fot. PAP/Rafał Guz

Min. D. Piontkowski dla „Naszego Dziennika”: Przytłaczająca część Polaków nie chce rewolucji ideologicznej w szkole

Przytłaczająca część Polaków nie chce rewolucji ideologicznej w szkole i oczekuje, że MEN, a także kuratoria oświaty pomogą im obronić się przed środowiskami, które na siłę to forsują. Jeżeli rodzice mają jakieś wątpliwości, że coś dzieje się niezgodnie z prawem, w pierwszej kolejności powinni zwrócić się do kuratorium z prośbą o sprawdzenie na miejscu, jak wygląda sytuacja. Wystarczy tylko minimum zainteresowania ze strony rodzica. Tu presja społeczna ma sens – powiedział Dariusz Piontkowski, minister edukacji narodowej w rozmowie z red. Beatą Falkowską z „Naszego Dziennika”.

***

Publikujemy całą rozmowę red. Beaty Falkowskiej z „Naszego Dziennika” z Dariuszem Piontkowskim, ministrem edukacji narodowej

Panie Ministrze, Rzecznik Praw Dziecka zapowiedział, że zwróci się do resortu oświaty z zapytaniem, czy zamierza wprowadzić obowiązkową edukację seksualną w szkołach. Jakie jest Pańskie stanowisko w tej kwestii?

– Zgodnie z polskim prawem nie można wprowadzić żadnych dodatkowych zajęć, które byłyby niezgodne z podstawami programowymi ani z programem wychowawczym szkoły. Jeśli w programie wychowawczym szkoły nie ma tego typu zajęć, to one nie mogą być wprowadzone. Dodatkowo każde takie zajęcia wymagają zgody rodziców. Jeśli rodzice nie wyrażają zgody, aby ich dziecko uczestniczyło w jakichś zajęciach dodatkowych, nikt nie ma prawa ich do tego zmusić, ani dyrektor, ani władze samorządu terytorialnego.

Zdaje Pan sobie sprawę z tego, że to prawo rodziców do sprzeciwu wobec udziału dziecka w takich zajęciach jest niejednokrotnie łamane, choćby przez brak informacji ze strony dyrekcji, że takie treści pojawią się w szkole.

– Sygnały, które do nas docierają, pokazują, że być może jest potrzeba przyjrzenia się zapisom prawa oświatowego. Jeśli uznamy, że warto wzmocnić tę pozycję rodzica, zrobimy to.

Pomysły, by wprowadzić prawny zakaz szerzenia homopropagandy w szkołach, to dobre rozwiązanie?

– Na razie nigdzie nie doszło do wprowadzenia homopropagandy, mówi Pani o ewentualnościach, które mogą nastąpić. Widzimy jednak, że taki proces może mieć miejsce, i chcemy go zatrzymać. Ciężko jednak o wiążące deklaracje w pierwszych tygodniach urzędowania. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem, by od wczesnego dzieciństwa przyzwyczajać lub wręcz nakłaniać dzieci do tego typu zachowań. Jak już może Pani zauważyła, pierwsza z rzeczy, która mnie spotkała, zanim zdążyłem przedstawić swoją wizję edukacji, było oskarżenie, że jestem homofobem, jestem nietolerancyjny, nienowoczesny. Mam przekonanie, że większości rodziców to nie martwi, bo przytłaczająca część Polaków nie chce rewolucji ideologicznej w szkole i oczekuje, że MEN, a także kuratoria oświaty pomogą im obronić się przed środowiskami, które na siłę to forsują. Jeżeli rodzice mają jakieś wątpliwości, że coś dzieje się niezgodnie z prawem, w pierwszej kolejności powinni zwrócić się do kuratorium z prośbą o sprawdzenie na miejscu, jak wygląda sytuacja. Wystarczy tylko minimum zainteresowania ze strony rodzica. Tu presja społeczna ma sens.

Warszawska Deklaracja LGBT+ to najbardziej jaskrawy przypadek forsowania homopropagandy w szkołach, jednak i inne samorządy usiłują kolportować ideologię LGBT pod płaszczykiem programów profilaktycznych, antydyskryminacyjnych.

