężne kryzysy – pandemię COVID-19 oraz rosyjską agresję na Ukrainę. Teraz skupmy się na pierwszym z nich. W obliczu pandemicznych restrykcji prezydent Duda nie powinien był wyraźniej stanąć po stronie obywateli i ich konstytucyjnych praw?

To był bez wątpienia moment próby – i to nie tylko dla społeczeństwa, ale przede wszystkim dla instytucji państwa. Rząd Mateusza Morawieckiego wprowadzał niekiedy drakońskie, a miejscami wręcz groteskowe ograniczenia, które nierzadko rozmijały się ze zdrowym rozsądkiem. Ale to także był test dla prezydenta – test na jego zdolność do wypełniania konstytucyjnej roli strażnika wolności obywatelskich. Niestety, Andrzej Duda ten egzamin oblał. Zamiast wykazać się niezależnością i choćby symbolicznie upomnieć się o prawa obywateli, stał się piewcą rządowej narracji. Nie tylko nie kwestionował kolejnych restrykcji, ale wręcz z entuzjazmem wspierał działania rządu i służb – medycznych, sanitarnych, porządkowych. Zabrakło refleksji, dystansu, i – co najważniejsze – odwagi, by przypomnieć, że Konstytucja nie przewiduje stanu wyjątkowego „na próbę”, bez podjęcia właściwych kroków prawnych. W tak kluczowym momencie głowa państwa powinna być przeciwwagą dla władzy wykonawczej – tymczasem prezydent wolał pozostać biernym notariuszem pandemicznych absurdów. Dlatego słusznie wybrzmiało w kampanii Karola Nawrockiego, że polityka PiS w tej sprawie była błędem. Mnie buduje to, że Karol Nawrocki jasno odniósł się do tego, co się działo, i wysłał jasny sygnał: prawa obywatelskie są ważniejsze niż dobre samopoczucie ministra zdrowia.

Bliskie relacje ze Stanami Zjednoczonymi Donalda Trumpa to faktycznie największy atut prezydentury Andrzeja Dudy w polityce międzynarodowej?

Andrzej Duda był jednym z filarów polityki zagranicznej obozu Zjednoczonej Prawicy. Sam zresztą, kończąc drugą kadencję, nie miał wątpliwości, co uznać za swój największy sukces: bliskie, wręcz partnerskie relacje z Waszyngtonem, jakich – jego zdaniem – inne państwa regionu mogą Polsce jedynie zazdrościć. I rzeczywiście, obecność kilkunastu tysięcy żołnierzy NATO, w tym amerykańskich, na naszym terytorium to twardy fakt. Wizerunek Polski jako wiarygodnego sojusznika USA był zbudowany konsekwentnie, a prezydent Duda – niezależnie od osobistych sympatii – potrafił ten kurs utrzymać zarówno za administracji Trumpa, jak i Bidena. Problem pojawia się jednak w tym, czego nie zrobił. W całym tym proamerykańskim entuzjazmie zabrakło chłodnej kalkulacji, że „America First” nie jest tylko wyborczym sloganem, ale doktryną – trwałą i niezależną od nazwiska lokatora Białego Domu. Pałac Prezydencki zbyt rzadko podnosił głowę znad mapy transatlantyckiej, by dostrzec potrzebę budowania solidarności w Europie Środkowej. Zabrakło silnego przywództwa regionalnego, które Polska mogła i powinna była objąć w momencie, gdy zagrożenia dla wschodniej flanki NATO zaczęły przybierać realny kształt.

W obliczu rosyjskiej agresji na Ukrainę rzeczywiście nie było alternatywy dla polityki wschodniej prezydenta Andrzeja Dudy?

Z przykrością, ale i z pełnym przekonaniem trzeba przyznać: polityka prezydenta Dudy wobec Ukrainy była błędem – i to błędem strategicznym. Była oparta nie na zimnej kalkulacji interesów państwowych, lecz na emocjach, skrajnej filoukraińskiej linii i naiwnym zaufaniu, że polityczne gesty wystarczą, by przekształcić dramat wojny w projekt wspólnej przyszłości. Prezydent nie tylko deklarował bezwarunkowe poparcie dla członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej – posuwał się nawet do stwierdzenia, że „nie spocznie, dopóki to nie nastąpi”. Tyle że tego typu deklaracje, choć brzmią efektownie, są politycznie puste i w gruncie rzeczy szkodliwe, bo rozmijają się z realnymi możliwościami – zarówno Ukrainy, jak i samej Wspólnoty. Polska w tej logice miała być ambasadorem sprawy ukraińskiej w Europie bez względu na to, czy inne kraje NATO i Unii podzielały ten entuzjazm. Tymczasem, jak pokazały kolejne szczyty i dyplomatyczne kuluary, nawet Waszyngton miał wobec tego ostrożniejszy plan. Co więcej, Andrzej Duda, stając się adwokatem Kijowa, zapomniał o własnych sprawach. Gdy Ukraina wciąż blokuje ekshumacje ofiar ludobójstwa UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, prezydent mówi o „czasie na nowy traktat o dobrym sąsiedztwie”. To nie tylko niezrozumiałe – to sygnał rezygnacji z twardego stanowiska wobec pamięci narodowej. Zamiast realnych osiągnięć mamy symboliczne uściski, ordery i kurtuazyjne przemowy. W czerwcu 2025 r. Andrzej Duda odebrał w Kijowie Order Wolności, wcześniej sam udekorował Zełenskiego Orderem Orła Białego. I tyle. Żadnych przełomów, żadnych twardych warunków, żadnych konkretów. I na koniec kwestia, nad którą trzeba się zastanowić: skoro prezydent miał tyle determinacji, by jeździć do Kijowa i pozować do wspólnych zdjęć, to dlaczego zabrakło mu czasu i odwagi, by pojawić się w Domostawie na odsłonięciu pomnika ofiar ukraińskiego ludobójstwa? Czasem obecność – albo jej brak – mówi najwięcej.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk/„Nasz Dziennik”

drukuj