Dr A. Dąbrowski o „edukacji zdrowotnej”: To nie jest neutralny przedmiot, tylko narzędzie zmiany mentalności
Cała „edukacja zdrowotna” jest opakowana w gładkie hasła o równości, tolerancji i nowoczesnym podejściu do płciowości, ale wystarczy zajrzeć do podstawy programowej, aby zobaczyć, że w istocie promuje ona określony model rodziny i związków, które stoją w sprzeczności z naszą kulturą. To jest nie neutralny przedmiot, tylko narzędzie zmiany mentalności. Jeśli dziś ktoś zapewnia w szkole, że zajęcia się nie odbędą, to nie wolno uśpić czujności – jedno oświadczenie więcej w sekretariacie nic nie kosztuje, a daje pewność, że dziecko będzie chronione – mówił dr Artur Dąbrowski, prezes Akcji Katolickiej Archidiecezji Częstochowskiej, w rozmowie z dziennikarzem „Naszego Dziennika”.
***
Rafał Stefaniuk: Dochodzą do Pana sygnały, że niektóre szkoły odmawiają przyjmowania deklaracji rezygnacji od rodziców?
Dr Artur Dąbrowski: Tak, docierają do mnie takie głosy, choć na razie mówimy raczej o pojedynczych przypadkach. Ale problem istnieje i nie jest wydumany – wiem o tym zarówno z bezpośrednich zgłoszeń, jak i od organizacji, z którymi pozostaję w kontakcie. To środowiska pro-life, chrześcijańskie, ale też pedagogiczne alarmują, że rodzice pytają o to, jak mają rozstrzygać tę kwestię, gdy dyrektor szkoły próbuje grać na zwłokę albo wręcz odmawia przyjęcia dokumentu. Tymczasem przepisy są jednoznaczne: rodzic ma pełne prawo złożyć deklarację rezygnacji z zajęć, a szkoła nie ma prawa tego kwestionować. Dokument można dostarczyć w dowolnym momencie pracy sekretariatu i nie potrzeba do tego żadnych „urzędowych” formularzy, wystarczy własnoręcznie napisana deklaracja. Jedyne ograniczenie jest takie, że mamy na to czas do 25 września. To jasne i niepodważalne: dyrektor ma obowiązek ją przyjąć. Wszystko inne to sztuczne utrudnianie rodzicom dostępu do ich elementarnego prawa.
MEN twierdzi, że „edukacja zdrowotna” jest w systemie już od 1 września 2025 r. Tymczasem pojawiają się sygnały, że nie wszystkie placówki wprowadzają ten przedmiot od razu, część tłumaczy rodzicom, że program ruszy dopiero w nieokreślonej przyszłości. Jak rodzice powinni reagować w takiej sytuacji?
Fakty są takie, że niektóre szkoły otwarcie mówią rodzicom, że „edukacja zdrowotna” nie wejdzie w życie w pierwszym roku, ale to wcale nie oznacza, że temat zniknie. Wręcz przeciwnie – po kilku miesiącach może zostać nagle wprowadzona, choćby od stycznia, ale wtedy rodzice zostaną postawieni przed faktem dokonanym. Mówię to na podstawie doświadczeń. Dlatego podkreślam: rodzice nie mogą się łudzić, że brak zajęć we wrześniu oznacza ich brak na zawsze. Powinni już teraz pobrać deklarację z internetu lub wyciąć z „Naszego Dziennika”, wypełnić ją i złożyć w szkole – to jedyna gwarancja, że dziecko nie zostanie zmuszone do uczestnictwa w deprawujących zajęciach. Cała „edukacja zdrowotna” jest opakowana w gładkie hasła o równości, tolerancji i nowoczesnym podejściu do płciowości, ale wystarczy zajrzeć do podstawy programowej, aby zobaczyć, że w istocie promuje ona określony model rodziny i związków, które stoją w sprzeczności z naszą kulturą. To nie jest neutralny przedmiot, tylko narzędzie zmiany mentalności. Jeśli dziś ktoś zapewnia w szkole, że zajęcia się nie odbędą, to nie wolno uśpić czujności – jedno oświadczenie więcej w sekretariacie nic nie kosztuje, a daje pewność, że dziecko będzie chronione.
Odczuwalna jest silna presja na szkoły ze strony Ministerstwa Edukacji Narodowej, aby jak najszybciej uruchamiać „edukację zdrowotną”?