– Samorząd ma prawo wprowadzać i finansować zajęcia dodatkowe, każdorazowo jednak powinny być one konsultowane z rodzicami, którzy mają prawo wiedzieć, co się na nich będzie odbywało. Jeśli nie wyrażają zgody, mają prawo zaprotestować. Wymagana jest też trochę większa aktywność rodziców. Pani mówi o rodzicach, którzy interesują się losem swoich dzieci, ale część rodziców przykłada do tego mniejszą wagę. Rodzice są także odpowiedzialni za wychowanie dzieci, szkoła nie rozwiąże wszystkich problemów. Mam też wrażenie, że część nauczycieli nie uświadamia sobie, co próbuje się wprowadzić. Nie zawsze jest tak, że nauczyciele na siłę próbują ideologizować dzieci. Część korzysta po prostu z jakiejś oferty programowej zajęć dodatkowych, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co się na nich dzieje. Każdy taki przypadek trzeba oczywiście sprawdzić. Tam, gdzie usiłuje się ideologizować dzieci, kuratorium za każdym razem będzie służyło pomocą rodzicom.

Jednak część nauczycieli jest silnie poddana lewicowej ideologii. Dostrzega Pan problem zideologizowania wielu polskich uczelni, gdzie funkcjonują kierunki gender studies, wydziały pedagogiki płyną bardzo często w nurcie wychowania bezstresowego? Czy planuje Pan pochylić się nad tymi problemami we współpracy z ministrem nauki Jarosławem Gowinem?

– W pełni się zgadzam i pierwsze kroki w tej sprawie zostały poczynione. Był to jeden z elementów obrad okrągłego stołu edukacyjnego, który odbywał się wcześniej. Wskazywano tam, że trzeba zmienić sposób kształcenia nauczycieli, i to się zaczyna dziać. Po pierwsze, nowa ustawa o szkolnictwie wyższym ogranicza liczbę uczelni, które mogą się tym zajmować. Wydaje nam się, że jest to szczególny zawód, który wymaga wyjątkowego przygotowania, i dlatego powinna być za to odpowiedzialna tylko część najlepszych uczelni. Chcemy też położyć nacisk na możliwość dokształcania się, doradztwo metodyczne. Po drugie, nauczyciele powinni być lepiej przygotowani pod względem dydaktycznym i metodycznym do dalszej pracy. W związku z tym należy zwrócić większą uwagę na część praktyczną odbywanych stażów w szkołach. Po trzecie, chcemy doprowadzić do tego, aby studia z nauczania zintegrowanego oraz specjalnego odbywały się w 5-letnim jednolitym cyklu magisterskim, bo jest to szczególny moment nauczania dzieci, budowania podstaw. Natomiast nauczyciele przedmiotów muszą zwrócić szczególną uwagę na część dydaktyczno-praktyczną i być może warto doprowadzić do tego, żeby nauczyciel miał dwie specjalizacje z pokrewnych przedmiotów, co stworzyłoby większą swobodę ich zatrudniania. Nauczyciel nie musiałby wówczas szukać etatów w dwóch szkołach. Warto myśleć również o motywowaniu. O tym będziemy rozmawiać z nauczycielami, związkami zawodowymi, bo ciężko wprowadzać coś wbrew środowisku.

Kiedy odbędzie się zwołane przez MEN posiedzenie okrągłego stołu?

– Spotykamy się jeszcze przed wakacjami, w przyszłym tygodniu.

ZNP przyjął zaproszenie?

– Zaproszenie wysyłamy do wszystkich związków zawodowych, to już od nich zależy, czy je przyjmą. Chcę rozmawiać ze wszystkimi, także ze stowarzyszeniami rodziców, samorządami, pedagogami teoretykami, specjalistami z uczelni i z nauczycielami, tak aby wszyscy mogli się wypowiedzieć, jakich zmian oczekują w systemie edukacji. Potrzebna zmiana strukturalna już dokonała się kilka lat temu i dziś ją jedynie kontynuujemy – wygaszamy gimnazja, przywracamy 8-letnią szkołę podstawową, 4-letnie liceum i 5-letnie technikum.

A kwestie programowe? Tu proces reformy też jest zakończony?

– Przywróciliśmy nauczanie przedmiotowe zamiast blokowego. W tym obszarze także nie widzę potrzeby jakiejś gwałtownej zmiany, możemy natomiast rozmawiać o pewnych korektach.

Wielu przedmiotowców sygnalizowało, że nowe podstawy zostały napisane pod egzaminy testowe, co ciągnie poziom nauczania w dół.

