Miesiąc wdzięczności

Listopad to dla nas przede wszystkim miesiąc wdzięczności. Z jakiego innego powodu bowiem wznosimy wielką listopadową modlitwę za tych, którzy odeszli? Widać, zawdzięczamy im jakieś dobro i pragniemy na nie odpowiedzieć. Z tej perspektywy patrząc, trzeba identyfikować także zamazywanie długów wdzięczności wobec przeszłych pokoleń. Uniemożliwia to żyjącym rozpoznanie własnej tożsamości kształtowanej nie tylko przez własne czyny, ale także przez czyny przodków.
Jakże ma właściwie rozpoznać własne oblicze – i wynikające stąd zadania – Europejczyk, którego zapewnia się w traktacie z Lizbony, że to nie chrześcijaństwo wniosło szczególne dobro w dzieje Europy, ale jakaś „kulturowa, religijna i humanistyczna” przeszłość? Wobec ogólników nie da się wykrzesać z siebie jakiejkolwiek wdzięczności. Ale nawet chrześcijanom już to „europejskie” aksjologiczne kłamstwo nie przeszkadza, skoro nie widzą żadnych problemów z popieraniem promującego go traktatu. Czyżbyśmy mniemali, że na kłamstwie i niewdzięczności da się coś dobrego zbudować?

Równie groźne jest także lekceważenie sobie naszego zakorzenienia w dziedzictwie kulturowym starożytnej Grecji. A przecież to tam zdefiniowano człowieka jako istotę zdolną i zobowiązaną do odkrywania prawdy o rzeczywistości i kierowania się tą prawdą. Zadowalamy się własnym zachwytem nad Akropolem i – zwłaszcza – greckimi plażami, a o resztę już nie zamierzamy kruszyć kopii, zwłaszcza ze „współbraćmi w wierze”. Chyba nie ma takich planów katolickie wydawnictwo „Hommini”, wręczając polskim czytelnikom książkę K. Dovera „Homoseksualizm grecki”, której autor – znany hellenista – daje tylko słowo honoru, że geniusz Greków polegał na odkryciu zmysłów, a nie rozumu. Gdyby to była prawda, to rzeczywiście należałoby traktować Grecję jako nade wszystko obiekt turystyczny, a nie duchowe dziedzictwo, którego sednem jest odkrycie człowieka jako strażnika i powiernika prawdy.
To samo zafałszowanie naszej europejskiej tożsamości znajdujemy w najbardziej popularnej w świecie monografii na temat starożytnej pedagogiki: „Historia wychowania w starożytności” pióra H.I. Marrou, jednego ze sztandarowych i niezwykle zasłużonych katolickich intelektualistów powojennej Francji. Także polscy studenci pedagogiki uczą się z tego podręcznika, że dorośli mężczyźni wychowywali chłopców w klasycznej Helladzie, jakoby utrzymując z nimi kontakty pederastyczne. Na listę tych „pedagogów” trafił również Sokrates, ojciec klasycznej etyki i klasycznej pedagogiki. Czy warto byłoby o tych rzekomych pedofilach pamiętać i żywić wobec nich wdzięczną pamięć? Z pewnością nie. Ale prawda była inna niż nam się to w różnych miejscach i z różnych powodów opowiada. Nieprzypadkowo zatem pierwsi chrześcijanie szybko zrozumieli, że dla obrony i rozwoju swojej wiary konieczne jest narzędzie greckiej filozofii, stworzone jednak nie przez dewiantów, ale przez dojrzałe osobowości.
Pierwszym z tych chrześcijan, który podkreślał nasz dług wdzięczności wobec greckich filozofów, to św. Justyn Męczennik. W swojej „Apologii” zauważył, że prześladowani chrześcijanie przeżywają to samo doświadczenie, co bezpodstawnie oskarżony Sokrates. Przyszło zatem oddać życie i św. Justynowi za orędzie o godności człowieka jako istoty rozumnej, powołanej do Bożego życia. Dzieło asymilacji filozofii greckiej dla potrzeb chrześcijaństwa kontynuował Klemens z Aleksandrii. Uważał, że Hellenowie „idąc za jakimś trafnym natchnieniem wieszczym – nie bez pomocy Boga samego uzyskali zbieżność z wypowiedziami proroków”. Według Klemensa, Bóg zawarł z ludzkością trzy przymierza. Ostatnie to chrześcijańskie przymierze, natomiast „Helleńskie i judejskie, to były stare”.
Ale od samego początku jednak nękała wspólnotę chrześcijańską także negacja i podejrzenie wobec filozofii greckiej, czego szczególny wyraz znajdujemy u Tertuliana. Jego zdaniem, nic „nie mają wspólnego Ateny z Jerozolimą”, a „nędzny Arystoteles” przygotował narzędzie tylko dla heretyków. Duchową i intelektualną postać Tertuliana, która oderwała się od Kościoła, scharakteryzował w swoich katechezach Benedykt XVI jako wprawdzie „wnoszącą wielki wkład w myśl chrześcijańską”, której jednak „zabrakło prostoty, pokory włączenia się w Kościół, zaakceptowania jego słabości, tolerancji wobec innych i samego siebie”.
Wędrując po europejskiej nekropolii, trzeba najpierw zadbać o trafne rozeznanie jej oblicza, bo inaczej nie wywiążemy się z naszych obowiązków wdzięczności.


Marek Czachorowski
drukuj