Trzeba pamiętać, że dyrektorzy wcale nie są pierwszym ogniwem tego łańcucha, lecz są jednym z ostatnich – za nimi stoją nauczyciele otrzymujący narzędzia, z którymi muszą sobie radzić. Tymczasem całe zaplecze – minister, kuratorzy, ośrodki rozwoju edukacji czy wojewódzkie ośrodki metodyczne – gra jedną melodię, wymuszając na dyrekcjach uruchamianie zajęć bez względu na realne możliwości. Oczywiście jest to na rękę minister Nowackiej, ale jeśli przedmiot okaże się klapą, będzie to jej osobista porażka. Bardzo często słyszymy tłumaczenia, że chodzi o to, aby nauczyciele mieli dodatkowe godziny, a więc i dodatkowe pieniądze. Ale spójrzmy na to trzeźwo: czy wynagrodzenie za takie zajęcia może być uzasadnione, jeśli ich treści sprowadzają się w praktyce do demoralizacji młodego pokolenia? To przypomina fatalną transakcję, w której zysk nauczyciela stoi wprost w sprzeczności z dobrem ucznia.
Do tego dochodzą problemy z organizacją lekcji religii.
Warto zauważyć jeszcze jedno: jeśli samorządy próbują zapewnić uczniom drugą godzinę lekcji religii, minister Nowacka chce wysyłać kontrole oraz padają pytania o pieniądze i podstawę prawną. Natomiast gdy pojawiają się sygnały, że niektóre szkoły odmawiają przyjmowania od rodziców deklaracji rezygnacji z „edukacji zdrowotnej”, wtedy zapada cisza. Nie ma reakcji, nie ma kontroli, nie ma nawet komunikatów, że takie działanie jest niezgodne z prawem. To jasno pokazuje, że naciski kierowane są wybiórczo – i zawsze w stronę rodziców oraz dyrektorów. Efekt jest jeden: próba wprowadzenia za wszelką cenę „edukacji zdrowotnej”, która – patrząc na decyzje samorządów i pierwsze reakcje w szkołach – coraz wyraźniej zaczyna wyglądać na poważną porażkę tego rządu.
Czy zgodzi się Pan z opinią, że dziś w polskiej szkole toczy się prawdziwa bitwa o dzieci?
Oczywiście, że tak – i to jest nie żadna metafora, tylko brutalna rzeczywistość. Rodzice w Polsce muszą sobie wreszcie uświadomić kilka fundamentalnych spraw. Po pierwsze, to my, obywatele, jesteśmy pracodawcami każdego rządu. To z naszych pieniędzy utrzymują się politycy, to my finansujemy ich decyzje i działania. Po drugie, władza nie może działać wbrew Konstytucji, a ta jasno definiuje kompetencje i granice ingerencji państwa w życie obywateli. Tymczasem mamy dziś do czynienia z próbą narzucenia rodzicom nowych rozwiązań niejako po cichu, za pomocą propagandy i medialnej ofensywy, która kosztuje miliony złotych z kieszeni podatników. Trzeba powiedzieć wprost: to są nie prywatne pieniądze żadnej partii, tylko publiczne fundusze, które w tej chwili pompuje się w kampanię mającą przykryć rzeczywisty charakter przedmiotu, jakim jest „edukacja zdrowotna”. Rodzice w tym wszystkim spychani są na margines, podczas gdy Konstytucja gwarantuje im prawo do decydowania o wychowaniu własnych dzieci.
Problem polega na tym, że walka toczy się nie o pojedyncze decyzje, tylko o całą duszę młodego pokolenia?
W ministerstwie doskonale zdają sobie z tego sprawę. To dlatego obserwujemy tak ogromną determinację w narzucaniu tego projektu, choć odbywa się to kosztem zaufania społecznego. Proszę zwrócić uwagę, że historia już zna podobne sytuacje. Kiedyś ktoś mądrze powiedział, że współczesna wojna kulturowa w Polsce jest przedłużeniem starcia między dziedzictwem Armii Krajowej a spuścizną Urzędu Bezpieczeństwa. To porównanie może wydawać się mocne, ale nieprzypadkowe – bo w gruncie rzeczy chodzi o to samo: kto będzie kształtował świadomość kolejnych pokoleń.
Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk/„Nasz Dziennik”