– Dostrzegamy zjawisko „testomanii” i próbujemy od niego odejść. Egzaminy po 8 klasie już pokazały, że dajemy większą możliwość swobodnej wypowiedzi ucznia, a nie tylko zaznaczenie odpowiedzi: A, B, C, D. Podkreślam, że nie chcę przeprowadzać rewolucji, natomiast jestem otwarty na rozmowy o podstawach programowych. Możemy mówić o korekcie, ale nie o gwałtownej zmianie. Jestem historykiem, uczyłem ponad 20 lat w szkole. Czytałem oczywiście podstawy programowe z historii dla szkół podstawowych i średnich. Uważam, że one są dobrze skonstruowane. Nie widzę tam poważniejszych problemów. Ale jeśli pojawią się głosy, dobrze umotywowane, które będą wskazywały, że jakieś korekty są potrzebne, jestem otwarty także na takie kroki. Uważam, że głosy mówiące o tym, że mamy kształcić tylko i wyłącznie kompetencje miękkie – umiejętność pracy w grupach, rozmowy, ogólny rozwój – nie są dobrym kierunkiem. Uczeń potrzebuje także tzw. wiedzy twardej, bez tego trudno zdobyć umiejętności w poszczególnych przedmiotach.

Wydziały pedagogiczne zdominowane są przez zwolenników kompetencji miękkich, przeciwników jakiegokolwiek nauczania pamięciowego.

– Będziemy starali się doprowadzić się do tego, żeby przekazanie niezbędnej porcji wiedzy, w przystępny i ciekawy sposób, nadal było obiektem zainteresowania nauczycieli. Bez tego nie da się kształcić uczniów. Możemy natomiast rozmawiać o tym, jak duży powinien być to zasób wiedzy. Zgadzam się, że wyłącznie encyklopedyczne nauczanie, pod testy, nie jest potrzebne.

Lżejsze pytanie, choć może tylko pozornie, bo dotyka sporów o kształt polskiej szkoły, wymagań stawianych uczniom tudzież ich braku. Jest Pan dogmatycznym przeciwnikiem zadań domowych?

– Nie, uczeń powinien mieć pewne obowiązki także w domu. Pozostaje jedynie kwestia rozważania ilości i charakteru zadawanych prac. Jestem przeciwnikiem zadawania kilkudziesięciu zadań z matematyki z dnia na dzień. Bo to znaczy, że uczeń musiałby kilkanaście godzin spędzić na ich zrobieniu i nie jest to efektywny sposób utrwalenia materiału. Zadania domowe – tak, ale w rozsądnej ilości i przemyślane, pozwalające powtórzyć treści w nieco inny sposób niż podczas lekcji. Ci, którzy mówią o kompetencjach miękkich, wskazują też na potrzebę samodzielnej pracy ucznia, a zadania domowe to właśnie samodzielna praca.

Szkoła jest dziś polem ideologicznej bitwy i w wymiarze wychowania, i edukacji?

– Cały świat jest miejscem takiej bitwy, szkoła nie jest od tego wolna. Do tego dochodzą technologie, których kilkadziesiąt lat temu nie było, a przez to szkoła i nauczanie poszczególnych przedmiotów wygląda zupełnie inaczej. Trzeba umiejętnie wykorzystywać to, co może przysłużyć się dla dobra dzieci, jak technologie, ale nie być ich zakładnikiem.

Od września być może czeka nas kolejna tura strajku nauczycieli. Zwracał Pan uwagę, że nie wiadomo, czy taka forma zawieszenia i odwieszenia strajku jest prawidłowa pod względem formalnoprawnym.

– Wydaje mi się troszkę dziwny sposób prowadzenia protestu, kiedy to z bliżej nieznanych powodów związkowcy zawieszają strajk na kilka miesięcy, potem pojawiają się informacje, że odwieszą go 1 września lub 1 października. Może trzeba się przyjrzeć ustawie o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, czy ten sposób kształtowania tego sporu od strony prawnej jest tylko wyrazem widzenia prawa przez szefa jednego ze związków zawodowych, czy też rzeczywiście tak powinna wyglądać praktyka rozwiązywania sporów zbiorowych.

Groźba strajku to dla rodziców i uczniów horror. ZNP trwa na swoich pozycjach. W czym upatruje Pan możliwość uniknięcia tego najgorszego scenariusza?

– Liczę, że nauczyciele będą rozsądniej podchodzili do kwestii podwyżek wynagrodzeń. Mam wrażenie, że w kwietniu przedstawicielom dwóch związków zawodowych udało się wpłynąć na poziom emocji nauczycieli. Część z nich nie patrzyła logicznie na to, co dzieje się w oświacie, i chociażby na poziom podwyżek, które oferowaliśmy. Warto przypomnieć, że łącznie z ustawą, która w tej chwili jest procedowana w Sejmie i zabezpiecza kolejną 10-procentową podwyżkę od września tego roku, oraz wraz z 5-procentową podwyżką ze stycznia br. jest to ok. 15-procentowy wzrost zasadniczego wynagrodzenia nauczycieli. Licząc od kwietnia 2018 roku – w sumie będzie to podwyżka o ponad 21 proc. W związku z tym nauczyciel dyplomowany otrzyma łącznie ponad 700 zł dodatkowych środków, a w samym 2019 roku – ponad 500 zł. To najwyższa jednoroczna podwyżka procentowa po 1989 r. A mimo to wielu nauczycieli uważa, że rząd nie robi nic dla poprawy ich wynagrodzenia. Nie mogę się z tym zgodzić. Mam nadzieję, że te fakty zaczną docierać do nauczycieli, a wakacje ostudzą emocje. Nie bez znaczenia jest także to, że prawo jednoznacznie potwierdza, że za okres strajku nauczycielom nie należy się wynagrodzenie.

Strajkiem nauczyciele sami dodatkowo osłabili i tak często mizerny autorytet. W polskiej szkole jest nadal miejsce dla nauczycieli-mistrzów, przewodników młodego człowieka?

– Samymi rozwiązaniami ustawowymi nie rozwiążemy problemów szkoły. Ośrodkiem i jednym z ważniejszych elementów edukacji jest zawsze nauczyciel. Jeśli będzie dobrze przygotowany od strony merytorycznej i będzie posiadał wzorce moralne, etyczne, to będzie autorytetem dla swoich uczniów. Takiego nauczyciela nie zastąpią żadne ustawy i rozporządzenia. Wiem z praktyki, że nawet jak zmienia się prawo oświatowe, wielu nauczycieli po prostu o tym nie wie i pracują tak jak zawsze. Z doświadczenia wiem również, że nauczyciel, który uważa swoją pracę za misję i powołanie, lubi pracę z dziećmi, zawsze będzie dobrze pełnił swoje obowiązki, w każdych warunkach będzie potrafił nie tylko te dzieci nauczyć swojego przedmiotu, ale i je wychować. Na tę część wychowawczą pracy nauczycieli powinniśmy na pewno zwrócić większą uwagę i odpowiednio ich do niej przygotować. Tu należy podkreślić, że nauczyciel bez współpracy z rodzicami, opiekunami nie jest w stanie samodzielnie wychować dziecka. Tylko prowadzenie dziecka w domu i w szkole w tych samych wartościach kulturowych, obyczajowych przyniesie dobre efekty. Dziś do szkoły uczęszcza wielu uczniów z różnymi problemami, deficytami, które mają źródło poza szkołą. Dzieci są dziś często bardzo zdekoncentrowane, nie potrafią dłużej skupić się na danym problemie, jest problem agresji. Musimy pamiętać, że świat się zmienia i szkoła nie jest w stanie tego całkowicie zneutralizować, szczególnie kiedy nie ma współpracy ze strony rodziców.

Jest Pan otwarty na argumenty rodziców edukujących dzieci w domu, którzy z tego powodu czują się traktowani przez system oświaty jak rodzice drugiej kategorii?

– Chcę porozmawiać także z tym środowiskiem. Po spotkaniu rozważę, czy konieczne są zmiany postulowane przez tę grupę rodziców.

Pańskie priorytety na początku urzędowania?

– Kontynuowanie reformy systemowej, stopniowe wprowadzanie nowych podstaw programowych, tworzenie 4-letniego liceum i 5-letniego technikum, wdrażanie porozumienia z „Solidarnością”, które zapewnia podwyżki dla nauczycieli, wprowadzenie minimalnego poziomu dodatku za wychowawstwo oraz programu 1000 zł „na start” dla nauczycieli stażystów.

Dziękuję za rozmowę.

Beata Falkowska „Nasz Dziennik”

drukuj